Generacja Woodstock

Generacja Woodstock

W trzydziestą rocznicę festiwalu w Woodstock,...
najbardziej pacyfistycznej imprezy rockowej w historii, replika tamtego legendarnego koncertu odbyła się w dawnej amerykańskiej bazie lotniczej w Rome pod Nowym Jorkiem, z której startowały samoloty wiozące napalm do Wietnamu. Namiastki doznań z okresu hipisowskiego można było doświadczyć za jedyne 150 dolarów, czyli za równowartość biletu na koncert Cher. Tak oto najsilniej kontrkulturowa, masowa impreza stulecia została zaanektowana przez rekiny fonografii. Nic dziwnego - uczestnicy Woodstock sprzed 30 lat zasiadają dzisiaj w najważniejszych gabinetach kraju, jak ich ojcowie, przeciwko którym oni sami z takim zapałem się buntowali.

Przemysł muzyczny mądrze kalkuluje. Duch pacyfistyczny należy nieodwołalnie do przeszłości, ale Woodstock świetnie nadaje się do tego, by wylansować nowe pokolenie kontestatorów - głównie z kręgów modnego dziś szczególnie rapu: Ice Cube, DMX, Everlast. Nie wolno jednak zaniedbywać muzyki, która zawsze w tych kręgach dobrze się sprzedaje, a więc ostrego rocka - stąd obecność grup Megadeth, Rage Against The Machine, Metallica, a nawet weteranów w osobach Willie Nelsona i Ala Greena. Komercyjny charakter przedsięwzięcia jest oczywisty: organizatorzy liczyli na to, że ta impreza będzie "świętem założycielskim" dla nowych rodzajów muzyki, zwłaszcza rapu z jego buntowniczymi treściami. 16-18 sierpnia 1969 r. niemal pół miliona młodych ludzi zebrało się w wiosce Bethel, 100 mil od Nowego Jorku, aby konsolidować się przy muzyce rockowej najpopularniejszych wykonawców końca lat 60. Woodstock rozpoczął w ten sposób modę na wielkie festiwale muzyczne. Wprawdzie kilka miesięcy wcześniej odbyły się podobne koncerty w Palm Springs, Newport czy Denver, ale zasłużenie uchodziły za imprezy nieprofesjonalne i przynosiły straty finansowe. Poza tym dochodziło tam do niebezpiecznych awantur.
Perspektywa zorganizowania festiwalu w Woodstock wystraszyła władze miasta do tego stopnia, że zdecydowały przenieść całą imprezę na farmę niejakiego Maxa Yasgura, któremu za wynajęcie gruntu zapłacono 50 tys. dolarów. Festiwal przygotowywało czterech organizatorów nie mających prawie żadnego doświadczenia. Na skutek niedogadania się z nowojorską policją festiwal faktycznie pozbawiony był jakiejkolwiek profesjonalnej ochrony. Liczono na przybycie 150 tys. uczestników, a tymczasem zjawiło się przeszło trzy razy więcej. Zdecydowana większość nie wykupiła biletów, a płotki ograniczające teren runęły pod naporem mas ludzkich już na samym wstępie. Ze zdarzeń nagłych odnotowano tylko trzy zgony i trzy narodziny, a fakt, iż nie doszło do żadnych poważniejszych incydentów przy takiej masie ludzi, z których część była pod wpływem środków odurzających, graniczy wręcz z cudem. Zaraz po imprezie organizatorzy oszacowali swoje straty na 1,5 mln dolarów. Udało się je jednak niespodziewanie szybko zniwelować, a nawet sporo na imprezie zarobić. Pieniądze popłynęły przede wszystkim z eksploatacji filmów o festiwalu, a także ze sprzedaży płyt z zarejestrowaną na nim muzyką. Sprzedaż znakomicie wspomagała rosnąca legenda imprezy, która w powszechnej świadomości stała się symboliczną syntezą muzyki i duchowej aspiracji tamtego pokolenia. Rangę niepowtarzalności nadała festiwalowi także śmierć dwojga czołowych jego wykonawców, postaci nieledwie charyzmatycznych: Janis Joplin i Jimiego Hendrixa, którzy zmarli rok po festiwalu. Nawet fatalna organizacja, kilometrowe korki samochodowe, marne zaplecze socjalne, beznadziejne nagłośnienie koncertu i wyjątkowo niesprzyjająca pogoda z ulewnym deszczem z upływem czasu stały się jeszcze jednym elementem budującym legendowy image tego spotkania.
