Odchodzę definitywnie

Odchodzę definitywnie

W tym roku zdrowie wysłało mi bardzo poważny sygnał ostrzegawczy. Mogłem umrzeć w każdej chwili. Jak dobrze pójdzie, mogę być aktywny jeszcze z dziesięć lat. Chcę więc posmakować życia, z polityki odchodzę definitywnie – mówi Włodzimierz Cimoszewicz, były premier.

Odnalezienie Włodzimierza Cimoszewicza w Puszczy Białowieskiej nie jest proste. Jedziemy wyposażone przez niego w dokładne wskazówki: przy którym słupku skręcić do lasu, ile metrów przejechać w jakim kierunku. Przy bramie leśniczówki wita nas stado psów. Cimoszewicz ma ich 12. – Mam nadzieję, że nie mają panie z tym problemu, tak jak Angela Merkel? – pyta nas na wstępie. Kanclerz Niemiec znana jest bowiem z tego, że panicznie boi się psów. Gdy przyjechała na pierwszą wizytę do Moskwy, Władimir Putin celowo wpuścił do gabinetu psa. Blada jak ściana Merkel zamarła ze strachu. – A ten dżentelmen kazał swoim ludziom robić zdjęcia. Wyobrażają sobie panie coś takiego? – pyta były premier i zaprasza do środka.

Tuż za drzwiami wita nas ogromna głowa wypchanego żubra. Obok jego skóra i fragment czaszki. A jeszcze dalej rozciągnięta na ścianie skóra wilka. – To wilk kirgiski – wyjaśnia gospodarz. – Podczas jednej z zagranicznych wizyt przynieśli go z targu koledzy z delegacji. Mieli kupić ikonę. Wrócili z wilkiem. Już wiemy więc, że to nie Cimoszewicz upolował tego wilka. – Na żubry też nigdy nie polowałem. Zresztą od ponad dziesięciu lat nie poluję już na grubą zwierzynę. Raniłem kiedyś dzika, który uciekł. Potem nie mogłem znieść myśli, że zdycha gdzieś w puszczy – tłumaczy. Po tej przygodzie zawiesił broń na kołku. Oddał sztucer. Zostawił sobie tylko zdobioną strzelbę, prezent od byłego premiera Rosji Wiktora Czernomyrdina. Teraz poluje z aparatem fotograficznym. – Namawiałem też do tego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Cóż, nawet nie będę mówił, z jakim skutkiem – dodaje.

SUROWA RYBA Z IWIŃSKIM

Wchodzimy dalej. W pokoju unosi się słodki, kwiatowy zapach, w kominku pali się ogień. Ściany są pełne fotografii i wszelkich pamiątek. – Jeśli coś lubię, chcę zapamiętać, pakuję to na ścianę – tłumaczy nasz gospodarz. Fotografie rodziny przeplatają się ze zdjęciami premierów, prezydentów, ministrów i królów. To osoby, które spotkał w czasie swojej działalności politycznej, które ceni i które są jego przyjaciółmi. Wzrok przykuwa fotografia z polowania, na niej Cimoszewicz z hiszpańskim królem Juanem Carlosem. – To z jego polowania na żubry w Puszczy Boreckiej – mówi. – Żubry na starość strasznie niedołężnieją – wyjaśnia Cimoszewicz. – Ponieważ to przeżuwacze, ścierają im się zęby. Słabną i umierają z głodu, bo nie mogą przeżuwać już karmy. Jeśli nie zabiją ich wilki, umierają z głodu. Kiedy są już stare albo chore, zwozi się je z całej Polski do Puszczy Boreckiej. A potem sprzedaje frajerom prawo do odstrzału. Za ładnych parę tysięcy euro – tłumaczy.

