Reality show Arłukowicza

Reality show Arłukowicza

Bokser, który bardzo lubi walkę – mówią o ministrze zdrowia lekarze. Bartosz Arłukowicz właśnie ocalił skórę. „Wprost” ujawnia kulisy politycznego kryzysu wokół służby zdrowia.

Dzień po ogłoszeniu sukcesu Bartosz Arłukowicz miał się pojawić w sądzie pracy, na rozprawie z byłym szefem Instytutu Reumatologii i wiceministrem Andrzejem Włodarczykiem. – Przysłał usprawiedliwienie, że musi się w tym czasie stawić w Senacie. Ale nikt go tam nie widział – mówi nam Włodarczyk. Jak usłyszeliśmy nieoficjalnie w resorcie, minister musiał odespać kilka najbardziej gorących dni w jego dotychczasowej politycznej karierze. Arłukowicz poszedł na wojnę z lekarzami z Porozumienia Zielonogórskiego. – Zagrał va banque i na razie ocalił głowę – podsumowuje jeden z członków rządu. Choć nie było to przesądzone.

ZAPLANOWANA KAMPANIA

Do konfliktu między Ministerstwem Zdrowia a lekarzami pierwszego kontaktu dochodzi regularnie pod koniec każdego roku. Chodzi o wysokość kontraktów podpisywanych przez nich z NFZ. W tym roku spór był jeszcze ostrzejszy niż zwykle. Lekarze sprzeciwiali się dodatkowym obciążeniom związanym z wprowadzeniem pakietu onkologicznego, z kolei minister zdrowia nie chciał im dokładać kolejnych pieniędzy za leczenie pacjentów. Szczególnie ostrą walkę ministerstwo toczyło z Porozumieniem Zielonogórskim. To federacja pracodawców, a w praktyce związek zawodowy skupiający ok. 20 proc. lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. PZ znane jest z ostrej, zdaniem niektórych wręcz brutalnej, walki o interesy lekarzy. Pojawiły się nawet zarzuty o szantaż i szafowanie zdrowiem pacjentów.

Do konfrontacji z lekarzami Arłukowicz szykował się przynajmniej od kilku tygodni. Już w listopadzie, jak nieoficjalnie się dowiadujemy, jego współpracownicy zbierali szczegółowe informacje dotyczące władz Porozumienia Zielonogórskiego, ich praktyk lekarskich i zawiązanej przez nie spółki Medical Concept. Te dokumenty miały się przydać w twardych negocjacjach z lekarzami rodzinnymi i w kampanii PR. Dotychczasowe rozmowy nie zbliżały stron do porozumienia. Zbliżały się święta, zwyczajowo już oznaczające czas turbulencji w służbie zdrowia.

– 22 grudnia zadzwonił do mnie minister Arłukowicz, pytając, czy mógłbym przyjechać do Warszawy, bo on nie może się dogadać z PZ – twierdzi Marek Twardowski, były wiceminister zdrowia z czasów Ewy Kopacz. Twardowski od kilku lat nie był już we władzach Porozumienia (prezesem jest Jarosław Krajewski). Za to od dawna pała odwzajemnioną niechęcią do Arłukowicza. To o tyle zaskakująca informacja, że współpracownicy ministra jako jeden z powodów załamania się negocjacji wymieniali właśnie włączenie do nich Twardowskiego. Dziś lekarze uważają, że był to element rozgrywki ze strony resortu, obliczony na ich skłócenie. 29 grudnia strony rozstają się w ostrym konflikcie o pieniądze, a medycy zapowiadają, że zamkną gabinety. Arłukowicz jedzie do Kopacz. – Będzie protest – oznajmia. Dzień później informuje na posiedzeniu rządu, że sytuacja się zaostrza, ale on nie zamierza ustąpić, bo „trzeba skończyć z szantażem PZ”. I prosi resztę ministrów o wsparcie. – Kopacz na to przystaje, ale raczej na zasadzie „rób jak uważasz”, a nie klepnięcia przez nią strategii Arłukowicza – mówi jeden z ministrów.

Arłukowicz ma poczucie, że został sam. – Płyń albo toń. Wiedział, że ona w każdej chwili może go wywalić – podsumowuje jeden z zorientowanych w sprawie polityków.

SPAKOWANY

Tym bardziej że relacje Arłukowicza i obecnej szefowej rządu przez lata były lodowate. Kopacz jako marszałek Sejmu nie zabierała oficjalnie głosu w sprawach związanych ze zdrowiem, ale w zaciszu gabinetu ostro recenzowała poczynania swojego następcy. Arłukowicz nie pozostawał dłużny. – Sytuacja była bardzo napięta. On dzwonił na przykład w sprawie nowelizacji ustawy, a ona nie odbierała telefonu. Sejmowe kontakty musiał wziąć na siebie wiceminister Jakub Szulc, a potem Sławomir Neumann – opowiada były pracownik resortu zdrowia. We „Wprost” opisywaliśmy wówczas te wzajemne animozje. – Samochód, którym jeździła (volvo), oddał jednemu z wiceministrów, a sam przesiadł się do innego. Usunął z gabinetu meble i obrazy – opowiadał nam wtedy jeden ze współpracowników ministra zdrowia.

