Na językach

Na językach

Patrzę na polityków jak na kreatorów mody językowej. Mają duży wpływ na nasze mówienie, a przez to i na nasze myślenie – mówi prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca.

Polityką krajową pan profesor się jeszcze interesuje?

Kiedyś się bardzo interesowałem, teraz mniej. Za to coraz częściej patrzę na politykę jak na spektakl. Lubię gesty Cymańskiego, kolorowy sweterek Czarzastego i te ich pozorne kłótnie.

Nie traktuje pan zbyt poważnie naszej sceny politycznej.

Użył pan słowa „scena”. To pokazuje, jak nasi politycy są odbierani. Scena to miejsce, na którym występują aktorzy, często dla zabawy gawiedzi. Oni się tam nie biją na serio. Udają tylko, że się kopią, jak to bywało w farsach. Polityka ma dwa źródła metafory. Pierwsze to teatr, gdzie świat jest pozorny, udawany, drugie to wojna, stąd takie słowa jak kampania, atak, obrona. Opisując politykę, wybieramy między słownictwem teatralnym a wojennym.

Politycy są dla pana bardziej aktorami czy żołnierzami?

Jako językoznawca patrzę na nich jako na kreatorów mody językowej. Mają duży wpływ na nasze mówienie, a przez to i na nasze myślenie.

Polityka polega na gadaniu. Tak mówił były premier Jan Olszewski. Tylko czy coś z tego mówienia jeszcze wynika?

Polityka poznaje się po języku. To jego narzędzie pracy. Język ma cztery podstawowe funkcje. Przekazuje informacje, służy walce, spełnia rytuały i dostarcza przyjemności. Lubimy oglądać gladiatorów walczących ze sobą. Starcia językowe były popularne już w czasach greckich i rzymskich. Publiczność przychodziła, by ocenić, który mówca jest lepszy. Trochę jak dziś przychodzą na pojedynki raperów, toczących wojny językowe.

Tylko że kiedyś była doceniana erudycja, poczucie humoru, cięta riposta, a dzisiaj mamy inwektywy. „Ty kurduplu, ty idiotko, zamknij ryj” – tak do siebie dziś mówią parlamentarzyści.

Przesunęła się granica stosowności, zmieniły standardy zachowań. Kiedyś ceniono najwyżej w polemice sól attycką, pewien rodzaj wyrafinowanej konwersacji łączącej złośliwość, ironię, przekąs i sarkazm. Służyło to między innymi podsycaniu konfliktu, dając satysfakcję obserwatorom. W naszej tradycji mówienia publicznego było tego trochę mniej. Na naszych sejmikach szlacheckich w XVII w. wystąpienia posłów radowały słuchaczy, którzy byli ludźmi podobnie wykształconymi jak mówcy. Mówcy i słuchacze „gryźli wtedy Alwara”, czyli znali jezuicki podręcznik do retoryki i potrafili z niego korzystać. To dawało poczucie wyższości. Polacy w XV, XVI, a nawet XVII w. byli w Europie najlepszymi mówcami. Kiedy przyszły rozbiory, skończył się czas publicznej dysputy politycznej. Na długie lata opanował nas romantyczny patos, który trwał niemal do połowy XX w. W latach 20. mieliśmy kilku dobrych mówców, chociażby Ignacego Daszyńskiego, ale oni nie wpłynęli na nasze standardy mówienia. Potem była wojna, a po niej rozpoczęła się era egzaltowanych, ale zarazem standardowych wypowiedzi, opartych na ideologicznych szablonach językowych. W latach 80. zaczęto cenić w wypowiedziach prostotę, powiedziałbym nawet toporność języka, która była oznaką szczerości i braku manipulacji. Alternatywą mógł być język elegancki (wszyscy przecież tęsknimy do języka Starszych Panów), ale był mniej zrozumiały i często się łączył w świadomości odbiorcy z fałszem. Jest takie powiedzenie Goethego: „Po niemiecku kłamie, kto jest grzeczny”. Politycy zrezygnowali z grzeczności, m.in. żeby nie być podejrzanymi o fałsz.

