Powrót atomowego straszaka

Powrót atomowego straszaka

Wydawałoby się, że Izraelczycy roznieśli w pył syryjski program jądrowy. A jednak na Bliskim Wschodzie znów się zaczyna nuklearna zabawa w kotka i myszkę.

To zwykłe kłamstwa! – zagrzmiały syryjskie media w ubiegłym tygodniu, gdy w tygodniku „Der Spiegel” pojawił się artykuł o kulisach prac nad bombą atomową prowadzonych przez Damaszek. „Syria odrzuca te podejrzenia w całej rozciągłości. Zarzuty poczynione przez magazyn, który często publikuje niedorzeczności pozbawione jakiejkolwiek wiarygodności, są sprzeczne z podstawowymi zasadami etyki dziennikarskiej i są częścią spisku oraz kampanii dezinformacji wymierzonych w Syrię” – skwitowała oficjalna agencja prasowa Sana. Wściekli są też Irańczycy, których w niemieckim tygodniku wymieniono obok Koreańczyków z Północy jako głównych pomagierów Syryjczyków. – Zarzuty magazynu to jedna z prób, by zamydlić oczy wspólnocie międzynarodowej i wzniecić kolejne obawy przed Republiką Islamską. To jakiś absurd – dementował szef irańskiej dyplomacji Dżawad Zarif. Trudno mu się zresztą dziwić: artykuł to kij w szprychy negocjacji w sprawie irańskiego programu nuklearnego, które po przeszło dekadzie zaczęły wreszcie wychodzić z impasu.

Ale nawet jeśli inspiracja do tekstu pochodziła z kręgów amerykańskich jastrzębi czy Izraelczyków zaniepokojonych irańsko-amerykańskim odprężeniem, zbyt wiele w niej konkretów, by można ją było zbyć w kilku słowach. Niemiecki „Der Spiegel” twierdzi, że w miejscowości Al-Kusajr, niewielkiej mieścinie położonej tuż przy granicy z Libanem, w pobliżu Homs, Syryjczycy budują ośrodek, w którym chcieliby odtworzyć swój program budowy broni nuklearnej. Wśród dowodów na istnienie projektu „Zamzam” są dokumentacja techniczna, zdjęcia satelitarne oraz podsłuchy rozmów prowadzonych w eterze przez obsługę projektu. Padają nazwiska, daty, miejscowości. Z artykułu wynika, że w podziemnym obiekcie położonym nieopodal Kusajr budowany jest reaktor lub instalacja do wzbogacania paliw atomowych. Prąd podciągnięto z miasteczka, a specjalny szyb miał połączyć podziemne bunkry z pobliskim jeziorem. Syryjczycy mieli też zwieźć już do Kusajr około 8 tys. prętów atomowych potrzebnych do uruchomienia reaktora. Nad procesem mają czuwać eksperci z Iranu i Korei Północnej. Całość ochraniają ponoć bojownicy Hezbollahu, którym wcześniej obiekt ten mógł służyć za magazyn broni. Jeden z wysokich rangą funkcjonariuszy tej libańskiej milicji miał wydzwaniać do przewodniczącego syryjskiej Komisji Energii Atomowej Ibrahima Otmana, wzmiankując regularnie o „obiekcie atomowym” i Kusajr. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej szacuje, że Damaszek może dysponować około 50 t uranu nadającego się do wzbogacenia, Syryjczycy byliby więc zdolni do wyprodukowania trzech do pięciu militarnych ładunków nuklearnych.

NIE BĘDĄ MIELI GDZIE WRÓCIĆ

Wielogodzinny trening izraelskich pilotów zawierał wszystkie scenariusze, jakie byli w stanie wymyślić stratedzy walki w powietrzu. Po czymś takim realna misja okazała się rutynowo nudna. F-15 i F-16 wystartowały za dnia i na niskim pułapie, na wysokości raptem 10-20 m, przeleciały nad Jordanią i saudyjską pustynią. Piloci nie spotkali żadnego samolotu wroga. Dopiero gdy dostrzegli cel, zaczęli się wznosić na wysokość kilkuset metrów. „Nie padł ani jeden strzał z dział przeciwlotniczych, ani jedna rakieta SAM nie została wystrzelona, gdy pierwszy pilot zanurkował w kierunku reaktora. W ciągu pięciu sekund już się wznosił” – odtwarzali przebieg wydarzeń specjaliści w dziedzinie wojskowości Amos Perlmutter, Michael I. Handel oraz Uri Bar- -Joseph, autorzy książki „Two Minutes over Baghdad”. Kule zaczęły gwizdać dopiero przy ostatnich spadających bombach. W ciągu dwóch minut niedziałający jeszcze reaktor zamienił się w kupę dymiących zgliszcz, a nuklearne ambicje Saddama Husajna zniknęły w chmurze pyłu.

