Bojowniczką nie jestem

Bojowniczką nie jestem

Nie dajmy sobie wmówić, że Polacy są zaściankowi. Kiedy słyszę, że jesteśmy zacofani, nietolerancyjni i nienowocześni, to wszystko się we mnie burzy – mówi Ewa Drzyzga, autorka programu „Rozmowy w toku”, która znalazła się w czołówce listy najbardziej wpływowych Polaków 2014 roku.

Jak to jest rządzić emocjami milionów Polaków?

Nie mam pojęcia, bo nie mam poczucia władzy.

Tyle że od prawie 15 lat robi pani najpopularniejszy talk-show w Polsce, który porusza najbardziej kontrowersyjne tematy. Jak to nazwać, jeśli nie władzą nad emocjami?

Te emocje wywołują bohaterowie, którzy godzą się opowiedzieć o swoim życiu. Ja co najwyżej jestem ich katalizatorem. Magnesem programu są prawdziwe historie ludzi, nie ja.

Pani też. Przecież nie jest pani jakąś tam prowadzącą, tylko telewizyjnym spowiednikiem.

To prawda, czasem się angażuję, nawet poszukuję rozwiązań problemów. Ale widzowie nie chcą oglądać przede wszystkim Drzyzgi, tylko jej gości. To jest właśnie ciekawe, że coraz częściej już nie mamy ochoty słuchać polityków z Wiejskiej czy innych ekspertów, tylko dowiedzieć się czegoś o prawdziwym życiu.

Dziś to oczywiste, że zwykłe życie się sprzedaje. Ale w 2000 r., kiedy ruszaliście, w telewizji królowali celebryci i high life. To nie był jeszcze czas reality show ani paradokumentów.

Dlatego nikt nie wiedział, jak to się przyjmie. Pierwszymi odważnymi byli Mariusz Walter i Edward Miszczak. Uznali, że skoro lubimy toczyć nocne Polaków rozmowy, to czemu nie zrobić ich wersji telewizyjnej. Dla mnie to było duże wyzwanie, bo słuchanie ludzi wydawało mi się kwintesencją dziennikarstwa.

Wysłuchała pani wielu tych ludzi...

Skończyliśmy liczyć po 17-tysięcznym gościu. Do dziś w moim programie pojawiło się z całą pewnością około 20 tys. osób.

Czyli przesłuchała pani średniej wielkości powiatowe miasto. Jacy są Polacy?

Bardzo różni. Z jednej strony, nasi naukowcy wygrywają rankingi medyczne, o naszych lekarzy zabijają się czołowe ośrodki medyczne świata, a o sportowców biją się najlepsze kluby sportowe. Z drugiej strony, spotykam też Polaków pogubionych, nieszczęśliwych, od lat będących na bezrobociu. Gdybym więc miała powiedzieć jednym zdaniem, jacy jesteśmy, odpowiedziałabym: bardzo różni. Nie dajmy sobie jednak wmówić, że Polacy są zaściankowi. Kiedy słyszę, że jesteśmy zacofani, nietolerancyjni i nienowocześni, to wszystko się we mnie burzy. Dzisiejszy Polak to Europejczyk z krwi i kości, z takimi samymi aspiracjami, marzeniami i obawami, jak inne narodowości.

Zmieniliśmy się przez te 15 lat?

Bardzo. W trakcie mojego programu w zasadzie dorosło pokolenie. Osoby, które dziś są gośćmi, nie pamiętają pierwszych odcinków. Jeden z gości powiedział mi niedawno: „Oglądam panią od dzieciństwa”. Trochę się przeraziłam.

Jakie jest to młodsze pokolenie?

Na pewno są bardziej otwarci. Kiedy ruszaliśmy z programem, chcieliśmy poruszać tematy tabu. Dziś wolimy mówić „tematy trudne”, bo większość tabu zniknęło. Goście są znacznie bardziej swobodni, łatwiej przełamują wstyd.

To chyba dobrze.

Generalnie tak. Ale jest również druga strona medalu – widownia znacznie łatwiej wydaje osąd. Często bardzo krytyczny. Łatwiej przypinamy sobie etykietki, wrzucamy siebie nawzajem do różnych szufladek i szybko zabijamy je gwoździami. Przy okazji łatwo kogoś zranić. Moim marzeniem jest to, aby przez następnych 15 lat skłaniać ludzi do tego, żeby bardziej słuchali, a mniej oceniali.

Ostre oceny to element waszego programu. Zarzucają wam, że sadzacie przed kamerą dziwolągów.

Moim celem nigdy nie była gra na emocjach. Ktoś, kto stawia takie zarzuty, powinien najpierw uważnie obejrzeć program. Jeśli kogoś te historie szokują, to znaczy, że nie zna życia. Mamy jedną zasadę: nie ma bohatera, nie ma programu. Dziwaczne tematy mogą się pojawiać w programach, do których pisane są scenariusze. U nas tego nie ma.

Ale szokować lubicie.

Przykłady proszę.

„Po co talent, po co szkoła – jak pozować będę goła!”, „Jak imprezuje ćpunka z gimnazjum?”, „Na randkach spotykam samych zboczeńców!” – to przykłady, które wytknęła wam kiedyś Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

Program ma 40 minut i żeby go oceniać, trzeba obejrzeć całość, a nie przytoczyć tytuł odcinka. Nie ocenia się książki po okładce.

Czyli historii bohaterów podkręcać nie musicie?

Zapewniam, że samo życie wystarcza.

Robiła pani w Kambodży program o gwałtach na dzieciach. W polskich sprawach nie zabiera pani publicznie głosu. Celowo?

Przecież w każdym programie poruszam sprawy Polaków.

Ale nie wypowiada się pani na temat praw kobiet czy mniejszości. Wielu pewnie by panią politycznie zaangażowało.

Jak będę chciała być bojowniczką, to nią zostanę. Na razie nie chcę. Teraz, zamiast mówić w imieniu innych, wolę oddać im głos i posłuchać. Jestem dziennikarką i nie zmierzam tego zmieniać. �

Okładka tygodnika WPROST: 46/2014
Więcej możesz przeczytać w 46/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0