Putin przegrał w Mińsku

Putin przegrał w Mińsku

Co dalej po mińskich negocjacjach? Ponowna eskalacja konfliktu, sankcje i znowu rozejm. I tak w kółko, aż jedno z państw zbankrutuje. I nie będzie to Ukraina – mówi Witalij Portnikow*.

„WPROST”: Jak w Kijowie odebrano wieści o podpisaniu porozumienia w Mińsku?

WITALIJ PORTNIKOW: Bez entuzjazmu. Powszechna jest opinia, że porozumienie pogarsza naszą sytuację. Na nastroje, które i tak są minorowe, dodatkowo wpływa Moskwa przez występy telewizyjne swoich etatowych propagandzistów. Na całe gardło krzyczą, że Ukraina kapituluje przed Rosją, oddaje kolejne terytoria. Oni mają duży wpływ na masową wyobraźnię. Sytuacja w kraju jest bardzo napięta, ludzie nie do końca wierzą w oficjalne komunikaty.

A pan wierzy w pokój?

Oczywiście, że tak. Choć zawieszenie broni będzie jedynie chwilowe i posłuży do uporządkowania linii frontu, to jednak to, co udało się osiągnąć w Mińsku, oceniam dość pozytywnie.

Dlaczego?

Sądzę, że najważniejszym zadaniem, z którym kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Franćois Hollande jechali do Mińska, było wysondowanie prawdziwych zamierzeń Putina. Czy jest gotowy do wielkiej wojny, takiej, która toczyłaby się nie tylko na Ukrainie? Odpowiedź: nie, nie jest na to przygotowany. Putin wrócił z Mińska z pustymi rękoma, nie osiągnął żadnego ze swoich celów.

A czego oczekiwał?

Przede wszystkim chodziło mu o federalizację Ukrainy. Donbas go nie obchodzi, to tylko pretekst. Putin chce unicestwienia naszego państwa. Chce, aby flaga donieckiej pseudorepubliki powiewała nad Kijowem i żeby na placu Bankowym, w pałacu prezydenckim, siedział ktoś, kogo on osobiście naznaczył. Takie warunki może mu stworzyć tylko federalizacja, na którą Ukraina się nie zgodzi, albo wojna totalna, na którą Putin nie pójdzie. Po prostu go na nią nie stać.

Czym się różni podpisany w Mińsku dokument od tego pierwszego wynegocjowanego we wrześniu?

Zasadniczo niczym. Są drobne różnice, na przykład długość strefy buforowej. Cała reszta postulatów jest identyczna. Podpisując pierwsze porozumienie, Rosja była zmuszona uznać integralność całej Ukrainy i pogodzić się z tym, że nie całe obwody ługański i doniecki, a tylko ich małe i zniszczone rejony będą miały specjalny status. Przy tak małych terytoriach nie ma mowy o samodzielności, są one całkowicie zależne od władz centralnych. To była pierwsza porażka Putina. Dlatego zaledwie po miesiącu złamano jeden z kluczowych punktów porozumienia. Wtedy miały się odbyć wybory na terytoriach okupowanych. Zgodnie z ukraińskim prawem mieli zostać wyłonieni merowie miast i wójtowie gmin. Ale zamiast tego separatyści przeprowadzili wybory na „prezydentów” pseudorepublik. Sądzę, że chcieli w ten sposób stworzyć namiastkę państwowości Doniecka i Ługańska i liczyli, że ułatwi im to dalszą ekspansję.

Ale nie zdołali, bo Kijów odciął się od tych regionów?

To było bardzo ważne. Okazało się, że separatystyczne państwo bez Kijowa nie jest w stanie funkcjonować, dać ludziom niezbędnego minimum, jak wypłaty emerytur czy zapewnienie wody w kranie. Kiedy stało się jasne, że projekt „Noworosja” po prostu nie wypalił, na Ukraińców znowu zaczęły spadać pociski. Tyle że ta próba rozszerzenia okupowanych terytoriów też idzie Rosjanom marnie. Nie są w stanie zdobyć choćby Mariupola – jednego dużego miasta, które potencjalnie mogłoby nadać sens istnieniu tych „republik”. Więc wracamy do punktu wyjścia. Znowu mamy negocjacje w Mińsku i porozumienie, którego Putin nawet nie podpisał [przywódcy nie sygnowali dokumentów, zrobili to negocjatorzy niższej rangi – red.]. Wszyscy z góry wiemy, że ten dokument od początku jest martwy. Putin nie jest zainteresowany pokojem. Każde rzeczywiste rozwiązanie pokojowe będzie dla niego porażką.

Podczas tego spotkania ani razu nie padła nazwa samozwańczych republik Donieckiej i Ługańskiej.

Oczywiście wysłanników DRL i ŁRL nie dopuszczono do negocjacyjnego stołu z Merkel i Hollande’em. Mam wrażenie, że z nimi w ogóle nikt nie rozmawiał. Po prostu po fakcie Putin kazał im podpisać porozumienie. Ale sam fakt, że te nazwy „republik” nie padają w dokumencie, świadczy o tym, że Putin odstąpił od drugiego najważniejszego ze swoich postulatów – nie ma mowy o państwowości czy nawet autonomii tych regionów.

Po co w takim razie Putin w ogóle pojechał do Mińska?

