REWOLUCJA PODATKOWA

REWOLUCJA PODATKOWA

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co zyskamy dzięki powszechnemu podatkowi liniowemu.
Marek Borowski, wicemarszałek Sejmu (SLD), nie ma wątpliwości:
- Socjaldemokracja wszędzie jest przeciwna podatkowi liniowemu, bo opodatkowanie progresywne sprzyja bardziej sprawiedliwemu rozłożeniu bogactwa. Prof. Jerzy Osiatyński, były minister finansów, replikuje: - Nigdzie nie jest powiedziane, że to właśnie podatki bezpośrednie muszą pełnić tzw. funkcję redystrybucyjną, a więc mają być de facto narzędziem polityki społecznej państwa. Państwo dysponuje innymi instrumentami takiej polityki, w tym podatkami pośrednimi - może nakładać odpowiednie stawki na określone towary i usługi.

Jeśli powiedzie się przełomowa w skali europejskiej i światowej reforma systemu podatkowego, zapłacimy mniej niż dotychczas, a mimo to budżet państwa nie zbiednieje, ubożsi będą oddawać fiskusowi mniej niż bogaci, zaradni i pracowici nie będą karani progresją podatkową, będziemy więcej oszczędzać, a mniej przejadać. Zdaniem Ministerstwa Finansów oraz większości biznesmenów, realizację takiej polityki państwa umożliwić ma wynoszący 17-18 proc. podatek liniowy, czyli jednakowa stopa podatkowa dla wszystkich, przy jednoczesnej likwidacji wszystkich ulg i odliczeń, w tym ulgi mieszkaniowej.
- Moim zdaniem, podatek liniowy zachęci do rzetelnego płacenia podatków, gdyż cały system będzie mniej "bolesny" dla biznesmenów - uważa Zbigniew Niemczycki, prezes Curtis International. - Prosty i stabilny system podatkowy przyspieszy korzystne procesy gospodarcze, będzie ich katalizatorem. Nie jest prawdą, że tylko najbogatsi mieliby szansę na tym zyskać. Zyskają również podatnicy płacący najniższe podatki - przekonuje Aleksander Gudzowaty, prezes Bartimpexu. - W cywilizacji, w której żyjemy, przyjęło się, że ci, którzy zarabiają więcej, więcej dają na rzecz dobra publicznego. Nie wiem, czy Polskę stać dziś na eksperyment zmieniający ten sposób myślenia. Na razie Balcerowicz stawia pytanie, czy chcemy mieć więcej pieniędzy. Wiadomo, że na to pytanie odpowiedź brzmi "tak" - mówi Wiesław Kaczmarek, poseł SLD. - Na pewno podatek liniowy wpłynie korzystnie na ekonomiczny rozwój kraju - uważa Mirosław Czech, sekretarz generalny Unii Wolności.
- Wprowadzenie tego rodzaju podatku nie powinno wzbudzać u nikogo negatywnych emocji. Podatek taki oznacza przecież po prostu, że każdy oddaje państwu tę samą część swojego dochodu. Dobrze zarabiający więcej, ubożsi mniej - konstatuje Jeremi Mordasewicz, wiceprezes Business Centre Club. Ledwie jednak zgłoszono pomysł podatku liniowego, już przed Sejmem zjawiła się pikieta Krajowego Porozumienia Emerytów i Rencistów (popierającego AWS). Ponad 50 starszych osób protestowało przeciw podatkowi liniowemu, który "zmniejszy dochody budżetu, przyczyni się do wzrostu cen, co uderzy w emerytów".
Pierwsze zmiany legislacyjne można by przyjąć już w tym roku i wprowadzić w życie w roku następnym. Resztę uchwalono by w 1999 r. i wprowadzono w roku 2000. W okresie przejściowym - w 1999 r. - płacilibyśmy podatki według dwóch stawek (zamiast dotychczasowych trzech), poważnie zostałyby też ograniczone ulgi. Rząd pragnie jednocześnie obniżyć stawkę podatku dochodowego od przedsiębiorstw - do 30 proc. w 1999 lub 2000 r. Ustabilizowana na tym poziomie należałaby do najniższych w Europie, dzięki czemu można by liczyć na przyciągnięcie do Polski kolejnych zachodnich inwestorów.
Realizacja reformy podatków i szerzej - reformy finansów publicznych stworzyłaby szansę na przywrócenie konstytucyjnej równości obywateli wobec prawa. Równość ta polega przecież na ponoszeniu solidarnych, a nie większych - na skutek progresji podatkowej - ciężarów na rzecz państwa. Osoba bogata, czyli zarabiająca na przykład 100 tys. zł rocznie, i tak płaciłaby 17-18 tys. zł, natomiast zarabiający 10 tys. zł rocznie oddawaliby do wspólnej kasy dziesięć razy mniej.
Podatek liniowy zdecydowanie nie podoba się jednak politykom lewicy. Prosty i sprawiedliwy system fiskalny oznacza wszak, że stracą klientelę wyborczą, której nagminnie obiecują finansowanie wydatków socjalnych z budżetu. W retoryce wyborczej - od więcej zarabiających. Tymczasem z każdego podręcznika makroekonomii można się dowiedzieć, że to masa niezamożnych podatników finansuje różne świadczenia społeczne wszystkich, czyli także tych, których stać na indywidualną odpłatność za edukację, ochronę zdrowia, kulturę.