Akcję z 1981 r. Izraelczycy powtórzyli przeszło ćwierć wieku później w Syrii – i choć nigdy oficjalnie nie potwierdzili, że stali za nalotem na ośrodek nuklearny pod miastem Deir al-Zor, nieoficjalnie eksperci do dziś dyskutują o tamtym wydarzeniu. Scenariusz różnił się jedynie detalami – piloci ruszyli w nocy, przelecieli nad Morzem Śródziemnym i Turcją, zagłuszyli przygranicze syryjskie stacje radarowe i 18 minut później zrzucili bomby na cel. Ówczesnemu izraelskiemu premierowi Ehudowi Olmertowi pozostało jedynie zadzwonić do Białego Domu i poinformować administrację Geor ge’a W. Busha o przeprowadzonej akcji.

Trudno się dziwić, że kolejne izraelskie gabinety od dekad pilnują swojego nuklearnego monopolu na Bliskim Wschodzie. Gdy w trakcie wojny Jom Kippur w 1973 r. arabskie armie zaskoczyły Izrael i parły w szybkim tempie na najważniejsze miasta kraju, premier Golda Meir – jak sama potem przyznała – była bliska decyzji o użyciu posiadanych już wówczas ładunków atomowych. Izraelska Żelazna Dama wydała pozwolenie na uzbrojenie ich i umieszczenie w samolotach. Wybrano cele w krajach agresorach. „Nie będą mieli dokąd wrócić” – miała ponuro skomentować Meir.

Obyło się bez atomowych grzybów nad Kairem i Damaszkiem, ale od tamtej pory, gdy którykolwiek z bliskowschodnich przywódców zaczynał marzyć o roli regionalnego lidera, wybierał się na atomowe zakupy. Zrobił tak Saddam Husajn w Iraku czy Muammar Kaddafi w Libii. Egipt flirtował z energetyką nuklearną, choć jego plany pozostały głównie na papierze, za to Arabia Saudyjska sfinansowała badania nad pakistańską bombą jądrową, a dekadę temu – zdaniem jednego z szefów Mossadu – podpisała tajną umowę z Islamabadem, według której miała dostać broń nuklearną w zamian za tanią ropę. O własnej bombie marzył szach Iranu, na co Waszyngton przymykał oko. Przygotowania Teheranu zostały wówczas gwałtownie przerwane przez wybuch rewolucji islamskiej w 1979 r. Ajatollah Chomeini uznawał wprawdzie broń jądrową za „nieislamską”, za to jego następcy w latach 90. wręcz przeciwnie. Mniej więcej wtedy gwiezdne wojny zamarzyły się Syryjczykom. Tym bardziej że jednocześnie ojciec pakistańskiej bomby jądrowej Abdul Kadir Khan rozkręcił swój atomowy „sklepik”: projekty, technologie, urządzenia i potrzebne odczynniki kupowały u niego poprzez skomplikowaną sieć firm i pośredników wszystkie późniejsze państwa zbójeckie – od Libii po Koreę Północną. A lista klientów może być znacznie dłuższa, bowiem Khan przez kilka lat nieustannie podróżował po Bliskim Wschodzie, Azji i Afryce.

Czasem wystarczało niewiele: Syryjczyków Khan postraszył scenariuszem amerykańskiej interwencji na wzór pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. – Moim największym koszmarem było to, że stosowana przez siatkę Khana praktyka mogła doprowadzić do utworzenia niewielkiego ośrodka wzbogacania uranu w jakimś odludnym zakątku świata, np. w północnym Afganistanie – wspominał po latach Mohamed el-Baradei, szef MAEA w latach 1997-2009. – Mając na względzie, że grupy ekstremistów sięgają po coraz bardziej zaawansowane technologicznie środki, takiego scenariusza nie należy traktować jako makabrycznej bajki – dodawał.

Z NAMI LEPIEJ NIE ZADZIERAĆ

Strach odgrywa tu kluczową rolę. Korea Północna dzięki kilku na poły amatorskim próbom jądrowym oraz testom rakietowym zapewniła sobie względny spokój. Trudno się zatem dziwić, że Syryjczycy i Irańczycy też chcieliby sobie zapewnić taki atomowy straszak. Tyle że pierwsza próba atomowa Damaszku czy Teheranu momentalnie uruchomi spiralę zbrojeń. W kolejce są przede wszystkim regionalni rywale obu tych krajów: Egipt i Arabia Saudyjska. A gdyby zaroiło się od głowic w Zatoce Perskiej i na południowo-wschodnich wybrzeżach Morza Śródziemnego, nie ma wątpliwości, że potencjał nuklearny musiałaby zapewnić sobie Turcja, aspirująca od dekady do roli regionalnego lidera.