Festiwale, które organizowano po Woodstock, miały często ambicję doścignięcia tamtej imprezy. O ile jednak udawało się naprawić organizacyjne niedociągnięcia, jakie jej towarzyszyły, o tyle wywołanie podobnego entuzjazmu okazało się praktycznie niemożliwe. Dwa charytatywne koncerty Live Aid, zorganizowane w 1985 r. przez Boba Geldofa w Londynie i Filadelfii, zgromadziły większą plejadę gwiazd, towarzyszyła im też doskonała atmosfera solidarności z głodującymi, ale zabrakło magii, jaką do dziś szczyci się Woodstock. Próbowano także kalkować sam festiwal. W 25. rocznicę imprezy zorganizowano maraton rockowy w Saugerties. Frekwencja dopisała: przybyło 400 tys. fanów, którzy - jak w czasie pierwszego Woodstock - obrzucali się błotem i tańczyli w ulewnym deszczu. Zagrały gwiazdy: zarówno Metallica, jak i Red Hot Chili Peppers czy Bob Dylan. Organizacja była profesjonalna, grano z dwóch scen, nagłośnienie było perfekcyjne, a muzycy okazali się wirtuozami. Dla zachowania tradycji połamano tylko kilka płotków, które otaczały teren.
Woodstock uchodzi za festiwal wszech czasów również z tego powodu, że ówczesna epoka znalazła tam swój najpełniejszy wyraz muzyczny. Maraton muzyczny zaczął dość przypadkowo w piątkowy wieczór Richie Havens (zaplanowani przed nim wykonawcy utknęli w korku), a zakończył w poniedziałkowy poranek Jimi Hendrix. Na scenie pojawiły się ówczesne sławy, jak zespoły Blood Sweat & Tears, Creedence Clearwater Revival czy The Who. Zagrali też wykonawcy, którzy uchodzili za postacie symboliczne tamtych czasów: folkowa wokalistka Joan Baez i mistrz gry na indyjskim instrumencie sitar - Ravi Shankar. W tym zestawie znacząca była absencja muzyków brytyjskich: zabrakło The Rolling Stones, koncertującego już solo Johna Lennona i zespołu The Doors. Miejsce najsławniejszych zajęli debiutanci, których kariera zaczęła się de facto od występu w Woodstock. Tak było w wypadku brytyjskiej grupy bluesowej Ten Years After, której liderował błyskotliwy gitarzysta Alvin Lee. Niemal dziesięciominutowa wersja utworu "I?m Going Home" z maratonową solówką na gitarze do dzisiaj uchodzi za symbol stylistyki wykonawczej końca lat 60. Nieco przypadkiem trafił na festiwal przebywający wówczas w Stanach Joe Cocker, który zdecydował tam promować nowy singiel "With a Little Help from My Friends". To oryginalne wykonanie beatlesowskiego przeboju połączone z "padaczkową" manierą wykonawczą Cockera sprawiło, że jego kariera nabrała po festiwalu rozpędu. Publiczność zauważyła także Carlosa Santanę, który porywał tłum grą towarzyszących latynoskich bębniarzy w momencie, gdy zepsuło się zasilanie elektryczne. Supergrupa Crosby Stills Nash & Young w Woodstock zagrała dopiero swój drugi koncert. Amerykańskie pismo fachowe "Variety" opublikowało swego czasu listę płac z festiwalu. Wynika z niej, że najwyższą gażę w wysokości 18 tys. dolarów otrzymał Jimi Hendrix. Nic dziwnego - uchodził wówczas za gwiazdę pierwszej wielkości. W dodatku był wykonawcą utworu najsilniej utożsamianego z festiwalem: zagrał hymn amerykański "The Star Spangled Banner" w ten sposób, że słychać w nim było wybuchy bomb i ryki silników samolotowych, co w dobie protestów przeciwko wojnie w Wietnamie miało silny ideowy wyraz. 15 tys. dolarów otrzymali muzycy z Blood Sweat & Tears, a Creedence Clearwater Revival i Joan Baez skasowali po 10 tys., przy czym Santana i Cocker dostali mniej niż 2 tys. dolarów każdy.


