System Durczoka

System Durczoka

Dodano:   /  Zmieniono: 2
O molestowaniu i mobbingu w redakcji „Faktów” rozmawiamy z byłymi i obecnymi pracownikami stacji. Chcemy wiedzieć, czy mamy do czynienia z pojedynczymi przypadkami, czy z szerszą patologią.

Mobbing

Uporczywe i długotrwałe nękanie lub zastraszanie pracownika. Działanie wywołujące u pracownika zaniżoną ocenę przydatności zawodowej. Osobą dopuszczającą się mobbingu nie musi być pracodawca, lecz może to być przełożony lub współpracownik. Pracodawcy są zobowiązani przeciwdziałać mobbingowi. Kodeks pracy daje pracownikowi możliwość dochodzenia zadośćuczynienia pieniężnego od pracodawcy za utratę zdrowia spowodowaną mobbingiem.

Opowiada jeden z pracowników „Faktów”, od wielu lat związany z TVN: – Żeby zrozumieć, na czym polegał system Durczoka, musicie wiedzieć, jak się pracuje w redakcji „Faktów”. Najczarniejszą robotę wykonują u nas researcherzy, przez wszystkich nazywani „rysiami”. „Rysie” to w większości młodzi, słabo opłacani, za to bardzo ambitni ludzie. Marzą, żeby kiedyś awansować na reporterów i dzięki temu wejść na wizję. Czyli zyskać sławę. Na researcherów mówimy też „asystenci”, zwłaszcza kiedy są przypisani do konkretnych reporterów. Zdolny asystent potrafi zrobić 80 proc. materiału, ale twarz i tak daje reporter. Taki system.

Reporterzy to oddzielna liga. Doświadczeni dziennikarze, biorą odpowiedzialność za materiały, pokazują się na wizji. Mają w TVN oddzielny pokój i pewną samodzielną pozycję. Redakcje „Faktów” i TVN24 są obok siebie. Żartowaliśmy, że na pierwszy rzut oka można było poznać, kto gdzie pracuje. „Rysie” z TVN24 to głównie faceci. Ubrani normalnie, raczej na sportowo, jak większość dziennikarzy, którzy nie pokazują się na antenie. W „Faktach” jest inaczej. Po pierwsze, od czasu, kiedy przyszedł Durczok, prawie wszyscy researcherzy to dziewczyny. Przez jego zachowanie wytworzył się specyficzny dress code: obowiązkowe szpilki, spódniczki mini, krzykliwy makijaż. Takie dziewczyny były wyraźnie faworyzowane. – Ktoś im kazał tak się ubierać? – pytamy. – Nawet nie. To samo weszło w kulturę pracy. Wiecie, jak to jest: młoda dziewczyna przychodzi do telewizji i widzi, że wszyscy wokół niej tak się noszą i zachowują. Że to, jak się kto ubiera, jest przez szefa zauważane i komentowane. Kamil umiał to docenić. Jego gabinet był tuż obok miejsca, w którym siedziały researcherki. Gdy przychodził do pracy, głośno krzyczał: „Dzień dobry!”. Dla wszystkich był to znak, że król przyszedł.

Były pracownik TVN: – Potrafił zatrzymać się przy biurku młodziutkiej reasercherki, która przyszła do pracy miesiąc temu. Teoretycznie jako szef miałby prawo nie wiedzieć, jak się ta dziewczyna nazywa. A Kamil podchodził, siadał na biurko, zagadywał, żartował. Komplementował. Często zapraszał do gabinetu. Dla wszystkich był to znak, że dziewczyna jest na topie. – Raz do roku redakcja wyjeżdżała na Puchar Faktów – opowiada dziennikarz. – To taki integracyjny wyjazd w góry połączony z dziennikarskimi zawodami narciarskimi. Na te wyjazdy wyjeżdżało wyjątkowo dużo asystentek. Dla młodych pracowników taki wyjazd to był prestiż: fajna impreza, nocleg w dobrym hotelu, możliwość zabawy z kierownictwem. Ci, którzy nie jechali, bo na przykład mieli dyżur, byli wkurzeni. Dziennikarz „Faktów”: – Do tego, że Durczok miał swoje ulubienice, które faworyzował, wszyscy się przyzwyczaili. Niejedna młoda asystentka była zachwycona. Inne narzekały, ale nie miały odwagi protestować. Przykra była następna faza znajomości, czyli sytuacja, w której asystentka szła w odstawkę. Bo Kamil szybko się nudził. Młode dziewczyny, które jeszcze niedawno myślały, że złapały Pana Boga za nogi, nagle zaliczały twarde lądowanie. Pamiętam, jak jedna nie wytrzymała i przy mnie go spytała: „Kamil, co ci takiego zrobiłam, że ty mnie teraz tak traktujesz?!”. Tylko błagam: nie piszcie, że każdy w „Faktach” robił karierę przez łóżko, bo tak nie było. Problemem było powszechne przekonanie, że szefowi wszystko wolno. – Wszyscy tak uważali? – Głównie dotyczyło to asystentek. Reporterzy mają oddzielne pomieszczenie, więc widzieli mniej. Dziś niektórzy są szczerze zaskoczeni, choć jakieś plotki i żarty docierały do wszystkich.