Obok króla zdjęcie premiera z żubrem. Cimoszewicz karmi żubra chlebem. – To zupełnie wyjątkowy żubr. Nazwałem go Maciek – wyjaśnia premier. Maciek był jednym z powodów, dla których polityk zdecydował się zamieszkać właśnie w tym miejscu. – Kiedy trafiłem tu 15 lat temu, to miejsce było straszne. Ruina. Kiedy mój jamnik wbiegł do środka, załamała się pod nim podłoga. Byłem mu wdzięczny, że on pierwszy wbiegł do domu. Ale kiedy przyjechałem następnym razem, na środku podwórka leżał żubr. Odpoczywał. Musiałem tu zostać – opowiada. Po kolei poznajemy historię każdej pamiątki. Docieramy do odręcznie napisanej na skrawku papieru kartki od Aleksandra Kwaśniewskiego. Pamiątka po bardzo długiej i nużącej radzie krajowej SLD. „Jedź ze mną do Meksyku. Zastanowimy się, czy wracać. Co ja tu robię?!” i data: 26 maja 2004 r. – Założę się, że dziś wygląda to tak samo. Gdybyśmy z Kwaśniewskim byli dziś w SLD, dalej wysyłałby mi takie kartki – mówi z łobuzerskim uśmiechem.

Obok dyplomu od królowej Elżbiety fotografia z podpisania traktatu akcesyjnego. Dalej on, Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller. Zaraz przy wspólnej fotografii trzech tenorów lewicy – wyklejana z koralików żyrafa. Prezent od wnuczki. Wspólna fotografia z Tadeuszem Iwińskim to pretekst do wspomnień o wspólnych wyjazdach na posiedzenia Rady Europy. – Z Tadziem poszliśmy kiedyś na spacer. Potwornie głodni weszliśmy do wietnamskiej knajpki, tak bardzo wietnamskiej, że menu było tylko w tym języku. Wybraliśmy coś na chybił trafił, po kilku minutach stary Wietnamczyk przyniósł duży półmisek z pokrojonymi skrawkami surowej ryby. Siedzimy i nie wiemy, co z tą rybą zrobić, ale Tadzio udaje, że panuje nad sytuacją. Ja byłem tu i tam, doskonale wiem, jak się je surowe ryby. I jako pierwszy zaczyna żuć, widzimy jednak, że ta ryba jakoś mu nie idzie. I w momencie, gdy on już tę surową rybę prawie zjadł, Wietnamczyk przyniósł kociołek do ugotowania tych naszych ryb. Bo to było fondue – opowiada.

Na ścianach jest dosłownie wszystko. Obrazy, które dostał. Pamiątki z podróży. Wypchany bażant, który osunął się z haczyka i wisi do góry nogami. A na stole czeka herbata w dzbanku. Termos z gorącą wodą, domowy sernik i porcelana w motywy myśliwskie. Obok kawa rozpuszczalna. Cimoszewicz pije tylko taką. Najchętniej z metalowego kubka.

CZŁOWIEK INACZEJ MYŚLI

– Do Warszawy jadę tylko, kiedy muszę – wyjaśnia, gdy zajmujemy miejsca przy stole. Dodaje, że cały czas stara się spędzać tutaj i robić jak najwięcej zdjęć. Dużo też majsterkuje. Obecnie przeprowadza remont generalny starej maszyny do szycia Singera. Jest też inne wyzwanie, ale nie jest pewien, czy może nam o nim opowiedzieć. – W Niemczech kupiłem używany ambulans – zdradza były premier. – Przerabiam go na camper. Pojadę w podróż po Europie. Na początek Skandynawia – opowiada.

Ambulans, który będzie jego domem na kołach, oglądamy potem w stodole. Samochód jest w bardzo dobrym stanie, ale Cimoszewicza czeka jeszcze dużo pracy. – Tu będzie łóżko, a tam zrobię prysznic z zasłoną na magnesy – polityk wyjaśnia, że wszystkie elementy wyposażenia robi sam. Ostatnio kupił też starą przyczepę kempingową. Ma być ruchomą amboną do obserwacji zwierząt.

