Kumple z NZS

Kumple z NZS

Na studiach trzymali się razem, bo wszyscy walczyli z komuną. Podzieliła ich polityka i walka o władzę.

W restauracji sejmowej rozmawiam z Andrzejem Halickim o Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Minister administracji i cyfryzacji wspomina lata 80. Obok stolika pojawia się poseł Wojciech Szarama z Prawa i Sprawiedliwości. – Wojtek, dobrze, że jesteś. Pamiętasz jakieś anegdoty z czasów NZS? Ty też przecież byłeś – zaczepia Halicki. Szarama zamyśla się na moment. – Jakie to były piękne czasy. Proste życie. Jeden wróg. I komu to przeszkadzało?

– Główne hasło: precz z komuną. Inne rzeczy nie miały większego znaczenia. Poza tym żadnych dzieci, zobowiązań, kredytów, odpowiedzialności za inne osoby. Łączył nas również brak kasy. Nawet Paweł Piskorski był wtedy biedny – śmieje się Filip Kaczmarek, były europoseł PO.

FRANCUSKI JABOL

Paweł Piskorski i Filip Kaczmarek w 1990 r. wracali pociągiem z Paryża. Jako przedstawiciele NZS byli tam na zaproszenie pewnej francuskiej organizacji. W plecaku wieźli jedną plastikową butelkę wina. Najtańszego. Gdy już dojeżdżali do Warszawy, zrodził się dylemat: czy francuski jabol ma jechać dalej do Poznania z Kaczmarkiem, czy ma go zatrzymać Piskorski. Ostatecznie zapadła decyzja o wspólnej konsumpcji w przejściu podziemnym na Dworcu Centralnym. Kaczmarek i Piskorski byli w tzw. drugim NZS. Podobnie jak Mariusz Kamiński, Grzegorz Schetyna, Jacek Protasiewicz, Paweł Graś, Andrzej Halicki, Tomasz Siemoniak, Sławomir Skrzypek, Joanna Kluzik-Rostkowska, Ryszard Czarnecki, Przemysław Gosiewski, Władysław Stasiak czy Grzegorz Bierecki. Ich starsi koledzy, twórcy pierwszego NZS z 1980 r., zdążyli już wtedy skończyć studia albo właśnie je kończyli. Wśród nich Donald Tusk, Cezary Grabarczyk, Wojciech Szarama, Bogdan Zdrojewski, Jan Rokita.

Małomówny zazwyczaj Cezary Grabarczyk wyraźnie się ożywia, gdy pytam o tamte czasy. Minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz długo opowiada historię pierwszego NZS: od spisania postulatów do strajku okupacyjnego na wydziale prawa Uniwersytetu Łódzkiego zakończonego pacyfikacją ZOMO po wprowadzeniu stanu wojennego. – Wytrzymaliśmy ponad dobę. Gdy już musieliśmy uciekać, wziąłem grubą żeglarską linę i zacząłem wiązać drzwi, by opóźnić wejście zomowców. Po latach się zastanawiałem, skąd na wydziale prawa była lina żeglarska. Dopiero kolega z tamtych czasów przypomniał mi, że to był wąż od hydrantu. Mieliśmy wtedy zamiar użyć tych węży do obrony, a gdy stwierdziliśmy, że to głupie, zablokowaliśmy nimi drzwi – opowiada Grabarczyk. Po wprowadzeniu stanu wojennego NZS został zdelegalizowany. Wielu działaczy internowano. Do połowy lat 80. podziemna organizacja była słaba. Wtedy zaczęli studia młodsi koledzy Grabarczyka.

