Portret podwójny

Portret podwójny

Biznesmen powiązany z tajnymi służbami i mafią. I odważny młody reporter. Czy ten pierwszy kazał zabić drugiego? Czy mamy przełom w jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych III RP?

Dziki Zachód” pierwszych lat po przełomie ustrojowym, tajne służby, mafia, szemrani biznesmeni i ambitny chłopak, który opisuje ten świat dla gazety. I znika z dnia na dzień, bez śladu. Komu się naraził? Po 22 latach prokuratorzy twierdzą, że Aleksandrowi G., jednemu z najbogatszych Polaków. I stawiają zarzuty, że to on zlecił zabicie reportera. O co chodzi w tej tajemniczej sprawie?

JAREK NAGRYWA

Jarosław Ziętara, gdy bezpowrotnie znika, ma 24 lata. Ciekawy typ (wspomnienie o nim jego redakcyjnego kolegi publikujemy obok). Zna kilka języków obcych, jest zdolny i dziennikarsko odważny. Przygodę z zawodem zaczyna od radia. Może stąd nawyk nagrywania wszystkiego, nawet rozmów z wójtami z najmniejszych wielkopolskich miejscowości. W 1990 r. załapuje się do „Wprost”, który na początku lat 90. ma redakcję w Poznaniu. Pochodzący z Bydgoszczy chłopak studiuje wtedy w stolicy Wielkopolski. Wyróżnia się. Jest pracowity i pedantyczny. Na każdą dziennikarską historię ma oddzielną teczkę. W teczkach precyzyjnie poukładane papiery. Wchodzi w kontrowersyjne, mocne sprawy. Pisze o aferze Art-B, służbach specjalnych. Robi niebezpieczny reportaż wcieleniowy. Podszywa się pod uciekiniera z radzieckiej armii i nawiązuje kontakty z ludźmi parającymi się szmuglowaniem ludzi przez granicę. Ma dostęp do papierów tajnych służb. Nie dają mu ich politycy, nie ma ich też z IPN-u, bo tej instytucji jeszcze nie ma. Krótko mówiąc, ma kontakty z ludźmi tajnych służb, i to nie tylko z tych cywilnych. W jednej z teczek trzyma „kwity” polskiego wywiadu wojskowego z placówki w Berlinie.

SOWIECI Z NRD

Istotne dla zrozumienia sprawy Ziętary są kontekst, czas i miejsce, w których działa młody reporter. Pierwsze lata po upadku komuny są specyficzne. W niejasnych okolicznościach z dnia na dzień rosną fortuny, w porachunkach na ulicach wybuchają bomby. Poznań jest szczególnym miejscem. Blisko do granicy z NRD, skąd wycofują się radzieccy żołnierze. Część z nich próbuje wykorzystać ostatnie chwile „na Zachodzie”, by nielegalnie się wzbogacić. Niektórzy wchodzą w brudne interesy z polskimi biznesmenami. Graniczna kontrabanda jest na porządku dziennym. Jeden ze świadków koronnych opowiadał nam w zeszłym tygodniu: – Poznań? Trudno o drugie miasto w Polsce, w którym na początku lat 90. aż tak bardzo przenikały się światy biznesu, mafii i tajnych służb. W takich realiach pracuje młody reporter śledczy Jarosław Ziętara.

SŁUŻBY CHCĄ DZIENNIKARZA

W 1991 r., a więc na rok przed zniknięciem, ma miejsce zagadkowe wydarzenie. Ziętara dostaje we „Wprost” kilka dni urlopu i jedzie do Paryża. Tam studiuje Beata, na której bardzo mu zależy. Co w tym zagadkowego? W tamtych czasach nie było takiej swobody podróżowania. Potrzebne były wizy, których nie dostawało się od ręki. Ziętara nie jedzie na swoim paszporcie. Kto mu pomaga? Kto daje mu inny paszport? To przysługa od służb specjalnych? Eskapada Ziętary jest bezsporna, zachowały się zdjęcia dokumentujące jego wyjazd do Francji. Relacje młodego chłopaka ze służbami są zagadkowe. Kontaktowali się z nim oficerowie delegatury Urzędu Ochrony Państwa z jego rodzinnej Bydgoszczy, ale też ci z Poznania. W kajecie, który został po Ziętarze, jest zapisane nazwisko kadrowca delegatury UOP w Poznaniu, numery jego telefonu i pokoju.