A wystarczy niewielki wyłom w tamie zbudowanej przez współczesne mocarstwa atomowe, zazdrośnie strzegące swojego monopolu, by ruszył też wyścig zbrojeń w Azji. – W ciągu sześciu powojennych dekad Niemcy i Francja zakopały topór wojenny tak głęboko, że dziś trudno byłoby go znaleźć. Ale to nie jest przypadek Chin i Japonii czy nawet Japonii i Korei Południowej – oceniał zmarły w ubiegłym roku pisarz i analityk Jonathan Schell. Według niego Niemcy kategorycznie odcięli się od statusu mocarstwa, tym bardziej atomowego, za to japoński premier Eisaku Sato już w 1964 r. obwieścił prezydentowi Lyndonowi Johnsonowi, że Japonia powinna mieć własny arsenał nuklearny. – A jeśli Japonia będzie nuklearna, Korea Południowa i najprawdopodobniej Tajwan pójdą za nią, tworząc region, w którym będą zaciekle rywalizować cztery nuklearne potęgi – kwitował Schell. Ba, to mógłby być dopiero początek. Po drugiej stronie Pacyfiku Argentyna i Brazylia, które swojego czasu miały zaawansowane programy jądrowe, wspólnie zdecydowały kiedyś o ich zawieszeniu. W dowolnej chwili mogą je odwiesić. Atomowe pomysły powracają regularnie na Ukrainie, która niegdyś zrezygnowała z odziedziczonego po ZSRR arsenału rakietowego w zamian za gwarancje bezpieczeństwa. – Skoro nie potrafimy się dziś obronić, skoro świat nam nie pomaga, będziemy zmuszeni ponownie tworzyć taką broń, jaka obroni nas przed Rosją – dowodził we wrześniu minionego roku ówczesny minister obrony Ukrainy gen. Walery Geletej.

A wszystko to przy obojętności najważniejszych mocarstw atomowych, czyli Stanów Zjednoczonych i Rosji, które są dziś zajęte własnymi kłopotami i stoją u progu nowego wyścigu zbrojeń. W zeszłym tygodniu Rosjanie urządzili demonstracyjne ćwiczenia jednostek rakietowych odpowiedzialnych m.in. za potencjał nuklearny Kremla. Niemal jednocześnie ujawniono, że w połowie grudnia Rosja ucięła współpracę z USA w zakresie ochrony i zabezpieczenia rosyjskich zapasów plutonu i uranu wzbogaconego do poziomu wojskowego. Amerykanie strzegli tych radioaktywnych materiałów od końca zimnej wojny, wykładając na ten cel m.in. 2 mld dolarów. Tylko w bieżącym budżecie przeznaczyli na to 100 mln dolarów, a współpraca miała trwać co najmniej do 2018 r. – Myślę, że to w znacznym stopniu podnosi ryzyko katastrofalnego w skutkach terroryzmu – straszył amerykański senator, demokrata Sam Nunn. Moskwa i Waszyngton będą jeszcze współpracować przy monitorowaniu państw, do których trafił wcześniej rosyjski uran, przy zabezpieczaniu materiałów radioaktywnych pochodzących ze źródeł przemysłowych czy prowadzić wzajemne inspekcje arsenałów. Niewielka to jednak pociecha. Tym bardziej że nie chodzi tylko o fochy. Rosja pracuje nad nową rakietą średniego zasięgu, a jej okręty podwodne z pociskami jądrowymi na pokładzie pojawiają się zbyt blisko państw NATO, by można było mówić o przypadku. Na rosyjskie tory znowu mają wyjechać „atomowe pociągi”, ruchome składy z wyrzutniami na lorach, pozwalające płynnie przemieszczać część arsenału po rozległym terytorium kraju.

Biały Dom odwdzięcza się Kremlowi sugestiami, że amerykańskie rakiety mogą znowu zostać rozmieszczone w Europie. Ostatnio w Stanach testowane są też systemy obrony przeciwrakietowej, wyraźnie zaprojektowane na wypadek ataku z pokładu łodzi podwodnej. Co gorsza, wymownym gestom zaczyna ostatnio towarzyszyć coraz mocniejszy język. „Rosja przygotowuje NA- TO nuklearną niespodziankę” – zapowiadał w listopadzie dziennik „Prawda”. – Nasi partnerzy powinni zrozumieć, że lepiej z nami nie zadzierać – miał podsumować narastającą konfrontację prezydent Władimir Putin na niedawnym spotkaniu z młodzieżą.

– Przez ostatnie dwie dekady byłem bezpośrednim świadkiem niejednego nuklearnego kryzysu. Widziałem, jak brak elementarnej uczciwości i równości w negocjacjach raz za razem rujnuje nawet najbardziej zdroworozsądkowe, pożądane i sprawiedliwe rozwiązania – kwitował swoje doświadczenia el-Baradei. – Droga do współpracy jest usiana ofiarami braku szacunku, nieufności, nieudolnej polityki krajowej i bolesnych historycznych zaszłości, które nie przemijają tak szybko, jakbyśmy tego chcieli – ostrzegał. Cóż, brak szacunku, nieufność i całą resztę mamy znów w nadmiarze. Oby przynajmniej obyło się bez ofiar. �

Okładka tygodnika WPROST: 5/2015
Więcej możesz przeczytać w 5/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także