A może po to, żeby łatwiej trafiać do odbiorców? Zaczęli przecież mówić do prostych ludzi, którzy siedzą przed telewizorem.

W latach 80., 90. powstawał nowy język, który był próbą odcięcia się od komunistycznej przeszłości. Tylko że struktury językowe, które zakorzeniły się w latach 60. i 70., tkwią w nas do dzisiaj. Bo trzeba czegoś więcej niż tylko wyeliminowania takich słów jak socjalizm i postęp. Wrócił do nas ten patos bogoojczyźniany, znany z przedwojnia, a także obecny w czasach PRL, kiedy odwoływali się do niego na przykład moczarowcy. Ten bogoojczyźniany język zawłaszczyła teraz prawica. Dziś patos jest po ich stronie. W latach 90. wrócił też język prostacki, aż do wulgarności. Najlepszym tego przykładem była Samoobrona, gdzie uderzający w najniższe tony populizm spotkał się z przaśnym humorem.

Samoobrona była partią antyinteligencką, więc to było chyba uzasadnione.

Tak. Ich język wydawał się szczery i autentyczny. Taki język stosują także tabloidy. Z drugiej strony mamy dziś obcy nam eurojęzyk, zalewa nas także fala języka korporacyjno-komercyjnego, opisującego lukrowany świat sukcesu. Tworzy się melanż. Patos, potoczność aż do wulgarności, populizm z elementami ludycznymi stworzyły nowy typ polityka, którego celem była wyrazistość. Wyrazistość się uzyskuje, używając mocnych słów.

Gdzie jest granica?

O tym się dopiero przekonamy. Dziś można już powiedzieć o kimś „cham”, a być może nawet „łajza”, „szuja”. Wkrótce może coś jeszcze gorszego.

Mam wrażenie, że wszystko już można w parlamencie powiedzieć.

Bo język parlamentarny się zmienił. Jest nieparlamentarny.

Dlaczego?

Wyobraźmy sobie mówcę, który wie, że jak powie słowo „d...a” (tylko proszę wykropkować, bo ja nie lubię używać wulgaryzmów), to się słuchacze ucieszą. Inni też pójdą w tę stronę, bo to publiczności odpowiada, i – jak mówił pewien polityk – ciemny lud to kupi. Niektórzy myślą, że jak mówią do prostaków, to powinni mówić ich językiem. Tylko jak się zacznie używać wulgaryzmów, to samego siebie się zwulgaryzuje.

Tę wyrazistość wymusiła na politykach telewizja. Podstawia im się mikrofon i oczekuje, że powiedzą coś interesującego w dziesięć sekund. Polityk wie, że jak nie powie czegoś mocnego, to go nie pokażą w wieczornych wiadomościach, a on wtedy przestaje istnieć.

Jestem w tej samej sytuacji. Jak będę panu opowiadał mętnie, to pan tego nie wydrukuje. Powinienem powiedzieć coś mocnego. Może jakiś aforyzm? A jeśli ten aforyzm będzie trochę nieprzyzwoity, w stylu Leszka Millera, który lubi aluzyjkę puścić, to będzie pan zadowolony, prawda?

Tak. Proszę. Wyeksponujemy to w tekście.

Popularność zdobywają politycy wyraźni. Na przykład Janusz Korwin-Mikke. On jest rozpoznawalny głównie z powodu swoich ostrych, kontrowersyjnych wypowiedzi, bardziej znanych niż jego poglądy. Wali prosto z mostu.

Ma pan swoich ulubieńców?

Lubię tych, którzy nie są złotouści – Ludwika Dorna i Marka Borowskiego. Oni są już prawie poza polityką. Ani jeden, ani drugi nie byli bardzo sprawni językowo, bo nie mówili płynnie, zdarzały im się zająknięcia w wypowiedziach, ale lubiłem ich słuchać. Pokazywali, że myślą podczas mówienia. Jana Marii Rokity można było nie lubić za pyszną arogancję, ale to była klasa, przede wszystkim językowa. Również Bronisław Geremek. I oczywiście Tadeusz Mazowiecki. W latach 90. lubiłem słuchać Jarosława Kaczyńskiego, Józefa Oleksego… Budowali kunsztowne zdania, składające się z wielu zdań podrzędnych, nie traktowali słuchaczy jak idiotów. Potrafili bawić się słowem, obracać je. Tylko że na dłuższą metę to się nie sprawdziło. Zwyciężyły patos i populizm, które czasem nawet się łączą.