Ojcu, bratu i dziewczynie Jarek zwierza się, że dostał propozycję pracy w UOP, lecz odmówił. Jest zaskoczony skalą wiedzy, którą oficerowie zebrali na jego temat. Potem służby nabiorą wody w usta. Dopiero w ostatnich latach ujawnią, że wywiad UOP chciał zawerbować Ziętarę, lecz ten propozycji nie przyjął w czerwcu 1992 r., czyli na dwa miesiące przed zniknięciem. Służby wojskowe, których papiery, jak wspomnieliśmy, posiadał Ziętara, milczą na temat ewentualnej współpracy z młodym reporterem. Składanie podobnych ofert wyróżniającym się dziennikarzom przez służby nie było czymś wyjątkowym na początku lat 90.

POLICJANCI PRZEBIERAŃCY

Ziętara od początku 1992 r. jest w „Gazecie Poznańskiej”. Broni magisterkę. Na dobrą sprawę nie zdąża się rozpędzić w nowym miejscu, bo 1 września 1992 r. znika. Wychodzi z mieszkania i nie zjawia się w położonej niedaleko redakcji. Teczki spraw, którymi się zajmował, kasety z nagraniami znikają z mieszkania. Jakieś mniej istotne dokumenty zostają w innym miejscu, niż zwykł je zostawiać pedantyczny 24-latek. Kilka dni po zniknięciu dziennikarza w redakcji „Gazety Poznańskiej” zjawiają się schludnie ubrani panowie. Mówią, że są z policji. Koledzy Ziętary są skorzy do współpracy, chcą, by Jarek jak najszybciej został odnaleziony. Panowie, przedstawiający się jako policjanci, zabierają kasety należące do Ziętary i komputerowe dyskietki, na których na początku lat 90. dziennikarze gromadzili teksty. Po latach prokurator odpyta wszystkich wielkopolskich policjantów, którzy choćby otarli się o sprawę Ziętary. Żaden z nich nie był w redakcji po kasety i dyskietki. Kim byli goście wizytujący redakcję? Oficerami służb? Forpocztą bandytów, którzy szukali materiałów? Zagadka.

DZIWNE ŚLEDZTWO

Śledztwo w sprawie zniknięcia chłopaka zostaje wszczęte dopiero rok po tym, jak dziennikarz przepadł. Dostaje je ambitny prokurator z rejonówki, Jacek Tylewicz. Działa z werwą, próbuje nadrobić stracony czas. Wykluwają się pierwsze wątki kryminalne. Wtedy Tylewicz zostaje oddelegowany do prokuratury okręgowej. Szefowie nie wyrażają zgody na to, by zabrał sprawę Ziętary ze sobą. Akta trafiają na biurko prokuratora, który – wśród poznańskich dziennikarzy – ma opinię jednego z najgorszych w rejonówce. Śledztwo idzie w stronę umorzenia, przymiera. W 1998 r. znów coś zaczyna się dziać. Za sprawę bierze się jeden z lepszych poznańskich prokuratorów Andrzej Laskowski. Ma ciekawy trop. Pojawia się sygnał, że w sprawę zamieszany jest poznański bandyta i osiłek, który był wykonawcą brudnej roboty dla szemranych biznesmenów. Dwa dni przed przesłuchaniem bandyta dostaje do więziennej celi cynk, że Laskowski będzie go przesłuchiwał. Na przesłuchaniu wita prokuratora promiennym uśmiechem i pytaniem: – A co ja będę z tego miał, że opowiem o tej sprawie? Laskowski przesłuchuje potem współwięźniów świadka. Przyznają, że kolega z celi wiedział o szykującym się przesłuchaniu. Skąd? Zagadka. Tak jak cała sprawa Ziętary. Wydawało się, że tak już pozostanie na zawsze.

TAK, WERBOWALIŚMY ZIĘTARĘ

Wiosną 2011 r. grupa naczelnych najważniejszych mediów w Polsce zaapelowała do premiera o ujawnienie informacji tajnych służb na temat Ziętary, a do prokuratora generalnego o ponowne wszczęcie śledztwa. Efektem pierwszego wezwania było podanie do wiadomości, że w czerwcu 1992 r. wywiad nieudanie werbował reportera. Zareagował też prokurator generalny, który polecił ponownie wszcząć śledztwo, tym razem prokuraturze apelacyjnej w Krakowie. Nikt, nawet bliscy Ziętary, nie liczy na jakieś przełomy. Zeszłotygodniowe zatrzymanie byłego senatora i milionera Aleksandra G. jest najważniejszym wydarzeniem w sprawie od 22 lat.