Zostanie przemalowana w barwy maskujące, czyli na zielono i brązowo. Czy to znaczy, że już nie ciągnie go do polityki? – Żubry są fajniejsze – ucina były premier. – Tu człowiek zupełnie inaczej myśli. Pamiętam na przykład dokładnie, kiedy pierwszy raz w tym roku robiłem zdjęcia leśnych kwiatów. To było 7 marca. Bliskość natury zawsze była dla mnie bardzo ważna. Polityką zajmuję się już 25 lat, niech teraz robi to ktoś inny. Ja chciałbym mieć trochę czasu dla siebie. Tym bardziej że w tym roku zdrowie wysłało mi bardzo poważny sygnał ostrzegawczy. Miałem problemy ze wzrokiem. Jakiś zator. Uznałem, że trzeba wyjaśnić, co mogło być przyczyną. Kardiolodzy mnie zbadali. Doszli do wniosku, że zastawka aortalna jest w fatalnym stanie. Nie chcieli już wypuścić mnie ze szpitala. Mogłem umrzeć w każdej chwili. Dziś lekarze się cieszą, wyniki są świetne, ale nie mogę się denerwować. Nawet kiedy widzę w telewizji film sensacyjny, muszę przełączyć. Jak dobrze pójdzie, mogę być aktywny jeszcze z dziesięć lat. Chcę więc posmakować życia – tłumaczy. I dodaje, że to, co trzymało go w polityce, to wyzwania. – Po 2005 r. postanowiłem wrócić do polityki tylko dlatego, żeby PiS nie zdobył w Podlaskiem trzech mandatów, tylko dwa. Teraz odchodzę już definitywnie. Nawet jeżeli PiS wygra wybory, najprawdopodobniej nie będzie już rządził Polską. Nie będę więc musiał wynosić się z kraju – mówi. – Najważniejsze już zrobiłem – dodaje.

A rada doradcza przy premierze? W 2009 r. rząd Donalda Tuska poparł kandydaturę Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego Rady Europy. Mówiono wtedy, że były premier sprzedał się PO. – A co oni mogliby mi dać? Watykan? – protestuje Cimoszewicz. Kiedy nie został szefem RE, premier rozmawiał z nim o możliwej współpracy. – Powiedziałem mu, że dobrze wiem, jak to jest, kiedy pełni się funkcję premiera. Zajęty bieżącymi sprawami, nie miałem czasu na refleksję. Po latach myślę, że w moim przypadku była to największa słabość i wada. Powiedziałem wtedy Tuskowi, że mu radzę, by raz na dwa, trzy miesiące znalazł sobie wieczór na rozmowę o ważnych sprawach. O tym, dokąd zmierza świat, gospodarka. Spytał, czy byłbym gotów przychodzić na takie spotkania. Zgodziłem się. „Niech Sławek Nowak to z tobą zorganizuje” – dodał na koniec. Nic z tego nie wyszło. Potem zresztą tego Sławka Nowaka widywałem od czasu do czasu w Sejmie, pytałem, co z tą sprawą, on mówił, że wszystko dobrze i nic się nie działo. A ja przecież nie będę się narzucał – mówi były premier. Widać, że żal mu zmarnowanej okazji, by przydać się na coś szefowi rządu. – Mogłem ściągnąć przecież ludzi z Polski, z zagranicy – mówi. – Z Tuskiem o polityce zagranicznej chciał pan rozmawiać? Z nim to raczej o cynicznych mechanizmach władzy! – zauważamy. – Opowiem paniom coś, o czym wcześniej nie mogłem mówić. Pięć lat temu na szefa Rady Europejskiej wybrano Hermana Van Rompuya. Zgroza! Rozmawiałem wtedy z Tuskiem i pytam, czemu ty się na tego Van Rompuya zgodziłeś. W naszym interesie jest silne przywództwo, czemu zgodziłeś się na takiego słabeusza?! „Bo mi w EPP powiedziano, że to dobry kandydat” – odpowiedział. Tuskowi brakowało własnej refleksji na ten temat. Pogadania z kimś o tym, co jest dla nas ważne.

TRAKTAT ZAMIAST SZYNSZYLI

– Panie chyba są głodne – przerywa Cimoszewicz. Proponuje więc, byśmy pojechali do Białowieży na obiad. Zanim wsiądziemy do samochodu, oprowadza nas po leśnym gospodarstwie. – Tu jest maszyna do mielenia kurzych korpusów. W ubiegłym tygodniu kupiłem dla psów 40 kg korpusów. Potem mama to gotuje i miesza z makaronem albo ryżem. A tu wytapiam tłuszcz na karmę dla sikorek. Mieszam to potem z ziarnami. Codziennie schodzi kilogram – opowiada.

