Telefon do Owsiaka

Telefon do Owsiaka

Gdyby Jurek oszukiwał, to naprawdę musiałby być głupi. Zniszczyłby coś, co budował przez tyle lat - mówi Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej.

Zdjęcie MAKSYMILIAN RIGAMONTI

Kto pani ostatnio pomógł?

Cały czas wpływają na nasze konto jakieś darowizny...

O panią pytam, a nie PAH.

A, o mnie. Mam bardzo dobrego rehabilitanta. W zeszłym roku przyjaciele i nieznani mi ludzie zrzucili się na operację barku.

Wiem, że była pani ostatnio w szpitalu.

Ale na chwilę. Uciekłam stamtąd. Chyba sama ostatnio nie potrzebowałam pomocy. Koleżanka chodzi ze mną na basen. Ale ona przecież też przy okazji popływa. Okej, żeby tu w Krakowie wejść do biura, to potrzebuję, żeby ktoś mi jedną kulę potrzymał, bo są schody i fatalna poręcz.

W telewizji zawsze tak panią pokazują, że nie widać, że coś pani dolega. To specjalnie?

Nie wiem, czy specjalnie. Do niedawna nie zdawałam sobie sprawy, że ludzie nie wiedzą o mojej niepełnosprawności. Przychodzili dziennikarze, zauważali kule i mówili: „O Boże, co się pani stało? To w Bośni, na wojnie?”. Zrozumiałam, że rzeczywiście w telewizji nie widać, że mam problemy z chodzeniem. Kule odkładano, żeby nie przeszkadzały. Zarzucono mi wręcz, że ukrywam swoją niepełnosprawność. Bzdura jakaś. Teraz kule zawsze są ze mną, nie daję schować, wyjąć z kadru. Niepełnosprawność jest częścią mnie. Można sobie pogdybać, co by było, gdybym nie zachorowała na polio...

Gdyba pani prawie w każdym wywiadzie.

Gdybam, ale kiedy byłam pierwszy raz w Częstochowie i kiedy zobaczyłam te wszystkie kule po uzdrowionych, uciekłam. Nie chciałam być wtedy uzdrowiona. Dzisiaj też bym nie chciała.

Nie wierzę.

Chciałabym być tylko trochę bardziej sprawna. Jak mieszkałam we Francji, to nie pojechałam do Lourdes. Nie jeżdżę do takich miejsc, nie czuję takiej potrzeby.

To porozmawiajmy o pieniądzach. Starcza pani do pierwszego?

Tak. Mam małe wymagania. Wszystko, czego potrzebuję, mam. Na przykład mieszkanie. Jest wspólnota mieszkaniowa, sami administrujemy budynkiem.

Pani administruje?

Jestem w zarządzie, prowadzę rozliczenia – po to, żeby było taniej. Płacę 60 zł czynszu, 138 zł funduszu remontowego, a do tego opłaty licznikowe. Ubrania? Chodzę w zasadzie ciągle w tym samym.

W tym rudym sweterku?

Między innymi w tym rudym sweterku. Zarabiam 4,4 tys. zł na rękę. To mi wystarcza.

Na wakacje wystarcza?

Nie jeżdżę na wakacje. Nie czuję takiej potrzeby. Latem jeżdżę do moich przyjaciół do lasu pod Toruń. Tam wypoczywam.

Na Ukrainę pani jedzie?

Nie jadę. Byłabym ciężarem. Tam jest bardzo dużo schodów. Poza tym zbiórka pieniędzy idzie teraz bardzo kiepsko. Polacy są hojni, ale akcyjnie. Majdan to była akcja. Teraz, kiedy potrzeba systematycznej pomocy, takiej, żeby ludzie mogli przetrwać zimę, to jest kłopot. Chciałabym, żeby każdy interesował się tym, jaki jest świat, w którym żyje, i miał świadomość, że ma wpływ na ten świat.

Politycy dysponują prywatnie publicznymi pieniędzmi, rozkradają je właściwie, a pani mówi o wpływie na świat. Zacytuję panią: „Wolę być naiwna niż cyniczna”.