Liberalni ekonomiści, w tym znany w Polsce Jeffrey Sachs, których zalecenia przyniosły pożytki Chile bądź Argentynie, zauważają, że zasadniczy problem nowoczesnych społeczeństw i państw nie polega na pilnowaniu sprawiedliwego rozkładu bogactwa, lecz na umożliwieniu bogacenia się każdemu, kto tego chce. - Podatki bezpośrednie, czyli od dochodów osób fizycznych i prawnych, nie powinny być narzędziem polityki socjalnej państwa - mówią autorzy założeń przełomowej reformy polskiego systemu podatkowego. - System podatkowy powinien zapewniać trwały rozwój gospodarki w tempie ponad 6 proc. rocznie oraz szybsze tworzenie nowych miejsc pracy. Nie powinien na pewno zachęcać do ucieczki biznesu do podatkowych rajów lub do krajów stosujących łagodniejszy fiskalizm - przekonują przedstawiciele Centrum im. Adama Smitha oraz Business Centre Club.
Politycy dziwią się, że można nie traktować podatków jako elementu polityki społecznej państwa. Wiesław Kaczmarek dowodzi, że ulgi towarzyszące podatkowi progresywnemu (znikną wraz z wprowadzeniem podatku liniowego) napędzają popyt wewnętrzny, są narzędziem polityki przemysłowej, pozwalają modernizować firmy bądź wprowadzać standardy ISO. Nawet Dariusz Grabowski, poseł ROP, uważa, że likwidacja ulg oznacza szkodę dla średnio i mało zarabiających: "Rozwarstwienie dochodów w Polsce jest długofalową, choć złą tendencją, którą podatek liniowy tylko utrwali". - Lewicę cechuje przekonanie, że rozwiązanie, w którym wszyscy, niezależnie od dochodów, płacą ten sam procent podatku, jest rozwiązaniem niesprawiedliwym - mówi Leszek Miller, przewodniczący SdRP. - Gdyby było to tak sensowne rozwiązanie, wprowadziłyby je inne kraje z naszego kręgu cywilizacyjnego - dodaje Wiesław Kaczmarek. Rzecznicy równości dochodzą do prostej konstatacji: "Bogaci się bogacą, a biedni biednieją". Leszek Balcerowicz przekonuje tymczasem, że system podatkowy powinien sprzyjać temu, by opłacała się inwencja i produktywność. W kraju nadrabiającym cywilizacyjne zapóźnienie musi się bardziej opłacać pracować, niż pozostawać na zasiłku, musi się też opłacać pracować dużo i wydajnie. Ale nie można być za to karanym progresywnym podatkiem.
"Od 1990 r. instaluje się w Polsce system podatkowy funkcjonujący w zachodniej Europie.
Instaluje się go z całym dobrodziejstwem inwentarza, z oczywistymi wadami i jawnie szkodliwymi rozwiązaniami, urągającymi niekiedy zdrowemu rozsądkowi" - piszą Krzysztof Dzierżawski i Robert Gwiazdowski, autorzy opublikowanego w 1997 r. przez Centrum im. Adama Smitha opracowania "Reforma systemu podatkowego w Polsce". W sumie efekty utrzymywania progresywnego podatku i jednoczesnego poszerzania liczby ulg i odliczeń od podstawy opodatkowania wzajemnie się znoszą. Więcej, podatki progresywne w ogóle nie sprzyjają najmniej zarabiającym. W 1996 r. podatnicy o najniższych dochodach, którzy nie korzystali z odliczeń, zapłacili faktycznie 16,68 proc. swoich przychodów, a podatnicy należący do drugiej grupy podatkowej i korzystający z odliczeń - 15,62 proc. Progresywny system podatkowy okazuje się też wyjątkowo nieefektywny. Cóż z tego, że w 1996 r. płatnicy podatku dochodowego od osób fizycznych uzyskali dochody o 25 proc. wyższe niż rok wcześniej (184,2 mld zł), skoro suma zapłaconych przez nich podatków wzrosła w tym czasie tylko o 12 proc. Wbrew oczekiwaniom Grzegorza Kołodki, ówczesnego ministra finansów, przeciętny podatnik oddał w 1996 r. fiskusowi 16,23 proc. swoich przychodów. Rok wcześniej zapłacił 17,97 proc., dwa lata wcześniej - 19,15 proc. Podatnicy zareagowali po prostu racjonalnie na przykręcanie podatkowej śruby i szeroko sięgnęli po ulgi i odliczenia. Przy okazji wyszło na jaw, jak wysoki - ponad 30 proc. - jest w Polsce udział w dochodach do opodatkowania świadczeń społecznych (emerytur, rent, zasiłków dla bezrobotnych itd.). Oznacza to, że przynajmniej 10 mld zł wielokrotnie i bez żadnego racjonalnego uzasadnienia przepływa wewnątrz sektora publicznego - najpierw się te pieniądze wypłaca, następnie zabiera w formie podatku.