OTWIERAĆ! SŁUŻBA BEZPIECZEŃSTWA

Zrzeszenie zaczęło się powoli odradzać. Im słabsza była władza, tym silniejsi studenci. W 1988 r. wydawało się potęgą. – Solidarność była wtedy rozleniwiona, działacze zniechęceni. Jeśli coś się działo, to dzięki NZS – Paweł Piskorski, wtedy student Uniwersytetu Warszawskiego, z dumą opowiada o mikroładunkach umieszczanych w koszach na śmieci. Gdy wybuchały, z doczepionych do nich pojemników wysypywały się ulotki. – Zadymy nazywaliśmy kadrówkami. W ciągu godziny potrafiliśmy zebrać około stu osób w dowolnym miejscu. Gdy milicja się dowiadywała, towarzystwo się rozpierzchało i pojawiało w innym miejscu – opowiada szef Stronnictwa Demokratycznego. Happeningi, manifestacje, zadymy odbywały się w 1988 r. niemal codziennie. Każda okazja była dobra. – W lipcu przyjechał do Polski Gorbaczow. Na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich stało osiem wiat przystankowych. O godzinie 15, gdy warszawiacy wychodzili z pracy, na każdej z tych wiat pojawili się studenci z transparentami wymierzonymi w gościa z Moskwy i komunistów. Stoją i stoją, a tu nikt ich nie zwija. Ta zabawa nie polegała przecież na tym, żeby tylko manifestować, ale także na tym, aby zostać złapanym. A tu nic. Okazało się, że milicja obstawiała właśnie Trakt Królewski, którym miał przejeżdżać Gorbaczow, i potrzebowała sporo czasu na przegrupowanie sił. Na szczęście w końcu przyjechali – opowiada Joanna Kluzik-Rostkowska.

Studenci czują się coraz bardziej pewnie. – Straciliśmy czujność, przestaliśmy się tajniaczyć – mówi Kluzik-Rostkowska i snuje opowieść o konspiracyjnym spotkaniu w mieszkaniu Tomasza Zimińskiego przy ulicy Odyńca w Warszawie. Było tam kilkanaście osób, oprócz przyszłej minister edukacji m.in. przyszły szef CBA Mariusz Kamiński. – Co chwilę słychać pukanie do drzwi. Na pytanie „kto tam?” każdy gość odpowiada żartem: „Otwierać! Służba Bezpieczeństwa”. Niestety, nie było judasza. I w końcu do drzwi zastukali prawdziwi esbecy – opowiada pani minister. Funkcjonariusze kazali wszystkim siadać na krzesłach i wezwali posiłki, żeby przetransportować zatrzymanych do aresztu. Nagle przyszedł pan Janek (tak mówiono wtedy o Janie Szczerbie, obecnym pracowniku NIK) z całą tacą znaczków z Wałęsą. Od progu się skarżył, że nikt nie chce kupować przypinek, bo są paskudne. Nie wiedział, że rozmawia z esbekami. Wszyscy goście trafili na dołek. Ale przed kolegium stanęły tylko dwie osoby: właściciel mieszkania i pan Janek za znaczki z Wałęsą.

PIĘKNE SPORY

Warszawski NZS w tamtych czasach najściślej współpracował z Wrocławiem. Tam rządzili Grzegorz Schetyna i Jacek Protasiewicz. – Gdzie Grzegorz, tam Jacek – wspomina ich wspólny znajomy. Nie chce, aby podawać jego nazwisko, bo jak tłumaczy, próbuje utrzymać poprawne relacje i z jednym, i z drugim. Dobrze się też układała współpraca z Gdańskiem, czyli z Gosiewskim i Biereckim. Najgorzej – z Krakowem. Już wtedy było widać – śmieją się wszyscy moi rozmówcy – że Kraków to stan umysłu. W 1989 r. wybuchł ostry spór o to, czy zmieniać statut, który komunistycznym sądom służył za pretekst do odmowy rejestracji zrzeszenia. Kraków był przeciwny, Warszawa za. Nad NZS zawisło widmo rozłamu. Delegaci nie byli w stanie się spotkać nawet na wspólnej imprezie. Próby mediacji podjął się reprezentujący Warszawę Halicki, ale efektem jego wizyty w Krakowie było tylko umówienie się na „solówę” z brodatym działaczem z tego miasta. – Bijemy się na dachu akademika – zaproponował brodacz, czyli Paweł Graś. Gdy już miało dojść do bójki, Graś wyciągnął z kieszeni butelkę. Podczas konsumpcji obaj uznali, że nie ma co niszczyć dorobku NZS i trzeba jeszcze raz próbować się porozumieć. Po jakimś czasie to się udało. Szefem NZS został wtedy Paweł Piskorski z Warszawy. Mimo ostrych sporów studenci trzymali się jednak razem. Gdy Protasiewicz jechał do Krakowa, nocował u Grasia, gdy Piskorski odwiedzał Wrocław, zatrzymywał się u Schetyny. Wszyscy sobie pomagali.