Wolę. Słyszę o marnotrawieniu i rozkradaniu, ale po to jesteśmy obywatelami, żeby wpływać na to, co się dzieje, wiedzieć, na co są wydawane publiczne pieniądze.

Pani kolega Jurek Owsiak, pytany o rozliczanie darowanych przez obywateli pieniędzy, zachował się co najmniej arogancko. Nie narobił pani przy okazji kłopotów?

Mnie nie. On w żaden sposób nie jest dla nas, dla PAH konkurencją – zbiera na polskie chore dzieci, i na to Polacy dają najchętniej. Uważam, że Jurek jest czasami gwałtowny, emocjonalny, wybuchowy. Może mógł to wszystko bardziej stonować, wytłumaczyć ludziom, o co chodzi, wyjaśnić kontrowersje. No, ale on taki jest. Jednak nie bałabym się o pieniądze, które dostaje do dyspozycji od ludzi. Gdyby oszukiwał, to naprawdę musiałby być głupi. Zniszczyłby coś, co budował przez tyle lat. Bronię go z czystym sumieniem. Nie pobiera pensji z fundacji. Myślę, że pieniądze zarabia gdzie indziej.

On jest człowiekiem zaufania publicznego, a pani mówi: „On taki jest”.

Jesteśmy po imieniu, lubimy się, ale wódeczki razem nie piliśmy. Nie znam go prywatnie, tylko oficjalnie. Jakoś wspieramy się nawzajem, ale nie w działaniach, każdy z nas prowadzi swoją organizację.

Pani Janko, a może pani zadzwoni do Jurka Owsiaka i poprosi go, żeby nie reagował tak na pytania o pieniądze, o rozliczenia, o jeden procent?

Nie mam do niego komórki.

Dam pani.

Może będę miała okazję mu to powiedzieć osobiście. Było mi go żal, kiedy widziałam, że nie panuje nad emocjami. Wie pani, mnie też oskarżają o różne rzeczy, a to, że mam pałac w Warszawie, a to...

Słyszałam, że pod Wieliczką.

A, i willę w Magdalence. Jechałam na konferencję na KUL do Lublina i taki ksiądz mnie odwoził. Nagle mówi: „Cieszę, że pani będzie naszą parafianką. W którym miejscu Magdalenki tę willę pani kupiła?”. Mówił to życzliwie, cieszył się. Poprosiłam, żeby on się dowiedział, bo może przeniesiemy tam biuro. Na razie mamy takie, do którego nie mogę wejść samodzielnie. Jak się coś robi związanego z pieniędzmi, to zawsze są jakieś plotki. Ale wokół mnie przez 22 lata żadnej afery nie było.

Jak wpłacę na PAH 100 zł, to chcę wiedzieć, ile pójdzie z tego na pomoc Kurdom uciekającym z Państwa Islamskiego, ile na biuro, a ile na pani pensje.

Dla mnie to oczywistość.

No dobrze, to ile zarabia pani pracownik w Syrii?

Ok. 4 tys. zł. Płacimy też diety za podróże, opłacamy mieszkanie. Szukamy dyrektora fundacji i nie bardzo nam się to udaje. Ktoś, kto umiałby tym zarządzać, musi odejść z korporacji, w której zarabia kokosy. U nas kokosów nie zarobi. Choć i tak nasze koszty są o wiele większe niż organizacji działających tylko w Polsce. Jurek Owsiak zbiera ok. 50 mln rocznie. Bierze z tego jakieś pięć procent na to, żeby sfinansować funkcjonowanie organizacji. Nie ma misji, nie kupuje sprzętu. My zbieramy o wiele mniej, bo 22-23 mln rocznie, i musimy utrzymać 70 pracowników, w tym również tych na misjach, więc procentowo nasze koszty są większe. Wykorzystujemy maksimum 15 proc. Ale nie ja zajmuję się rachunkami. Zresztą nie mam żadnych talentów do biznesu.

Na początku lat 90. chciała pani produkować w Polsce francuskie sery.

Nie chciałam produkować, tylko znałam język francuski, przez dziewięć miesięcy pomagałam francuskiej firmie osiąść na tworzącym się polskim rynku, ale nawet mi Francuzi za tę ciężką pracę nie zapłacili. Jeden biznes zrobiłam w życiu – za to, że koleżanka zjadała moją zupę mleczną, dawałam jej kiełbasę, której nie lubiłam. Mam ogólnie zaufanie do ludzi. Jeśli nie mam dowodów, że ktoś kradnie, to uważam, że nie kradnie.