Nie mam takiego poczucia.

To proszę posłuchać Antoniego Macierewicza. U niego patos przechodzi w inwektywy. Podobnie jak u Joachima Brudzińskiego, u którego słowa podniosłe sąsiadują z wymyślaniem. Czasem polityka się nie lubi, ale chętnie się go ogląda i słucha. Może Adam Hofman nie był lubiany jako postać, ale był chętnie słuchany.

Jak wyjaśnić ten fenomen?

Czy pan nie lubi w filmie oglądać czarnych charakterów? Jak się pojawiał w „Klossie” Brunner, od razu przyciągał uwagę.

Czy politycy korzystali z pana pomocy, by lepiej mówić?

Próbowali, ale odmawiałem. W latach 90. pomagałem administracji państwowej i tym chętniej – samorządowej. Uważam, że to dopuszczalne, chciałbym, żeby wojewoda czy burmistrz mówił do mnie poprawną polszczyzną. Ale nie będę uczył polityków, jak wygrać kampanię. Nie daj Boże.

Czego ich pan uczył?

Przede wszystkim ich słuchałem. Retoryka polega zwykle raczej na odradzeniu niż radzeniu. Nie jestem spin doktorem, nie uczyłem wykonywania gestów. Tym niech się zajmuje Piotr Tymochowicz.

W kampanii prezydenckiej 2005 r. Donald Tusk, by podkreślić, że grożą nam rządy rodziny Kaczyńskich, w swoim przemówieniu wielokrotnie użył słów brat, bliźniak, rodzeństwo. Utrwalił w ten sposób przekonanie, że grożą nam rządy jednej rodziny.

Takie działania manipulacyjne stosują spin doktorzy, którzy skupiają się na tym, jak wykreować polityka. Taki kreowany wizerunek ma w sobie coś z fałszu. A jeśli spin doktorzy są zarazem politykami wędrującymi od partii do partii, nie może się to podobać.

Przecież są specjalistami od lokowania produktów. Idą tam, gdzie mogą pomóc zaistnieć produktowi.

Widzi pan chyba różnicę między naszym prezydentem a proszkiem do prania?

Ja - tak, ale politycy - nie.

Proszek powinien być doskonały. My jako mówcy też. Szczególnie jeśli nasze mówienie wpływa na innych. Także na ich zwyczaje językowe. Jeśli jest ktoś, kto chce nam w tym pomóc, to bardzo dobrze. Wolałbym jednak, żeby zamiast kształtować wizerunek, kształtowano człowieka.

Mówił pan o przyjemności z mówienia. A przyjemność ze słuchania?

Są ludzie, których lubię słuchać. Jeśli gdzieś się wypowiada Lech Wałęsa, to podchodzę bliżej. On wciąż ma w sobie spontaniczność. Podoba mi się ta jego zdroworozsądkowość i lubię w nim prawdziwego człowieka. Wojciecha Jaruzelskiego lubiłem z innych powodów. Naprawdę dobrze mówił po polsku i robił to ładnie. Sól attycką stosował Jerzy Urban, zanim zaczął redagować to specyficzne pisemko. Mówił złośliwie i przewrotnie, a jego cynizm był atrakcyjny. Choć jednocześnie mu nie wierzono.

Są też politycy, którzy po polsku mówią słabo, a jednak odnieśli sukces: poseł John Godson i posłanka Nelli Rokita.

O ile poczciwość patrzącego zza okularów posła Godsona może nas rozbrajać, o tyle zabawność Nelli Rokity była w gorszym stylu. W każdej grupie jest ktoś, kto mniej lub bardziej świadomie przybiera rolę wesołka. Ale to nie może być człowiek, który tylko śmieszy. Powinien także rozśmieszać. Śmiejemy się nie tylko z niego, ale też razem z nim. Gdyby Nelli Rokita powiedziała czasem dobrą anegdotę, sformułowała jakąś głębszą myśl, byłaby kimś innym. Jej błędy językowe były często zabawne, ale jednocześnie żenujące. Media ją wylansowały niejako przeciw niej samej. Tak samo jak teraz lansują polityków, którzy dziś nikogo nie reprezentują, ale są z różnych powodów rozrywkowi. Jak na przykład były premier Kazimierz Marcinkiewicz.