Trzydzieści lat temu młodzi Amerykanie dali wyraz nienawiści do życia, które zostało zbyt dokładnie zaplanowane

Festiwal w Woodstock uchodzi za wydarzenie pokoleniowe dlatego, że był oddolną i nie zafałszowaną emanacją ideologii hipisowskiej. Warto pamiętać, o czym tam śpiewano. Wiele tekstów mówiło o znużeniu banalną codziennością "American way of life", często przewijał się motyw wolności, ale piosenkarze traktowali również o polityce wobec Ameryki Środkowej, o starciach z policją w kampusie Uniwersytetu w Berkeley, piętnowano Ronalda Reagana, który był wówczas gubernatorem Kalifornii i ostro reagował na wystąpienia studentów. Również muzyka, o czym się dzisiaj zapomina, pełniła funkcje zgoła niekoncertowe. Muzycy traktowali własne produkcje jako działanie spontaniczne, a przesłanie muzyki zawierało się w dążeniu do wyzwolenia u wykonawców i słuchaczy ich duchowego bogactwa. Rytm miał pobudzać do aktywności całe ciało i pozwolić mu na swobodne ekspresje naturalnych pragnień. W dodatku zacierała się granica między muzykiem i publicznością. Frank Zappa, lider zespołu Mothers of Invention, mówił wówczas: "Każdy, kto chce się przyłączyć do grup muzycznych i walczyć wraz z nimi, może to zrobić. Dlatego jest to aktywność prawdziwie twórcza, a nie komercjalny stos gówna, lepiony wspólnie przez kupionych "artystów" i ludzi biznesu, którzy myślą, że wiedzą najlepiej, czego chcą rzeczywiście John Doe i Mrs Jones".
Zespoły doby Woodstock to nie tylko formacje muzyczne, ale także komuny, które dla słuchaczy były wzorem alternatywnego stylu życia. Tak rozumiane uprawianie muzyki miało być rodzajem wyzwania rzuconego zuniformizowanemu społeczeństwu. Bob Dylan relacjonował w swoich balladach nasyconych gorzką ironią życie przeciętnego Amerykanina, wchłoniętego przez wielkie korporacje i całkowicie zuniformizowanego przez narzucone mu style myślenia. Mick Jagger mówił wówczas o swoich piosenkach: "Jest to pieśń dla walczącego ludu. (...) Wierzę mocno, że muzyka może wywołać rewolucję". Wykrzykiwane przez niego wówczas słynne "I can?t get no satisfaction" mówiło właśnie o rozczarowaniach pokolenia, które mimo stałych postępów na drodze kariery i awansu materialnego, nie zyskuje zadowolenia. Ową "satysfakcję", przynajmniej namiastkowo, dawała muzyka. "Ponieważ burżuazja nie potrafi się cieszyć czymś tak nieużytecznym jak rock, nasz entuzjazm jest wymierzonym jej policzkiem. Nazywa go hałasem, ponieważ zakłóca jej spokój i zadowolenie. Ta muzyka nie jest jednak w stanie zagłuszyć hałasu strzałów i wojennego zgiełku" - głosiła jedna z ulotek rozrzucanych podczas koncertu w Woodstock. "W tym kraju trudno żyć bez wstydu" - śpiewała na festiwalu Janis Joplin. Warto pamiętać, że wielu muzyków wiązało się wówczas blisko z organizacjami lewackimi. Jimi Hendrix sympatyzował z Czarnymi Panterami. Mniej znany muzyk, John Country, rewolucyjne idee wyrażał zarówno w muzyce, jak i literaturze. W swoich poematach sławił rewolucję, której duchowymi ojcami mieli być Che Guevara i Chrystus, Majakowski i Lenin. Stałe zawłaszczanie muzyki rockowej przez przemysł muzyczny powodowało, że twórcy uciekali się do coraz dziwniejszych popisów muzycznych, byle uniknąć posądzenia o komercyjność. Obserwatorzy festiwalu podkreślali, że półmilionowy tłum nie był przypadkową zbieraniną, lecz społecznością, w której oddolnie ukształtowała się samoorganizacja i samopomoc. W Stanach Zjednoczonych do dzisiaj o tej formacji mówi się "Woodstock People" czy "Woodstock Nation". Plakat rozwieszony w Woodstock głosił: "Jesteśmy społecznością, cała władza ludowi".