Mamę sprowadził do leśniczówki dziesięć lat temu, kiedy owdowiała. – Mieszkała sama w Warszawie. Tu jest zdrowsze życie. Kiedy wyniosła się z miasta, zafundowałem jej kury, gęsi, kaczki i perliczki. Po dwóch latach słyszę, że chciałaby mieć królika. Pojawiły się więc króliki. Cholerne króliki zaczęły się rozmnażać. Było ich ze sto. Co z nimi robić. Zabić? Jak? Tu go głaszczę i mam zabić? Na szczęście znaleźliśmy człowieka, który się zgodził te wszystkie króliki zabrać. Powiedziałem mu: „Bierz pan wszystkie, do ostatniego!” – opowiada.

Króliki to nie pierwsze hodowlane doświadczenie byłego premiera. Dużo wcześniej, jeszcze w latach 80., były świnie. Potem pieniądze miały mu przynieść szynszyle. – Gdyby nie polityka, byłbym hodowcą szynszyli. W końcówce lat 80. można było zrobić rewelacyjne pieniądze na szynszylach. Wtedy od szynszyli nie płaciło się podatków, Polska to był taki szynszyli, podatkowy raj. Za jedną skórkę dostawało się 25 dolarów. Kupiłem ziemię. Klatki. Zaplanowałem, że będę miał 350 samic. To byłoby ponad 600 futerek. Największa hodowla w Polsce. Pierwsze sztuki miałem kupić wiosną 1989 r. Ale kiedy skończył się Okrągły Stół, zaproponowano mi wejście do polityki, więc odłożyłem tę hodowlę na kilka lat. I tak minęło już ćwierć wieku. – Gdybym został hodowcą szynszyli, miałbym pewnie spokojniejsze życie. Za to nie podpisałbym traktatu akcesji Polski do UE – mówi z dumą polityk.

GDZIE SARNY SZCZEKAJĄ

Wreszcie ruszamy do Białowieży. – Popatrzcie na te drzewa. Parę lat temu w grudniu odcięły nas od świata, na drogę spadło 13 zwalonych drzew. A ja mieszkam tu z 88-letnią matką, muszę mieć dostęp do świata. Wziąłem więc traktor, piłę i po kolei ciąłem te drzewa. W pewnym momencie zachciało mi się płakać, widziałem, że już nie daję rady, a jeszcze kilka drzew zostało. I nagle z drugiej strony słyszę dźwięk piły. Odetchnąłem: „Jestem uratowany!”.

Nagle w głębi lasu widzimy stojącą za drzewami sarnę. – To dość rzadka sprawa – tłumaczy Cimoszewicz. – Musiała się tu gdzieś zaplątać, bo sarny zazwyczaj trzymają się obrzeży lasu. Las jest dla nich niebezpieczny, sarny to podstawowy pokarm rysi. W tej puszczy mamy kilkanaście rysi – tłumaczy. O żubrach Cimoszewicz wie jeszcze więcej niż o rysiach. Opowiada o nich przez całą drogę. Jedzie trochę wężykiem, bo kierując, patrzy raczej na puszczę niż na drogę. Ale jest bezpiecznie, droga do Białowieży jest absolutnie pusta. – Zdarza się, że żubry wychodzą na drogę – tłumaczy. Na obiad bliny z łososiem i pielmieni z mięsem. Ulubione dania Cimoszewicza. Rozmawiamy o największej pasji byłego premiera, czyli fotografii. Były szef rządu od kilku lat prowadzi na Facebooku profil, na którym umieszcza zdjęcia, które zrobił podczas wypraw do puszczy. – Czasem zwierzęta same przychodzą pod mój dom. Kiedyś jeden z żubrów prawie wszedł do środka – opowiada. Na szczęście ten niezwykły moment został uwieczniony na fotografii. Kajtek, pies znajda, stoi przed drzwiami, a obok niego żubr. – Popisałem to zdjęcie: „Głupi Kajtek, przyprowadził kolegę, ale nie pomyślał, że drzwi są za małe” – śmieje się Cimoszewicz. Zdjęć wykonanych przed domem jest więcej. Każdej zimy przychodzi w okolice domu Cimoszewicza stado 15-20 żubrów. On je dokarmia. – Chodzę z wiadrami i rzucam paszę co kilka metrów. Teraz też są, ale pewnie leżą gdzieś w lesie, bo jest stosunkowo ciepło. Kiedy jest zimno, żubry często nawet nie oddalają się od mojego domu. Kładą się tuż za płotem, leżą i czekają, aż przyniosę jedzenie – mówi.