G., CZYLI DLA SB „WITEK”

Aleksander G. od lat próbował przedstawiać się jako pionier kapitalizmu i biznesmen dzięki sprytowi wykorzystujący okazje, które dały czasy przełomu. W rzeczywistości to ponura postać powiązana z tajnymi służbami PRL i światem mafii. G. od 1982 r. był kontaktem operacyjnym Służby Bezpieczeństwa. Ta zainteresowała się nim w związku z jego wyjazdami do Niemiec Zachodnich. Z zachowanych w IPN materiałów wynika, że G. był zdziwiony, iż SB zgłosiła się do niego w 1982 r., a nie wcześniej. Przyszły milioner był wtedy przedstawicielem firmy, która sprowadzała do Polski auta z Zachodu. Wykazywał inicjatywę i chętnie współpracował z SB. Rozmowę werbunkową z G. oficer SB przeprowadził w restauracji Skarpa w Rogalinku. Po zwerbowaniu G. przeszedł szkolenie dotyczące metod zdobywania informacji i zachowywania konspiracji. Przyjął też na stałe zaproponowany mu kryptonim „Witek”.

SENATOR W AMFIBII

Strzał życia G. zrobi w 1989 r. Korzystając z wchodzących właśnie w życie przepisów, otwiera sieć kantorów na polsko-niemieckiej granicy. G. w krótkim czasie skupia około pół miliarda dolarów. W 1990 r. trafia na pierwsze miejsce listy stu najbogatszych Polaków „Wprost”. Jak to się stało, że ktoś pozwolił mu zarobić takie pieniądze? Na początku 1989 r. G. spotyka się z ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem. Ten daje zielone światło i umawia przyszłego kantorowca na naradę z generalicją. Według G. było czterech uczestników tego spotkania – wiceminister i gen. Henryk Dankowski, gen. Zdzisław Sarewicz z wywiadu, płk Zbigniew Pudysz z SB i gen. Feliks Stramik, dowódca Wojsk Ochrony Pogranicza. G. zarzekał się, że nic nie obiecał, poza zatrudnieniem ludzi i rodzin panów ze służb. Trudno uwierzyć, że była to jedyna cena, jaką zapłacił. Z dnia na dzień G. staje się posiadaczem fortuny. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 1990 r. opowiadał o sobie: „Mam konie, w garażu limuzynę z kierowcą, mercedesa 500 dla żony, terenowywrangler do jazdy po wiejskich drogach, range rover do jazdy po lesie, małą amfibię do przejażdżek po jeziorze. Golfa cabrio dla syna drugiej żony. Są dwie gosposie, koniuszy, ogrodnicy”. W niedawnym wywiadzie dla poznańskiego radia Merkury inaczej przedstawiał swe życie z początku lat 90. Opowiadał, że pracował od rana do nocy, nie szastał pieniędzmi, a te potrzebne mu były jedynie na dobry garnitur. Skłonność do konfabulacji i mitomaństwa u G. zauważyli już jego nadzorcy z SB. Pochodzący z 1982 r. fragment notatki ppłk. J. Głuchowskiego z MSW: „»Witek« wymyśla coraz to nowe tematy z dziedziny »mocnych« działań obcych służb w stosunku do niego. Spostrzeżenia te przedstawia w formie dużego zagrożenia i niebezpieczeństwa dla niego w sposób ogólnikowy i z unikaniem wszelkich potwierdzających faktów, co robi wrażenie manii prześladowczej”.

INTERESY Z „PRUSZKOWEM”

Gdy obrasta w piórka, w latach 90. bada prawdomówność swoich pracowników na wariografie, nagrywa rozmowy. Wchodzi w nowe interesy – handel paliwami, zakłada agencję ochrony. Jest buńczuczny, pewny siebie. Na początku lat 90. wkracza z grupą ludzi do redakcji „Gazety Poznańskiej”. Mówi, że przejmuje gazetę i wyznaczy redaktora naczelnego, bo dziennik napisał o nim niepochlebny tekst. Jeden ze znanych polskich dziennikarzy: – Pojawił się u mnie jako reprezentant innego poznańskiego biznes mena, z którym nie chciałem się spotkać. G. powiedział, żebym uważał, bo przecież mam córkę. Po tej rozmowie przydzielono mi ochronę z BOR-u.