Mobbing

Opowiada reporterka, która współpracowała z Durczokiem: – Atmosfera pracy stawała się coraz bardziej nieznośna. System pracy w „Faktach” jest taki, że – na ogół – przez tydzień (od poniedziałku do czwartku) program prowadzi Durczok, a w następnym tygodniu Justyna Pochanke. Kiedy mieliśmy „tydzień Kamila”, wszyscy mieli doła. Na dyżury Justyny mówiliśmy „tydzień lajtowy”. Nie chodzi o to, że była mało wymagająca, tylko po prostu szanowała ludzi. Wszyscy się cieszyli, bo było wiadomo, że będzie normalnie. Praca z Kamilem to siedzenie na tykającej bombie. To, że wybuchnie, jest oczywiste. Wszyscy się tylko zastanawiają, kiedy będzie eksplozja i kto tym razem ucierpi.

Była dziennikarka TVN: – Nikt nigdy nie wiedział, dlaczego Kamil wybuchał. Jeszcze rano był do rany przyłóż, potem nagle zwrot o 180 stopni, zmiana nastroju, robił się niemożliwy. Wybuchał, przeklinał, wyzywał od debili. Przed programem odsłuchiwał zmontowane już materiały i nagle rzucał słuchawkami o stół, krzycząc, że wszystko do dupy. Kiedyś z tych nerwów połamał słuchawki. Żeby było jasne: takie sytuacje od czasu do czasu zdarzają się we wszystkich redakcjach. Pracowałam w kilku i wiem, że praca w dziennikarstwie jest nerwowa. Zwłaszcza przy newsach. Ale u Kamila poziom chamstwa i wulgarności przekraczał wszelkie granice. Kiedyś jedna producentka nie wytrzymała i zaczęła płakać. W połowie dyżuru wyszła, do „Faktów” już nie wróciła, przenieśli ją później do innego programu.

Reporter: – Kiedyś Kamil w ataku furii ogłosił, że rozwiązuje cały zespół „Faktów”. To był lipiec 2010 r., wypuścili z aresztu domowego Romana Polańskiego. Była gorączka, pomagaliśmy redakcji zagranicznej, szukaliśmy osób, do których można zadzwonić z prośbą o komentarz. On się wściekł, że sobie nie poradziliśmy i że on, szef, musiał nam podpowiadać nazwiska rozmówców. Po pracy dostaliśmy SMS-y, że się na nas zawiódł i że nas wszystkich wyrzuca z pracy. Ludzie byli w panice, dziewczyny płakały. Tyle że nie można wyrzucić całego zespołu, bo program by się nie ukazał. Urządzono więc mały cyrk: na drugi dzień wszystkich wezwano do pracy, niezależnie od tego, czy ktoś miał dyżur, czy nie. Z każdym przeprowadzano indywidualną rozmowę i niby na tej podstawie decydowano, czy zostaje w pracy. Oczywiście, prawie wszyscy zostali. Żeby zadowolić Kamila, pożegnano się jednak z kilkoma osobami. Była dziennikarka stacji: – Wiadomo było, że każdy ma u Kamila dobry i zły okres. Jak jesteś na topie, wszystko, co zrobisz, jest super, dostajesz pochwały. A potem nagle tracisz łaski i jesteś ciągle krytykowany. Doszło do takiej paranoi, że układanie dyżurów było podporządkowane temu, kto w danym momencie jest na topie, a kto ma przesrane. Chodziło o to, żeby szef na dyżurze był zadowolony i nie krzyczał. Jeśli ktoś mu podpadł, na kilka tygodni trzeba go było przed nim schować. Mówiliśmy wtedy: „Kamil musi od ciebie odpocząć”.