KUSZETKĄ DO RUMUNII

Zbliżał się Okrągły Stół. – Pamiętam spotkanie z Wałęsą w kościele przy Żytniej w Warszawie. Przewodniczący Solidarności podjął nas w kapciach. Za drzwiami kłębił się tłum delegacji z całej Polski i zagranicznych dziennikarzy. Piotr Nowina-Konopka (dziś ambasador RP w Watykanie) musiał trzymać drzwi. W pokoju NZS domagał się udziału przedstawiciela zrzeszenia przy głównym stole obrad. Wałęsa kategorycznie odmówił: „Ja was znam, wywrócicie mi negocjacje. Ja wam załatwię rejestrację NZS. Obiecuję” – opowiada Protasiewicz. Niewielu zadowoliła ta obietnica. – Mieliśmy być trzecią siłą przy Okrągłym Stole, a staliśmy się piątym kołem u wozu. Rozczarowanie było ogromne. Mieliśmy przeświadczenie, że to my swoimi akcjami doprowadziliśmy do negocjacji, a zostaliśmy oszukani – to dość zgodna opinia ówczesnych członków NZS. Schetyna, Halicki i Protasiewicz demonstracyjnie odmówili udziału w podstolikach, ich puste krzesła miały być symbolem sprzeciwu NZS. Większość doszła jednak do wniosku, że nie warto na starcie rozwalać szansy na porozumienie. W efekcie w podstoliku ds. młodzieży Schetynę zastąpił Mariusz Kamiński,wtedy gorący zwolennik Tadeusza Mazowieckiego i wróg Ryszarda Czarneckiego, który przyszłego szefa CBA nazywał lewakiem.

– Poparłem Mazowieckiego. Oceniałem go wtedy dobrze. Potem się to zmieniło – mówi Mariusz Kamiński. Wkrótce wycofał się zresztą z polityki, wyjechał do Holandii, pracował w szklarni. Miał na utrzymaniu żonę i dziecko. Zakładał, że nigdy do polityki nie wróci. Jego koledzy wręcz przeciwnie. Coraz bardziej angażowali się w powstające właśnie partie, choć wciąż działali w NZS. – W Polsce się udało, ale mieliśmy ambicję, by udało się w innych krajach. Wysyłaliśmy na Wschód powielacze, organizowaliśmy pomoc, przy okazji pojawiały się różne szalone pomysły – opowiadają zgodnie. Na najbardziej szalony wpadli Andrzej Halicki z Andrzejem Papierzem (dziś konsul generalny w Kazachstanie). W grudniu 1989 r. postanowili przedostać się do Rumunii. Wyruszyli przed świętami Bożego Narodzenia, gdy właśnie w Rumunii zaczynała się rewolucja.

Historię tę słyszę od kilku osób, za każdym razem w innej wersji, choć kilka punktów jest bezspornych. Według jednej opowieści Halicki i Papierz jechali pociągiem widmo w wagonie z kuszetkami. Wieźli leki dla Rumunów. Gdy wjeżdżali na terytorium Rumunii, zaczęła się strzelanina. Położyli się na podłodze. W końcu dotarli żywi do Bukaresztu. Tam trafili pod lufy karabinów. Jakoś udało się wynegocjować uwolnienie. W Bukareszcie nic nie działało. Stracili pieniądze, bo dali się oszukać cinkciarzom – za 20 dolarów, które wtedy były majątkiem, otrzymali zwitek rumuńskich banknotów o wartości jednego dolara. Trafili na polskich przemytników, którzy pomogli im wrócić do Polski. – Nie jechaliśmy kuszetkami, bo nie mieliśmy dokumentów – prostuje Halicki. – Próbowaliśmy najpierw przejechać pociągiem osobowym, ale zostaliśmy wyprowadzeni. Kolejną próbę podjęliśmy następnego dnia. Za flaszkę wódki Mario Kamiński wynegocjował dla nas miejsce w pociągu towarowym. Wsiadaliśmy na bocznicy. W wagonie były leki, przez cały czas byliśmy w nim zamknięci. Na terytorium Rumunii usłyszeliśmy strzały. Przez szpary próbowaliśmy zobaczyć, co się dzieje. Wigilię i pierwszy dzień świąt spędziliśmy w tym pociągu. Dzieliliśmy się opłatkiem. Gdy dotarliśmy do Bukaresztu, otworzyli wagon. Stanęli przed nami uzbrojeni ludzie. Wymierzyli w nas karabiny. Jakoś udało się wynegocjować, aby nas puścili. Szwendaliśmy się po Bukareszcie. I kompletnie nie pamiętam, jak wróciliśmy – opowiada Halicki. – Papierz bardziej niż opłatek wspomina szampana i czekoladę – śmieją się znajomi jednego i drugiego.