G. otacza się ludźmi służb, ma kontakty z mafią. Po ucieczce Andrzeja Gąsiorowskiego i Bogusława Bagsika z Polski zarządza spółką Art-B. Potem usłyszy zarzuty zagarnięcia majątku tej firmy. W poszukiwaniu immunitetu startuje z sukcesem do Senatu. Zapowiada, że odda immunitet, potem mówi, że nie widzi takiej potrzeby. Gra, udaje normalnego biznesmena, ale ciągle ma kontakty z mafiosami. Jarosław S. ps. Masa, słynny świadek koronny, szeroko zeznawał o swoich spotkaniach z G. w 1998 r. Były poświęcone planowaniu przedsięwzięć polegających na ogromnych wyłudzeniach VAT-u. Z zeznań „Masy”: „Spotykałem się z panem G. albo u mnie w restauracji, albo u mnie w domu. Miała to być gigantyczna firma, w skład której wchodziłyby sklepy z papierosami przy niemieckiej granicy, sprzedawalibyśmy Niemcom i Niemcy zwracaliby nam VAT. […] Chodziło o sfinansowanie przez grupę pruszkowską tego całego przedsięwzięcia pana G.”. W 2004 r. G. zostaje skazany na osiem lat więzienia, właśnie za wyłudzenia VAT-u. Trafia do więzienia. Jego gwiazda ostatecznie gaśnie.

KONFABULANCI I FANTAŚCI

Czy, jak chce prokuratura, Ziętara mógł się narazić milionerowi? Na pewno przyglądał się działalności G. W notesie, który pozostał po reporterze, jest nazwisko G., są nazwy jego spółek. Wpisy są lakoniczne. Teczki i nagrania Ziętary, jak już pisaliśmy, zniknęły. Pytanie, co ma dziś prokuratura? Czy po 22 latach można będzie sformułować przeciw G. mocny akt oskarżenia? Nie ma ciała, nie ma wykonawcy, wiele dowodów jest bezpowrotnie straconych. Wiadomo, że prokuratorzy mają zeznania świadków incognito. Tyle że przy tego typu sprawach pojawiają się tabuny fantastów, konfabulantów, przestępców, którzy walczą o poprawienie sytuacji w więzieniach. Powiedzą wszystko, co tylko prokurator chce usłyszeć. Dobrym przykładem jest tu złodziej aut Krzysztof W. ps. Kanada. „Gazeta Wyborcza” w zeszłym tygodniu podawała, że kilka lat temu jej reporterzy słyszeli od „Kanady” o związkach G. ze zniknięciem reportera. „Kanada” był jedną z osób przesłuchiwanych w ostatnich latach przez krakowskich prokuratorów, którzy badają sprawę Ziętary. Pytanie, czy tacy ludzie są wartościowymi świadkami? „Kanada” wysłał kiedyś list do jednego ze świadków koronnych, w którym opisuje, jak zabito gen. Marka Papałę. Poznaliśmy treść tego listu, który jest pełen konfabulacji. Autor pisze, że Papała zginął, bo podchodził do samochodu, który akurat był kradziony. To bzdura. Generał zginął we własnym aucie. „Kanada” twierdził, że ciało Papały było odciągane z miejsca, gdzie padł strzał, co jest również wyssane z palca.

Z drugiej strony, sąd w zeszłym tygodniu przystał na to, by G. najbliższe trzy miesiące spędził w więzieniu. Do odtrąbienia sukcesu jest daleko. Sprawy Olewnika czy Papały uczą, że śledztwa opierane na świadkach incognito, przestępcach, pensjonariuszach zakładów karnych (zeznających po wielu latach) nie muszą kończyć się sukcesami. Ale jednak trochę gorzkiej satysfakcji jest. Z tego, że sprawa Ziętary nie została zamieciona pod dywan. �

Okładka tygodnika WPROST: 46/2014
Więcej możesz przeczytać w 46/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także