Wymarzona szefowa.

W naszej organizacji mieliśmy przypadek kradzieży i sprawa bardzo szybko wyszła na jaw. Zdarzyło się też tak, że nasi czeczeńscy partnerzy przedstawiali nam fałszywe rachunki, jednak to też wykryliśmy. Mieliśmy także raz na misji nieuczciwą księgową, ale zapobiegliśmy nieszczęściu. Wie pani, jakich pracowników jest najwięcej w PAH? Księgowych. Aż pięciu, do tego sześciu koordynatorów finansowych rozliczających projekty i jeden analityk finansowy. Co chwila jesteśmy też audytowani.

Bogaci pomagają?

Nie. Łatwiej dawać na kulturę albo na chore dzieci niż na Ukrainę czy Kurdów.

Nikogo z setki najbogatszych nie ma wśród darczyńców?

Nawet z pięćsetki nikogo nie ma. Z drugiej strony zdarza się, że odmawiamy.

Komu?

Kiedyś jedna firma chciała dać nam 60 tys. dolarów na edukację humanitarną. Okazało się jednak, że produkuje broń. A my tu nie chcemy pieniędzy z produkcji broni. Jestem wręcz przekonana, że takich pieniędzy nigdy nie wzięliśmy. Oczywiście, nie panujemy nad tym, co nie jest objęte umową darowizny, a wpływa na konto. Kiedyś np. Polmosy nam wpłacały. Zdarzało się też, że dostawaliśmy pieniądze od polityków, i to niekoniecznie od tych, których lubię.

Kiedyś, w 1993 r., do konwoju do Sarajewa zaprosiła pani polityków: Jacka Kuronia, Zbigniewa Bujaka, Henryka Wujca, a oni się popili.

Pili alkohol, ale nie byli pijani. Byli jeszcze Adam Michnik, Marek Edelman, Stanisław Wyganowski.

Podpisali umowę, że podczas podróży jest zakaz picia alkoholu?

Nie. Dopiero później zaczęliśmy podpisywać takie umowy. To pijaństwo jest mitem. Czekaliśmy na wjazd do Sarajewa. Było potwornie gorąco. Jacek Kuroń pił wino z wodą, Adam Michnik zimne piwo. Mieszkaliśmy na parkingu przy porcie. Mieliśmy swoje jedzenie, obok był bar, a cień był tylko pod ciężarówką. Nikt się nie upił. Nie było żadnej awantury. Rzeczywiście, jest zdjęcie Michnika z piwem, a Kuronia ze szklaneczką wina...

Wstydu nie było?

Był jeden, organizacyjny – nie dotarliśmy do Sarajewa, ale na to nie mieliśmy wpływu. Pomysł był taki, że z całej Europy w ramach akcji Pokój Teraz przyjeżdżają do Sarajewa ludzie i manifestują. Edelman mówił: „Ja mogę zginąć w Sarajewie. Bardzo dobre miejsce do umierania”. Wszyscy chcieliśmy zrobić coś, by przerwać tę straszną wojnę.

Jarosław Kaczyński też tam wtedy był.

I twierdzi, że był w Sarajewie, ale ja nie bardzo w to wierzę, choć nie mam dowodów. Znałam tylko ówczesne realia. Pamiętam, że drugi dzień koczowaliśmy na tym parkingu w Splicie i przed południem przyjechał Kaczyński z dwiema osobami. Mieszkali w hotelu. Kaczyński był w niebieskiej koszulce, pachnący, wyświeżony w przeciwieństwie do nas.

Pani wtedy ufała politykom?

Ja ich wtedy nie traktowałam jak polityków, choć oni byli politykami.

Pani ich przewoziła, żywiła?