Arłukowicz stawiał za to na relacje z bliskimi współpracownikami Donalda Tuska, a zwłaszcza z Pawłem Grasiem. Kiedy się okazało, że Tusk wyjeżdża za granicę i to Kopacz zostanie premierem, minister zdrowia szybko się spakował. – Chodził i mówił, że na pewno go wymieni. Był naprawdę zdziwiony, gdy się okazało, że jednak zostaje – przyznają rozmówcy z rządu. Kopacz zdecydowała się na to z dwóch powodów. – Po pierwsze, nie chciała, żeby to było odebrane jako zemsta. Po drugie, Tusk jej radził, żeby go zostawiła jako zderzak – podsumowuje polityk PO. Zwłaszcza że wkrótce miały wejść w życie pakiety kolejkowy i onkologiczny, czyli zbliżał się potencjalny kryzys. Minister nie miał więc silnej pozycji politycznej. – Chemii nie było i nie ma nadal. Bartek chodził przybity, bo nie miała dla niego czasu – opowiada jeden z polityków PO. Inny rozmówca: – Dążył do tego zwarcia z lekarzami, bo chciał mieć sukces albo zginąć na barykadzie. A on najlepiej się czuje właśnie na wojnie, w konfrontacji. Stres, presja, adrenalina to jego żywioł. Dlaczego wygrał kiedyś reality show [„Agent” – red.]? Bo ograł tam wszystkich.

POWRÓT ZE SZCZECINA

Po zerwanych negocjacjach 2 stycznia gabinety lekarskie są rzeczywiście zamknięte. Minister powtarza, że nie zaprosi PZ na ponowne rozmowy, dopóki ich nie otworzą. Sytuacja się zaognia, lekarze szukają kontaktu z innymi politykami koalicji. W zakulisowe mediacje włączają się m.in. Józef Zych i kilku księży. Kiedy pojawia się informacja, że członkowie PZ chcą złożyć zawiadomienie na policji o zaginięciu Kopacz, otoczenie premier zaczyna nerwowo reagować.

Niedziela, tydzień temu. Szefowa rządu spotyka się z byłym przewodniczącym Rady Gospodarczej przy premierze Janem Krzysztofem Bieleckim i kilkoma obecnymi członkami rady w sprawie kryzysu w służbie zdrowia. Na rozmowę chce doprosić Arłukowicza, ale okazuje się, że pojechał na weekend do domu, do Szczecina. – Wtedy się wkurzyła i kazała mu natychmiast wracać do Warszawy. Środek kryzysu, a on sobie pojechał – słyszę na rządowym zapleczu. Minister wsiada w samochód i po kilku godzinach jest w kancelarii. W trakcie rozmowy usiłuje się dowiedzieć, czy ma wsparcie Kopacz dla konfrontacji. Ale słyszy tylko: negocjuj. – Przez cały ten kryzys ona była jak sfinks. Arłukowicz nie miał pojęcia, jak to się potoczy – przyznaje kilkoro moich rozmówców. Zwłaszcza gdy następnego dnia w telewizji zobaczył rzeczniczkę rządu unikającą odpowiedzi, czy premier popiera jego działania, bo to „minister jest ministrem”. Jeden z członków rządu: – Arłukowicz pojechał po bandzie, zarządzając posiedzenie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Formalnie nie miał do tego podstaw, ministrowie dzwonili do siebie, pytając, czy tam iść.

To był krytyczny dzień dla przyszłości Arłukowicza. Do kryzysu rano włączyły się Naczelna Rada Lekarska i Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, grożąc strajkiem. W odpowiedzi minister uderzył jeszcze mocniej. Na konferencji ujawnił stenogramy rozmów z podkreślonymi fragmentami, w których przedstawiciele PZ mówią na przykad, że są biznesmenami i pieniądze „należą im się jak psu buda”. Zarzucił im też, że negocjują nie w imieniu lekarzy, ale swojej spółki – Medical Concept. Taki scenariusz miał zaplanowany od dawna. – Przecież on w środku tego kryzysu był jeszcze u fryzjera. To była przygotowana robota PR, takich tekstów, jak na tamtej konferencji, nie wymyśla się ad hoc – podsumowuje inny członek rządu.