Bo jest przyparty do muru. Rosyjska gospodarka jest w bardzo kiepskiej kondycji. Gdyby nie przyjechał na zaproszenie Merkel i Hollande’a, naraziłby się na kolejne, ostrzejsze sankcje. A negocjacjami zdobywa czas, liczy na chwilowe poluzowanie w relacjach z Europą. Sytuacja jest patowa. Samego Donbasu Putin nie potrzebuje. W tej chwili jest to już tylko kawałek wypalonej ziemi z garstką zniszczonych psychicznie mieszkańców. Po co Putinowi takie terytorium? Rosja nie ma środków, żeby odbudowywać Donbas.

Ale może zmusić do tego Ukrainę. O tym też mówi się w porozumieniu.

To wcale nie jest taka łatwa droga. Realizacja większości postulatów mińskiego porozumienia, jak choćby przywrócenie wypłat socjalnych na terenach okupowanych, wymagałaby powrotu Donbasu do ukraińskiej przestrzeni prawnej. Więc kolejność musi być taka: najpierw wybory, zgodne z ukraińskim prawem, potem wznowienie relacji pomiędzy Donbasem a Kijowem. I tu znowu dochodzimy do ściany. Bo w razie realizacji tego scenariusza Donbas ponownie znajduje się w strefie gospodarczego i politycznego wpływu Ukrainy, a wtedy traci jakąkolwiek wartość dla Rosji.

I co wtedy?

Będziemy się zbliżać do katastrofy humanitarnej w Donbasie. Aż nastąpi moment krytyczny i Putin rozkaże znowu zacząć wojnę. Wtedy wybuchną walki gdzieś w okolicach Słowiańska czy Kramatorska, znowu będą ginąć cywile. Znowu na Rosję zostaną nałożone sankcje. W efekcie zostanie podpisane kolejne pokojowe porozumienie, które tak samo jak poprzednie nie będzie przestrzegane. Warto zrozumieć, że ten mechanizm może się powtórzyć wielokrotnie. Ale ostatecznym wynikiem tej wojny na wykończenie będzie upadek Putina. Rosjanie, którzy mają głowy przepłukane propagandą, już są na tym etapie nienawiści, że nie zaakceptują odstąpienia od „wyzwolenia bratniego narodu”. To doprowadzi Rosję do bankructwa. Niestety taki scenariusz będzie kosztował wiele ludzkich istnień, ale nie widzę innych możliwości rozwiązania tego konfliktu. Dlatego wbrew temu, co mówi wielu analityków, uważam, że mińskie porozumienia nie są porażką Ukrainy, tylko pułapką na Putina. W tym momencie Putin nie ma żadnych asów w rękawie.

Myśli pan, że w razie zerwania mińskich porozumień Stany Zjednoczone uruchomią dostawy broni na Ukrainę?

Ukraina bardzo potrzebuje tej broni. Brak nowoczesnego sprzętu jest głównym powodem tego, że tej wojny nie jesteśmy w stanie wygrać. Natomiast ciężko ocenić, czy USA rzeczywiście pójdą na taki krok. Jak na razie sama deklaracja Baracka Obamy o tym, że takie dostawy są możliwe, dostarczyła mocnego argumentu podczas negocjacji w Mińsku.

Myśli pan, że Putin się tego wystraszył? To chyba Europę bardziej przerażają skutki ewentualnej odpowiedzi Rosji.

W razie dostaw zachodniej broni na Ukrainę Putin grozi, że konflikt rozleje się na cały region. Straszy państwa bałtyckie i Polskę. Ale wojskowych potencjałów Rosji i NATO nie da się porównywać. Być może 85 proc. Rosjan deklaruje, że są gotowi walczyć, ale ich armia jest zacofana technologicznie. Wojna z Sojuszem byłaby dla Rosjan zbiorowym samobójstwem, unicestwieniem państwa na własne życzenie. Dlatego jestem pewien, że ani Putin, ani nikt z jego otoczenia nie dopuszcza nawet takiej myśli. Kreml stroi dobrą minę do złej gry. Jedyną rzeczą, którą mogą straszyć Zachód, jest ich broń jądrowa. Gdyby nie to, że ją mają, prawdopodobnie nikt z Putinem w ogóle nie prowadziłby rozmów.

Mówi pan, że wojna potrwa jeszcze kilka lat. Czy ukraińska gospodarka tyle wytrzyma?

Moim zdaniem z pomocą Zachodu – tak. Ukraińcom nie będzie łatwo, zwłaszcza tym, którzy pracują w sferze budżetowej. W tym roku powinniśmy przeprowadzić reformy gospodarcze, które mogą okazać się bardzo dotkliwe. To jest niezbędne, ale też szalenie niebezpieczne, biorąc pod uwagę i tak ciężkie nastroje i permanentne próby dywersyjne ze strony Rosji. Uważam, że najważniejszą rolą Zachodu jest pomóc Ukrainie uniknąć upadku. Jesteśmy w stanie uszanować politykę dyplomacji wobec Putina i samodzielnie powstrzymywać jego agresję, ale nie poradzimy sobie bez finansowego wsparcia. ■

* WITALIJ PORTNIKOW – UKRAIŃSKI PISARZ I PUBLI- CYSTA. BYŁ REDAKTOREM NACZELNYM WIODĄCYCH UKRAIŃSKICH MEDIÓW, W TYM GAZETY „24” I TELEWIZJI TVI. OSTATNIO W POLSCE UKAZAŁA SIĘ JEGO KSIĄŻKA „MATKA BOSKA W SYNAGODZE”.

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 8/2015
Więcej możesz przeczytać w 8/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także