PIERWSZA WOJNA NA GÓRZE

W kraju rozpoczyna się wojna na górze między Mazowieckim a Wałęsą. – Dla mnie decydujące znaczenie w tym, kto jest za kim, miało spotkanie z Aleksandrem Hallem, najbliższym współpracownikiem Mazowieckiego – opowiada Jacek Protasiewicz. Rozmawiali o odzyskaniu majątku NZS, skonfiskowanego w stanie wojennym i przekazanego Zrzeszeniu Studentów Polskich. Odpowiedź Halla była kategorycznie negatywna: pacta sunt servanda, umów trzeba dotrzymywać, powtarzał polityczne credo obozu Mazowieckiego. – Obietnica Wałęsy, że użyje siekierki do rozbicia pozostałości komuny, przekonała mnie, mimo wcześniejszej sytuacji z Żytniej – wspomina Protasiewicz.

Sprawy majątkowe miały wielkie znaczenie również dla innych. – Gdy okupowaliśmy siedzibę ZSMP przy Smolnej, dotarła do nas informacja od prof. Bronisława Geremka. Komunikat był jasny: jeśli nie opuścimy budynku, to rząd Mazowieckiego wyśle milicję – mówi Piskorski. – Mało kto był za premierem Mazowieckim również z innego powodu. My mieliśmy proste hasło: wolny rynek i demokracja, a on popierał społeczną gospodarkę rynkową. My chcieliśmy najpierw zrobić wolny rynek, a potem pomyśleć o innych rzeczach – podkreśla Kaczmarek.

JAK KUMPEL KUMPLA

Wkrótce nastąpiły kolejne podziały wsród ludzi z NZS. Tym razem wewnątrz obozu Wałęsy. – To było kryterium estetyczne. Czy wolisz europejskich liberałów takich jak Lewandowski, czy idziesz z braćmi Kaczyńskimi. Czyli KLD albo PC – opowiadają ci, którzy wybrali drogę liberałów. Ci, którzy poszli z braćmi Kaczyńskimi, mieli bardziej radykalne poglądy w sprawie lustracji i dekomunizacji. Pomimo działalności w różnych partiach członkowie NZS wciąż byli lojalni wobec siebie. Relacje koleżeńskie okazywały się nawet ważniejsze niż partyjne wytyczne. – Gdy w 1999 r. przygotowałem ustawę dekomunizacyjną, Schetyna zagłosował wbrew Unii Wolności, w której wtedy był. Miał z tego powodu kłopoty – wspomina Mariusz Kamiński.

Lojalność wobec kolegów z NZS obowiązywała do czasu, kiedy dawni kompani rozpoczęli marsz po władzę. Jeszcze wtedy w ramach PO-PiS. Jedną z pierwszych ofiar stał się Paweł Piskorski, wyrzucony z PO pod pretekstem łączenia polityki z biznesem. W imieniu Tuska egzekucji na Piskorskim dokonał kumpel Schetyna. Ten sam Schetyna na początku rządów PO bronił Mariusza Kamińskiego, którego premier Tusk chciał pozbawić funkcji szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. – Grzesiek sprawił, że Mariusz pozostał w CBA. A potem Mariusz pozbawił Grześka fotela wicepremiera i szefa MSWiA. Chcę wierzyć, że intencje Mariusza były czyste – mówi wspólny znajomy o skutkach ujawnienia afery hazardowej przez szefa CBA.

Schetyna wtedy nie wiedział, że czeka go jeszcze bardziej bolesny cios z rąk innego kumpla z NZS. I to w ramach walki o władzę w jednej partii. W październiku 2013 r. władzę na Dolnym Śląsku odebrał mu Jacek Protasiewicz. – Kiedyś byli nierozłączni, a teraz Grzesiek nie może patrzeć na Jacka i na odwrót. Zresztą w ramach Platformy też mało kto z dawnych czasów NZS dziś się lubi. Co się stało z naszą klasą? Ot, władza – podsumowuje kolega z NZS. �

Okładka tygodnika WPROST: 48/2014
Więcej możesz przeczytać w 48/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także