Nie. Każdy miał swoje jedzenie. Pamiętam, że Kuroń wiózł swoje puszki, rozdawał kierowcom. On był wtedy ministrem pracy. Byliśmy konwojem, który miał największą liczbę VIP-ów. Ludzie z organizacji z innych krajów nie mogli uwierzyć, że jadą z nami ten Edelman, ten Michnik, ten Kuroń. Gdybyśmy dotarli do Sarajewa, nikt by nie pisał o alkoholu, nawet na to piwo czy wino nie było czasu. To był czerwiec 1993 r.

Opłacało się im z panią jechać.

Wtedy nikt o PR nie myślał. Ja też nie. Oczywiście, dzisiaj takiego konwoju bym nie zorganizowała, bo rola polityków się zdewaluowała. Ale wierzę w dobre intencje ludzi, chcę w nie wierzyć.

Polityków też?

Politycy to też ludzie. Jestem jedną z osób, które tworzyły Unię Demokratyczną. Wypisałam się szybko, po pierwszym konwoju, bo wiedziałam, że działalności pomocowej i polityki nie można łączyć. Proponowano mi wielokrotnie, żebym kandydowała do Sejmu, do Senatu, do UE. Nie chcę. I chcieć nie będę. Nie byłabym w tym dobra.

Teraz konwój humanitarny kojarzy mi się z Putinem, a nie Janiną Ochojską.

A ja nie chcę się kojarzyć z konwojami.

Przez lata się pani kojarzyła.

Ale teraz robię wszystko, żeby się nie kojarzyć. Kiedyś wysyłaliśmy konwoje, bo byliśmy młodą organizacją i nie mieliśmy możliwości, środków i doświadczenia, by działać poprzez stałą misję w Bośni. Jeżdżąc do Bośni, spotykałam się z pracownikami humanitarnymi różnych organizacji, które miały takie misje i organizowały pomoc bardziej dostosowaną do potrzeb. Od 2000 r., kiedy założyliśmy pierwszą misję, staramy się zerwać z konwojami i z tą konwojową etykietą.

Szkoda, wizerunkowo to te konwoje najwięcej dają.

Ale realnie – niewiele. Konwoje rosyjskie nie miały sensu.

Przecież tam była broń.

Nie widziałam. Rosjanie mówili, że wieźli artykuły spożywcze. Jeśli to prawda, to i tak nie wiem, po co to wieźli, jak wszystko można było dostać na miejscu.

Zaszkodził pani ten konwój. Zresztą Niemcy też wysłali swój.

Jeśli w ogóle mnie, nam zaszkodziły te konwoje, to tylko w tym sensie, że podobno polski MSZ chce wziąć przykład z Rosji i z Niemiec i wysłać swój polski biały konwój. To też bez sensu. Po co wieźć rzeczy? Poproszę o te pieniądze przeznaczone na konwój. Gwarantuję, że można je lepiej spożytkować. A w dodatku nadchodzi zima. Jeździłam zimą w konwojach i wiem, jaki to trud.

Przecież chodzi o wizerunek Polski, MSZ. Nie wie pani o tym?

Wiem. Okej, jeśli ktoś chce sobie zbudować wizerunek, to konwój jest do tego najlepszy, tylko ma to niewiele wspólnego z realnym pomaganiem. Moim zdaniem lepiej pochwalić się światu skuteczną pomocą. Zbieranie ubrań, żywności albo, nie daj Boże, leków – to są wszystko po prostu złe pomysły. W okresie Majdanu tu, na Rynku w Krakowie, zbierano leki dla Ukrainy. Ludzie przynosili to, co mieli w domu, czyli najczęściej aspirynę, witaminę C, magnez, plasterki. Na Majdanie nie o aspirynę chodziło. Nie mówiąc już o tym, że aby wysyłać leki za granicę, trzeba mieć specjalne zezwolenie. I nawet my, jako organizacja, jeśli chcemy wysłać leki, musimy też mieć takie zezwolenie. A poza tym proszę sobie wyobrazić: jest wojna, żyje pani w piwnicy, pani dziecko jest bardzo ciężko chore i dostaje pani kilka pudełeczek z napisami w jakimś dziwnym języku i pani nie wie, co z tym zrobić. Jeżeli tylko jest możliwość, ludzie powinni otrzymywać produkty lokalne. Na przykład teraz na Ukrainie bardzo potrzebne są piecyki. Słyszałam o pomyśle, żeby je z Polski przewozić. A co, jak zawór nie będzie pasował, a co, jak paliwo inne? Na Ukrainie też produkują takie urządzenia.