– Zwierzęta się schodzą w określonej kolejności. Najpierw żubry, potem jelenie. Żubry nie odpędzają jeleni. Czasem przychodzą dziki. Robi się tłoczno. Czasem są bójki. Jelenie czasem są złośliwe. Zimą znajduje kępki sierści. Wygryzione. To łanie. Jedna drugą uszczypnie i wycina kawał sierści. Zrobiłem nawet takie zdjęcie, kiedy dwie łanie biją się między sobą. Obie stały na tylnych nogach, a przednimi starały się odpychać. I to wszystko w mojej bramie. Rok temu pojechałem zrobić zdjęcia wilkom. Wilków nie było. Były łosie. Jak one pięknie mi pozowały! – wspomina Cimoszewicz.

Po obiedzie wracamy do leśniczówki okrężną drogą. Były premier wspomina swoje przygody związane z życiem w odosobnieniu. – Rok temu wracałem z Warszawy późno w nocy. Fatalna pogoda. Wjechałem do puszczy po północy. Straciłem koncentrację i nie zareagowałem na widok drzewa, które spadło na drogę. Mój samochód zawisł jednym kołem na drzewie. Ja bez czapki. W garniturze. Do domu ponad kilometr. Świeciłem sobie komórką raz na jakiś czas, żeby zobaczyć kolejne kilka metrów. Bałem się, że wlezę na żubra, bo żubry bardzo często w nocy wychodzą na drogi. Mogłoby być niebezpiecznie! – mówi. – Nawiasem mówiąc, w tych reklamach piwa, żubry porykują, a przecież w naturze żadnych głosów nie wydają. W czasie rui tylko jakieś postękiwania, ale ryczenia nie ma. Co innego kozioł sarny, on szczeka. Można się nabrać, bo robi to dokładnie jak pies. A żubry nic.

KRADZIONY KOT

Na co dzień jest jednak raczej spokojnie. I to głównie dlatego, że niewiele osób potrafi tu dotrzeć. Zdarzają się jednak wyjątki. – Kiedyś przyjechała cała wycieczka górników. Rowerowa. Przyjechali ze Śląska i postanowili znaleźć Cimoszewicza. Innym razem nieopatrznie nie zamknąłem bramy. Wychodzę, a tam harleyowiec w moim wieku. Bardzo sympatyczny facet z Gdańska, który rano wsiadł na motor i postanowił mnie odwiedzić. Miły. Tylko ja go pierwszy raz w życiu widziałem – opowiada.

– A pamiętają panie rzecznika rządu Dariusza Jadowskiego? Przyjechał do mnie kiedyś z całą rodziną. Pobyli chwilę i pojechali do hotelu. W nocy telefon. „Panie premierze, czy pan ma biało-czarnego kota?”. Miałem, nawet dwa. „A czy może pan sprawdzić, czy oba są. Bo kiedy wysiedliśmy z samochodu, zaczął się tu plątać biało-czarny kot i nie wiem, czy to nie pana”. Pomyślałem: jak ja to teraz w nocy sprawdzę? Mówię więc: „Weź pan tego kota, wyjadę panu naprzeciw, spotkamy się w połowie drogi i go od pana odbiorę”. Tak się stało, rano wychodzę na podwórze, patrzę, a tam trzy koty. Nie odwiozłem go nigdy do hotelu, głupio było się przyznać, że mam kradzionego kota – wyjaśnia.

Mimo zakazu wjazdu wjeżdżamy na teren dyrekcji parku w Białowieży. – Moi BOR-owcy mówili w takich chwilach: „Panie premierze, a teraz na chwilę zawiesimy działanie tego przepisu!”. – Trudno się było przyzwyczaić do ochrony? – Bardzo. Ci faceci liczyli nawet, ile razy chodzę robić siusiu. Totalny brak prywatności. Teraz co innego. Cimoszewicz ma spokojne sąsiedztwo. Nie licząc koniecznych wyjazdów na obrady Senatu, żyje tak, jak chce. – Najbardziej sobie cenię spokojne sąsiedztwo. Nie to, co w Warszawie. �

Okładka tygodnika WPROST: 51/2014
Więcej możesz przeczytać w 51/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także