Minister ogłasza pełną mobilizację – o czynnych przychodniach mają informować szkoły, posterunki policji, straży pożarnej. Za stołem obok siedzi kilka osób, które po kolei wyrażają poparcie dla jego działań. Jedną z nich jest Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych. Dopytywany przyznaje, że przed konferencją zadzwonił do niego Arłukowicz z prośbą, żeby wystąpił z takim poparciem. Jak się dowiadujemy, to Chrostowski ściągnął na szybko pozostałych, z prof. Maciejem Krzakowskim na czele. Minister na konferencji efekt negocjacyjny osiągnął – lekarze znaleźli się w głębokiej defensywie. – Pojechał Ziobrą i okazało się, że w tym wypadku to działa – z uznaniem oceniał Arłukowicza kolega z Platformy. Jednak w KPRM entuzjazm był nieco mniejszy. Jak wynika z nieoficjalnych informacji, Kopacz miała plan awaryjny. Z lekarzami kontaktował się w jej imieniu Andrzej Włodarczyk. Gdyby kryzys nie został zażegnany do momentu konferencji na 100 dni rządu, premier miała przejąć negocjacje. Tak się jednak nie stało. W święto Trzech Króli rano minister zaprasza ponownie władze PZ do stołu. Chwilę później jedzie do Kopacz. Jeden z naszych rozmówców: – Chciał koniecznie mieć od niej zielone światło, glejt.

BEZ PIZZY

Po 15 godzinach negocjacji strony osiągają porozumienie. Co się w tym czasie dzieje za zamkniętymi drzwiami? – Było kilka kryzysów – opisuje Jacek Krajewski, prezes Porozumienia Zielonogórskiego. Twardowski: – Pamiętam negocjacje za Marka Balickiego. Były ostre, ale w trakcie zrobiliśmy przerwę na pizzę, którą zamówił minister. Arłukowicz chciał nas wziąć głodem. A ściślej: kawą, herbatą, wodą i ciasteczkami. Ale lekarze też grali ostro. W nocy, po kilku godzinach rozmów, poinformowali ministra, że do Warszawy jadą już autokary – 1600 lekarzy, którzy mieli się pojawić pod KPRM w czasie konferencji na 100 dni rządu. W trakcie kolejnych przerw Arłukowicz zamykał się w gabinecie: palił papierosa za papierosem i dzwonił do kancelarii premiera.

Przed 7 rano, kilka godzin przed wystąpieniem Kopacz na 100 dni, porozumienie zostało podpisane. – Zapytaliśmy ministra, czy otrzymamy teraz nagranie spotkania. Nie odpowiedział – mówi nam Krajewski. Arłukowicz poprosił za to lekarzy, żeby nie ujawniali dokumentu porozumienia. – Uderzyło mnie, że po tym wszystkim wiceminister Neumann zaczął się od razu zachowywać normalnie. Na zasadzie: co było, to było, teraz wracamy do normalności. A Arłukowicz nie. Emocje w nim ciągle buzowały. To jest bokser, który bardzo lubi walkę. Taką na nokaut – dodaje prezes PZ.

POCHWAŁA KOPACZ

Minister zdrowia może teraz odtrąbić sukces. Sławomir Nitras, doradca Kopacz w KPRM, w środę rano zapewnił w RMF, że Arłukowicz miał w kryzysie wsparcie premier. – Nie dałem ani złotówki więcej – podkreślał sam minister na posiedzeniu rządu. Kopacz podziękowała mu wtedy za determinację, a chwilę później pochwaliła ministra publicznie. W PO można usłyszeć, że udało mu się uciec spod gilotyny. – Ale na jak długo? On balansował na linie. Wszystko zależy od kolejnych miesięcy, tego, co będzie się dalej działo z pakietem onkologicznym. Na razie głównie poprawił swój wizerunek – uważa jeden z moich rozmówców. Jednak zaufanie Kopacz do szefa resortu zdrowia nie wzrosło. Dzień po zakończeniu kryzysu w ministerstwie pojawiła się pełnomocniczka premier Beata Małecka-Libera. Według części polityków PO może zastąpić Arłukowicza, gdyby pojawiły się kolejne problemy.

Albo gdyby minister postanowił pójść na kolejną wojnę. Tak widzi zresztą swoją rolę od pierwszego dnia urzędowania. Ponad dwa lata temu napisaliśmy we „Wprost” o elektrycznej osobowości Arłukowicza, który w stresie rzuca długopisami, a ze swojego gabinetu zrobił twierdzę. Żeby uchronić się przed lobbingiem, kazał pozakładać specjalne bramki, wprowadził identyfikatory, cyfrowe nagrywanie spotkań. Stamtąd wypowiadał kolejne wojny – aptekarzom, lobby farmaceutycznemu, konsultantom krajowym, Centrum Zdrowia Dziecka, lekarzom. Rok później minister zgodził się opowiedzieć nam o tym świecie wielkiego lobby i czarnego PR. Jednak w ostatniej chwili wycofał się z wywiadu. Teraz ani on, ani wiceminister Neumann nie odpowiedzieli na moją prośbę o rozmowę. �

Okładka tygodnika WPROST: 3/2015
Więcej możesz przeczytać w 3/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także