Bitwa o handel

Bitwa o handel

W 1947 r. komuniści w imię ideologicznej czystości rozpoczęli masową akcję niszczenia prywatnych przedsiębiorców. Plan wykonali, ale Polskę doprowadzili do ruiny.

Wszystkie urzędy – zgodnie z wytycznymi – rzuciły się na nas jak sępy. Przyzwyczailiśmy się do cotygodniowych wizyt komorników, którzy przychodzili tuż przed zamknięciem piekarni i z kasy zabierali całodzienny utarg. Zaczęliśmy utykać pieniądze gdzieś po kątach. Niedługo. Pewnego razu przyszło aż dwóch komorników i zajechał wóz dwukonny. Roześmiani zapytali, czy znów nic nie utargowaliśmy. I wtedy zajęli nam cały zapas mąki. – Z czego mamy żyć? – pytała mama. – Niech pani zamknie ten kramik, pójdzie na państwową posadkę i będziecie żyć z mężem bez żadnych trosk – odpowiedział komornik.

Rodzice całą noc płakali. Może to niewiarygodne, ale my w branży spożywczej zaczęliśmy głodować. Tak wspominał jedno ze starć „bitwy o handel” poznański adwokat Andrzej Bartkowski, który w pamiętniku opisał represje z lat 40., spadające na jego rodziców, właścicieli piekarni przy ulicy Długiej w Poznaniu.

HAMULCOWI SYSTEMU

Wojna zaczyna się w grudniu 1945 r. W Warszawie trwa akurat pierwszy zjazd komunistów z Polskiej Partii Robotniczej. Władysław Gomułka, sekretarz PPR, przemawia w pełnej po brzegi sali. Mówi, że partia jest po to, żeby wypełnić zadanie, które postawiła przed nią historia: „Musimy czynić wszystko co w naszej mocy, by zdruzgotać władzę kapitalizmu i stworzyć warunki do zbudowania w kraju gospodarki socjalistycznej. Wywłaszczenie kapitalistów i obszarników, oddanie ziemi, fabryk, środków komunikacji, banków na własność ogólnonarodową i budowa państwa przemysłu socjalistycznego – oto środki, które powinniśmy zastosować” – czytamy w „Głosie Ludu”, organie Komitetu Centralnego PPR.

W oficjalnej propagandzie właściciele prywatnych firm nazywani są pijawkami, krwiopijcami i wyzyskiwaczami, bogacącymi się kosztem ludu pracującego. W każdej gazecie można przeczytać, że hamują rozwój kraju, są elementem spekulacyjnym i członkami grupy pasożytniczej. Że w imię socjalistycznej sprawiedliwości trzeba im wszystko odebrać i oddać ludowi, a dokładniej – partii. PPR, która wkrótce obejmie pełnię władzy w Polsce, wzywa do likwidacji wszystkiego co prywatne i wdrożenia nowego, zapożyczonego ze Związku Radzieckiego modelu ekonomicznego funkcjonowania państwa. Na celowniku partii znajduje się każda prywatna fabryka, zakład rzemieślniczy i sklep. Właściciele muszą uiszczać dodatkowe opłaty na Pożyczkę Odbudowy Kraju i na Daninę Narodową. Nie należy tej opłaty traktować jako kary, bo te będą mogli wymierzyć dopiero za kilkanaście miesięcy inspektorzy Komisji do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Ledwo zakończyła się wojna, a władza zaczyna tępić prywaciarzy wszelkimi możliwymi sposobami. Dlaczego? Bo uosabiają przedwojenny sukces, solidność, przedsiębiorczość, pracowitość i uczciwość, czyli wszystko to, co w nowej Polsce jest źle widziane. Ta zmasowana akcja szczucia przynosi już po kilkunastu miesiącach pierwsze efekty.

WOJNA MINCA

Na początku 1947 r. zaczyna brakować w sklepach towarów, nawet tych najbardziej podstawowych – mąki, mięsa i masła, a ich ceny na czarnym rynku szybują. Przedwojenny komunista, a teraz minister przemysłu i handlu Hilary Minc, zwolennik centralizmu i systemu nakazowo-rozdzielczego, ogłasza, że przyczyną wzrostu cen jest naturalna skłonność prywaciarzy do spekulacji. By położyć temu kres, rozpoczyna w kwietniu 1947 r. akcję ostatecznego rozwiązania kwestii kupieckiej poprzez likwidację ostatków kapitalizmu. To początek procesu dorzynania prywatnej inicjatywy. W kwietniu Hilary Minc wspomina tylko o narzucaniu rynkowi ram działania, które zahamują wzrost cen. W maju zaostrza ton i ogłasza, że po wygranej bitwie o produkcję, czyli zlikwidowaniu prywatnych fabryk, trzeba rozpocząć teraz bitwę o handel, której celem będzie zahamowanie odradzania się elementów kapitalistycznych w handlu. W czerwcu Sejm uchwala pakiet ustaw pozwalających rozpocząć tę bitwę: o zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków w handlu; o obywatelskich komisjach podatkowych i lustratorach społecznych; o zezwoleniach na prowadzenie przedsiębiorstw; o nadzorze nad poborem podatku.