Kiedyś do Sarajewa wiozła pani w konwoju piecyki.

Serbowie nie chcieli ich wpuścić. Nie wiedzieli, co to jest. Ale w końcu wpuścili. Tam nie było jak na miejscu wyprodukować piecyków, trzeba było wieźć. I można było w nich palić wszystkim.

Zawsze istnieje ryzyko, że Ochojskiej ktoś takie piecyki na miejscu będzie chciał sprzedać za dwa razy tyle niż są warte.

Niech się pani nie boi, z tym też byśmy sobie poradzili. Ale w Czeczenii piecyki już wyprodukowaliśmy na miejscu, bo było taniej i transport odpadł. I nie rozdawaliśmy, tylko od razu montowaliśmy. Mieliśmy brygady remontowe... Pomoc musi być dokładnie przemyślana, bo entuzjazm na hura, aby się tylko pokazać, nie jest dobry. Okej, jeśli chcemy się tylko pokazać, to trzeba powiedzieć uczciwie, że Polska, tak jak Rosja i Niemcy, robi konwój. A my, PAH, na pewno do tego ręki nie przyłożymy.

Pamiętam, jak kopała pani studnie w Sudanie.

Nie kopałam, ale wierciłam, i nie ja, tylko lokalna ekipa najmowana najczęściej z Kenii. Chce pani zapytać, czy nie mogli sami wiercić? Ludzie też pisali i pytali, czy ci „Murzyni” nie mogliby sobie sami wykopać studni. Otóż nie mogli, bo łopatami się nie da, trzeba wiercić na głębokość od 40 do 100 m. Do tego potrzebne są specjalne wiertnice.

Polacy się na nie zrzucili?

Korzystamy głównie z usług firm wiercących, ale udało nam się kupić własną wiertnicę, ponieważ chcieliśmy na niej kształcić sudańskich specjalistów. Właściwie nasze studnie to ręczne pompy głębinowe. Wyszkoliliśmy blisko 200 mechaników pomp, którzy je naprawiają w miarę potrzeb.

Pani umie tak pomagać, żeby brali tylko palec, a nie całą rękę?

Nie wiem, co to oznacza. Umiem pomagać tak, żeby było skutecznie. Pomaganie to m.in. sztuka odmowy i wyboru. Mam nadzieję, że niebawem w Sudanie wrócimy do wiercenia studni, które zostało przerwane z powodu wojny, a potem pory deszczowej. Tam właśnie zaczyna się pora sucha. Możemy korzystać tylko z firm wiertniczych. W czasie wojennym splądrowano naszą bazę i wiertnicę ukradziono. Może uda nam się zebrać środki na nową.

Kiedyś czytałam pani książkę. Tam było też o miłości, o pani małżeństwie z dziennikarzem.

Teraz też piszę książkę, ale już nie o miłości.

Bo jej nie ma? Obrączkę nadal pani nosi.

Ja jestem wierna. Tak jak przysięgałam. Człowiek może tylko dopełniać własnych przysiąg, sam decydować. Zmusić kogoś do wypełnienia przysięgi? To nic niewarte. Jestem przekonana, że każdy z nas kształtuje własne życie. Odpowiedzialność za nie niesiemy sami. Jeżeli ktoś przyrzekał mi wierność, to wierzyłam, że tego dochowa.

Aż do śmierci.

Ja dochowam do śmierci. Wie pani, dla mnie jest istotne, że zasady, którymi się kieruję, nie są tymczasowe, słowa, które wypowiadam, są prawdziwe. Tak staram się żyć, ale wymagać tego od innych nie mogę. Mogę się tylko po innych spodziewać.

I spodziewała się pani, biorąc ślub.

I spodziewam się, zawierając umowę o pracę z pracownikiem. Zdrada zawsze boli, ale nie oznacza końca życia.

Trzeba mieć do tego silną konstrukcję.

Dzięki Bogu, mam i silną osobowość, i silną konstrukcję. �

Okładka tygodnika WPROST: 48/2014
Więcej możesz przeczytać w 48/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także