- System, w którym występuje wiele różnorakich ulg, stwarza za dużo możliwości manipulowania przepisami podatkowymi - zauważa Jeremi Mordasewicz. - Podatnicy gorzej wykształceni, a więc najczęściej zarabiający najmniej, nie potrafią przy tym korzystać z przysługujących im ulg, nawet tych niewielkich, na przykład na leczenie. Osoby te nie dysponują natomiast wystarczającymi środkami finansowymi, aby skorzystać z "wielkich" ulg.
Zdaniem ekonomistów z Centrum im. Adama Smitha, podatek liniowy rozwiąże większość problemów stwarzanych przez obecny system fiskalny. Zlikwiduje też niejasności, jakie co roku pojawiają się w związku z korzystaniem z ulg i odliczeń. Te, dla których można by nawet znaleźć uzasadnienie (dojazdy dzieci do szkół, rehabilitacja), należy przenieść do odpowiednich budżetów lokalnych - w postaci zasiłków i zapomóg. Ze środków tych mogłyby korzystać wtedy także osoby nie będące płatnikami podatku dochodowego, zwłaszcza mieszkańcy wsi. Zdaniem Krzysztofa Dierżawskiego, pozostawienie choć jednej ulgi uruchomi mechanizm nacisku różnych lobby na poszerzenie zakresu odliczeń. Dzierżawski postuluje więc, by nie stwarzać tego typu pretekstów.
- Idea podatku liniowego wpisuje się w generalną tendencję do obniżania obciążeń z racji podatków bezpośrednich - mówi prof. Jerzy Osiatyński. - Wprowadzenie tego podatku napotka jednak przeszkody. Po pierwsze - nawet w krajach o najbardziej liberalnej gospodarce tego rodzaju podatek nie funkcjonuje. Nie ma więc doświadczeń, na których moglibyśmy się opierać. Po drugie - trudno sobie wyobrazić połączenie go z ideą podatku rodzinnego, forsowaną przez AWS. O ile bowiem w pierwszym wypadku każdy płaci taką samą część dochodu, o tyle w drugim podatek maleje wraz ze wzrostem liczby dzieci w rodzinie.
- Wprowadzenie podatku liniowego mogą utrudnić opory różnych wpływowych grup interesów - przestrzega Krzysztof Dierżawski. - Obecny, skomplikowany system bardzo odpowiada licznej grupie doradców podatkowych, których część wywodzi się notabene z aparatu skarbowego. Także przedsiębiorcy są zainteresowani utrzymaniem ulgi budowlanej, ponieważ w ich przekonaniu ulga ta przyczynia się do pobudzenia koniunktury.
Podatek liniowy - stawka wynosi 26 proc. - funkcjonuje z powodzeniem w Estonii, która może się pochwalić najwyższym w Europie tempem wzrostu gospodarczego - 10 proc. rocznie. Na radykalnym obniżeniu i uproszczeniu podatków skorzystały już USA i Wielka Brytania, myśli o tym rząd Izraela (trwają tam zaawansowane prace nad podatkiem liniowym), natomiast Francja i Niemcy, które nie zdecydowały się na odważne posunięcia, nie poprawiły znacząco stanu swojej gospodarki i coraz trudniej udźwignąć im balast rozbudowanych przywilejów socjalnych. - W Europie zbudowanej na filozofii państwa opiekuńczego opartego na progresywności podatkowej coraz śmielej mówi się o konieczności zmian, o wycofywaniu się z tej filozofii nawet kosztem strat politycznych. Tymczasem straty polityczne Polski będą niższe, a nasza pozycja w Europie, jeszcze nie zreformowanej, może dzięki temu wzrosnąć. Podczas gdy kraje UE górują nad nami technologicznie, zaradni Polacy, wyposażeni w nowoczesne narzędzia gospodarcze, będą mogli swobodnie konkurować na otwartym europejskim rynku - przekonuje Janusz Lewandowski, minister w rządzie Hanny Suchockiej.
Autorzy projektu przebudowy systemu podatkowego przewidują, że dzięki tej operacji uwolni się ogromna energia Polaków. - Skoncentrujemy się na tym, jak pracować i zarabiać, a nie jak znaleźć ulgę podatkową - mówi Paweł Szałamacha, ekspert Centrum im. Adama Smitha. - Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić, że celem podatku liniowego nie jest zwiększenie wpływów, lecz uczynienie podatków sprawiedliwszymi i prostszymi. Spodziewane zwiększenie wpływów stanowić będzie pokusę nie do odparcia dla fiskalistów, którzy mogą dążyć do podwyższenia podatków. Będą oni rozumować tak: "Skoro po wprowadzeniu podatku liniowego wpływy wzrosły na przykład o 15 proc., to o ile mogłyby wzrosnąć, gdyby podnieść stawkę podatku o 1-2 proc.".
Trudno dziś jeszcze przesądzać, czy przed wilczym apetytem fiskusa ochroni nas ustawowy zakaz podnoszenia stawek podatku liniowego, na przykład przez pięć lat.

Więcej możesz przeczytać w 29/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.