Minc powołuje w swoim ministerstwie biuro cen, które od tej pory będzie wyznaczać marże handlowe i ceny detaliczne obowiązujące w całym kraju. Dzięki temu minister może decydować, ile będą kosztowały majtki w Koszalinie czy Jeleniej Górze i ile na nich może zarobić sklepikarz. – Do walki ze spekulacją i drożyzną musi stanąć cały świat pracy – apeluje minister Minc. – Im więcej żołnierzy brać będzie udział w bitwie o handel, tym pewniejsza wygrana. – Daliśmy radę bandom leśnym, potrafimy dać radę rabusiom gospodarczym – wtóruje mu wicepremier Antoni Korzycki.

Ale co będzie, jak już zlikwidują prywaciarzy? W koncepcji Hilarego Minca drobnych sklepikarzy ma zastąpić sieć wielkich państwowych domów towarowych, wzorowanych na radzieckich uniwermagach. Pierwsze polskie uniwermagi powstają wiosną 1947 r. w Bielsku-Białej, Gliwicach i Katowicach i stawiane są za wzór do naśladowania. – Sklep państwowy nie będzie prowadził do miliardyzacji, do czego prowadzą swoich właścicieli sklepy prywatne – tłumaczy wyższość handlu uspołecznionego nad prywatnym Jan Kasprowicz, dyrektor z departamentu obrotu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu. – Świat pracy musi posiadać źródła uczciwego zakupu po cenach wyznaczonych przez państwo. W zasadzie każdy będzie miał prawo kupować w domach towarowych, jednakże w pierwszej kolejności muszą być zaopatrzeni członkowie związków zawodowych robotniczych i pracownicy państwowi.

NA WZÓR ZSRR

Na apele partii o włączenie się do walki z prywaciarzami odpowiadają robotnicy w całej Polsce (a kto nie odpowiada, może być aresztowany). W zakładach odbywają się antyspekulacyjne wiece. Pracownicy Państwowych Zakładów Optycznych z warszawskiej Pragi wzywają rząd do zaostrzenia walki – bezlitosnych kar dla spekulantów i szkodników gospodarczych. Ten postulat został wysłuchany. Zbrojnym ramieniem ministra w terenie są komisje do walki z nadużyciami i szkodnictwem gospodarczym. Ich inspektorzy mogą wejść do każdego sklepu i ukarać właściciela grzywną do 5 mln zł (średnia pensja górnika to ok. 14 tys. zł) albo wysłać na pięć lat do więzienia lub któregoś z 206 obozów pracy. Są niezwykle skuteczne, a o ich sukcesach informują gazety: „Komisja w Olsztynie osadziła w areszcie Janinę Abramską, właścicielkę kiosku w Szczytnie, za sprzedaż pieczywa po cenach paskarskich. Właściciel sklepu spożywczego w Mrągowie Jan Zgódka również sprzedawał pieczywo po cenach lichwiarskich. Oboje pojadą do obozu pracy”.

W pierwszym roku wojny do obozów pracy komisja wysyła 778 właścicieli. Ich nazwiska na bieżąco publikuje „Głos Ludu”. „Czy w kraju robotników i chłopów potrzebni są prywaciarze?” – pytają dziennikarze. Komisje kompletnie dezorganizują prywatny rynek, sklepy upadają jeden po drugim. Przez Polskę przetacza się fala kupieckich bankructw. A każdego bankruta władza eksmituje na bruk, by jego miejsce zajęła społeczna placówka handlowa. Minister Minc, prowadząc swoją krucjatę przeciwko kapitalizmowi, zlikwidował już wszystkie prywatne zakłady produkcyjne i prawie wszystkie prywatne hurtownie, zastępując je państwowymi centralami handlu. Układ jest już prawie zamknięty. Całą produkcję przejmują państwowe molochy, które dostarczają towar wyłącznie do państwowych hurtowni, a te zaopatrują tylko państwowe sklepy. W centralach handlowych obowiązuje zakaz sprzedaży jakichkolwiek towarów prywaciarzom.

Dzięki temu w ciągu dwóch lat udaje mu się zlikwidować połowę sklepów w Polsce. W 1949 r. państwo kontroluje już 56 proc. sklepów i 100 proc. hurtowni. Prawdziwe zwycięstwo w bitwie o handel Hilary Minc, który awansuje na wicepremiera rządu PRL, ogłasza jednak dopiero w 1953 r. Ze 131 tys. placówek handlowych istniejących w 1947 r. ocalało nieco ponad 16 tys., ale dalszej likwidacji już nie będzie. Zwycięstwo wicepremiera Minca oznaczało też puste półki sklepowe, kilometrowe kolejki, spekulację, czarny rynek i horrendalne ceny na nim. Teresa Torańska w latach 80. zapytała jednego z ideologów komunizmu, ówczesnego wicepremiera Jakuba Bermana, jaki był sens tego gospodarczego zamordyzmu. „Jak to jaki? – odparł Berman. – To chyba proste, była przecież na oku wizja ze Wschodu. Znacjonalizować całe życie gospodarcze, zrujnować spółdzielczość, prywatny handel, ustanowić na wszystko monopol państwowy. A jak się ma w ręku administrację, pieniądze i wszystkie materialne środki, nietrudno jest znacjonalizować też społeczeństwo, poprzez tworzenie fikcyjnych struktur, fikcyjnych organizacji, fikcyjnej ideologii”. �

Okładka tygodnika WPROST: 49/2014
Więcej możesz przeczytać w 49/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0