Ów festiwal był manifestacyjnym poświadczeniem - jak to się wówczas mówiło - "młodzieżowego stylu życia". Młodzi ludzie programowo odcinali się od stylu "od godziny 9.00 do 17.00". Udana kariera, chluba ówczesnej Ameryki, była przez nich oceniana jako mechanizm niszczący osobowość. Generacja Woodstock dawała wyraz nienawiści do życia, które zostało zbyt dokładnie zaplanowane. Stąd odruch ucieczki z domu - opowiada o tym wiele ówczesnych filmów i piosenek, na czele z beatlesowską "She?s Leaving Home". Młodzi Amerykanie, działając pod wpływem kontrkultury, zaczynali od zasadniczej zmiany miejsca. Komuny hipisów osiedlały się na terenach odludnych, bytując w ścisłym związku z przyrodą. Miasta takie jak słynne Drop City założone w 1968 r. w Kolorado czy Oregon Family zostały dosłownie wzniesione rękami architektów i plastyków, którzy tworzyli komunę. Niepisanym nakazem było takie urządzanie wnętrz mieszkalnych, by oddawały one niepowtarzalność osobowości lokatora. To typ komuny twórczej, nastawionej na samorealizację jej członków poprzez sztukę. Manifest mieszkańców Drop City głosił: "Społeczeństwo zachodnie osiągnęło fantastyczne rezultaty w dziedzinie naukowego i technicznego postępu dzięki temu, że zablokowało w człowieku jego naturę zmysłową i emocjonalną, skupiając się na właściwościach intelektualnych i logicznych. Chodzi o to, by teraz uwolnić tę część ludzkiej natury, a to nie udaje się wewnątrz systemu".
Działały jeszcze komuny, których celem była opieka nad biednymi, słabymi i upośledzonymi. Członkowie komun religijnych dążyli do duchowego oświecenia. Wspólne dla życia w komunie było unieważnianie czasu - pojęcie czasu wolnego zupełnie traciło sens. Ich członkowie, żyjąc z odpadków wyrzucanych przez bogate społeczeństwo, nie zajmowali się działalnością produkcyjną. Chęć uwolnienia się od presji norm społecznych spowodowała, że sześciu członków komuny Twin Oaks zdecydowało zerwać z rytmem dzienno-nocnym. Żyli w ten sposób, że trzy godziny przeznaczali na sen, a następne trzy na czuwanie. W ten sposób udało im się "uniezależnić" od społeczeństwa nawet na kilka lat. W podobny sposób kwestionowano więzy rodzinne. Dzieci często traktowano jako dobro wspólne, a małżeństwo, które uważano za przeżytek społeczeństwa burżuazyjnego, traktowano nader swobodnie. Do zwyczaju należały luźne kontakty seksualne. Prawo do stałej i niekwestionowanej obecności zyskały tam również narkotyki. Co bardziej ideowi hipisi nie ćpali wszystkiego, czego dostarczał rynek, ale dobierali "pobudzacze" do profilu własnej osobowości. Stąd o wiele większa popularność marihuany, powodującej odczucie zgody na świat i solidarności z każdym stworzeniem, a także skutkującego halucynogennie LSD niż kokainy czy syntetyków nastawionych na wyostrzanie świadomości. Na początku lat 70. amerykański Narodowy Instytut Zdrowia szacował liczbę komun w USA na mniej więcej 3 tys. Policja zwracała uwagę na fakt, że wielu hipisów, którzy po ucieczce z domu, okresowej poniewierce i uzależnieniu od narkotyków nie umieli się dostosować do norm życia społecznego, zasilało z czasem świat przestępczy. Szczególnie poręcznym przykładem jest tu historia bandy Charlesa Mansona, skazanego za wiele morderstw, w tym za zgładzenie żony Romana Polańskiego - Sharon Tate.
Moda na repliki kultowego festiwalu nie ominęła także Polski. Powtórek tamtej imprezy było kilka. Pierwsza i najbardziej pamiętna to festiwal Woodstock ?95 w Żarnowcu. Na koncercie Przystanek Woodstock zagrały 32 zespoły, których słuchało ok. 20 tys. fanów; kontrolę nad nimi sprawowało 200 policjantów i 100 ochotników "patrolu pokoju". Pole namiotowe obejmowało 10 ha, zainstalowano 60 ubikacji i 40 punktów z bieżącą wodą, co wystawia niezłe świadectwo organizatorom. Gorzej było z ideologią. Festiwal zgromadził bowiem wszelkie obecne w Polsce subkultury. Ze sceny płynął na przemian punk i reggae. Przewidywano wyświetlenie "Rejsu" Marka Piwowskiego, ale ktoś kamieniem rozbił olbrzymi telebim. Zdemolowano pociąg, a perkusistę zespołu Fire Band dosięgnął kamień rzucony z widowni. Emocje opadły dopiero na wyraźne życzenie organizatora imprezy, Jurka Owsiaka, który na polskim Woodstock uchodzi za postać charyzmatyczną. 

Okładka tygodnika WPROST: 31/1999
Więcej możesz przeczytać w 31/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0