Jacek Kurski też nikogo nie reprezentuje, a jednak pan go lubi słuchać.

Słucham go z podobną przyjemnością jak kiedyś Jerzego Urbana.

Bo pana irytuje?

Irytowałby mnie, gdybym zwracał uwagę wyłącznie na jego społeczną szkodliwość. Widzę w nim umiejętność wychwytywania paradoksu, rzucenia oryginalnego sformułowania, czasem przekłucia balonu czyjejś pychy.

Patrzy pan na niego jak na obiekt badawczy?

Słucham go dla czystej rozrywki. Ale także dlatego, że to inteligentny człowiek.

To porozmawiajmy o języku najważniejszych polityków w państwie. Ewa Kopacz?

Wydaje mi się, że wielu polityków, przechodząc na inną funkcję, zaczyna być bardziej świadomych swojego języka i wie, co w danym momencie należy powiedzieć. Mam nadzieję, że pani premier do tej zasady się z czasem zastosuje. Dla mnie najważniejsze jest poczucie spontaniczności w czyimś mówieniu. A wśród naszych polityków nie ma zbyt wielu, którzy mówią w sposób naturalny. Szkoda, bo mogliby na tym zyskać.

Donald Tusk?

Drażniła mnie jego wizerunkowość. Dziwiłem się jego pierwszemu exposé, gdy mówił o satysfakcji z poczucia dumy. Z czasem pojawiło się u niego poczucie odpowiedzialności za to, co mówi. Przekonał mnie. Akceptuję go jako człowieka mówiącego.

Waldemar Pawlak?

To mój faworyt.

Wydawało mi się, że jest Busterem Keatonem polskiej polityki.

Mówi mało, ale smacznie. Kiedyś pokazywał trudności w wysławianiu się, bo to budowało jego wizerunek człowieka czynu, a nie gadania. Dziś nie ma powodu często się wypowiadać. Nie jest już frontmanem. W PSL jest kilku dobrych mówców. Dobrze mówi Jarosław Kalinowski, dobry jest europoseł Andrzej Grzyb, choć mało znany. Władysław Kosiniak-Kamysz nie jest gadatliwy, ale jak trzeba, swoje powie dobrze. Podoba mi się autentyczność Stanisława Żelichowskiego, a nawet Eugeniusza Kłopotka, który jest Piotrem Żyłą polskiej polityki.

Leszek Miller?

W mojej ulubionej powieści „Wojna i pokój” jest postać Bilibina. Jest on autorem wielu wysmakowanych powiedzeń. Tołstoj pisze, że gdy wymyślał jakieś nowe powiedzenie, z wysiłku jego twarz się marszczyła i było od razu widać, że przygotowuje nowe słówko. Po Millerze, niestety, też. Stał się Bilibinem naszej polityki. Tylko to nie gwarantuje sukcesu. Leszek Miller jest niezłym komentatorem polityki. W tej roli go bardziej akceptuję.

Janusz Palikot?

Za dużo poszukiwania wyrazistości i zatrzymywania się już poza akceptowalną granicą stosowności. Można doceniać jego inteligencję, chętnie go słuchać, ale trudno na niego głosować.

Nie miał pan ochoty bardziej się zaangażować, a nie być tylko recenzentem?

Miewałem takie propozycje, ale nie skorzystałem. Nie widzę dla siebie miejsca w polityce.

Może powinien pan napisać podręcznik dla polityków o tym, jak mówić, by odnieść sukces?

Najpierw musiałbym znaleźć takiego, trochę go poobserwować i uwierzyć, że będzie zbawcą Polski.

Wysoko pan stawia poprzeczkę.

Teraz jest stanowczo zbyt nisko. �

Okładka tygodnika WPROST: 3/2015
Więcej możesz przeczytać w 3/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także