Reporter: – Nie znosi sprzeciwu, ma problem z lojalnością. We wrześniu ubiegłego roku znany reporter P. miał zrobić temat o szefie Polskich Inwestycji Rozwojowych. Dostał od Kamila polecenie, że ma być bardzo krytycznie o prezesie Mariuszu Grendowiczu. Ale wydźwięk materiału nie spodobał się szefostwu stacji i Durczok dostał za to ochrzan. Natychmiast umył ręce i zawiesił na jakiś czas reportera. Były też sytuacje tragikomiczne. Kiedyś reporter Ł. proponował materiał dotyczący służby zdrowia. Dotarł do własnych informacji, mogliśmy to mieć jako pierwsi. Ale Kamil tego nie chciał. Na drugi dzień zrobiła to jakaś gazeta, więc Kamil się rzucił: „Dlaczego my tego nie mamy?!”. Zdezorientowany reporter przypomniał, że przecież dzień wcześniej to proponował. „Twoją osobistą porażką jest to, że nie potrafiłeś mnie do tego przekonać” – odburknął Durczok.

Bez reakcji

Pytamy naszych rozmówców, czy o przypadkach molestowania i mobbingu wiedziało kierownictwo stacji. – Odpowiedź jest skomplikowana – słyszymy od osoby, która od wielu lat pracuje w „Faktach”. – Z jednej strony wszystkie te akcje z dziewczynami oraz awantury działy się publicznie, więc w innych redakcjach o tym mówiono. Z drugiej jednak strony szefostwo stacji mogło o tych sprawach nie wiedzieć. Paradoksalnie działała zasada, że najciemniej pod latarnią. Skoro szef „Faktów” tak się zachowywał, to wszyscy na dole zakładali, że ma na to przyzwolenie z góry. A wcale nie musiał mieć. Na ogół wiedział, na ile i przy kim może sobie pozwolić. Na przykład na imprezach integracyjnych z udziałem kierownictwa potrafił się hamować. Dziennikarz „Faktów”: – Na swoje nieszczęście w pewnym momencie stracił instynkt samozachowawczy. Już się nawet specjalnie nie ukrywał z tym, że ma swoje faworytki, SMS-y z niestosownymi propozycjami wysyłał ze służbowej komórki. Co rozsądniejsze je sobie zachowywały. Dopytujemy, dlaczego nikt nie reagował. – A Justyna Pochanke, druga prowadząca „Faktów”? Prywatnie żona Adama Pieczyńskiego, członka zarządu TVN. Nic nie wiedziała?

– Justyna to bardzo sympatyczna osoba, ale nie przesiaduje bez potrzeby w firmie, robi swoje i wychodzi. Nie żyje życiem redakcji, nie chodzi z nikim na papierosa, nie słucha plotek. System pracy był tak ułożony, że z Kamilem się mijali. Poszedłbym o zakład, że o niczym nie wiedziała. – Durczok miał swoich zwierzchników. Nie można ich było powiadomić? Osoba, która już nie pracuje w stacji: – Nie żartujmy, 20-letni researcher nie pójdzie na skargę do zarządu. „Rysie” w większości traktowali pracę w stacji jako życiową szansę. Imponował im ten cały blichtr, przekonanie, że pracują w najlepszej newsowej redakcji w kraju. Wchodzili w system jak w masło. Do tego mieli niskie poczucie własnej wartości, bo przecież ciągle im powtarzano, że są do dupy.

Postscriptum

Ani Kamil Durczok, ani biuro prasowe TVN nie odpowiedzieli na nasze pytania w sprawie molestowania i mobbingu. Po naszej wcześniejszej publikacji dziennikarz ustosunkował się do sprawy jedynie w rozmowie z TOK FM. – Redakcja telewizyjna to miejsce, gdzie ludzie spędzają kilkanaście godzin na dobę. Albo tworzą zgrany zespół i wtedy można sobie pozwolić na znacznie więcej, także na podniesienie głosu, albo pracuje się według przepisów od jednego miejsca do drugiego i takich bardziej bezpośrednich relacji się nie nawiązuje. Dodał, że nigdy nie wywierał na nikogo presji i nie stawiał dylematu: seks albo praca.

Prowadząca rozmowę dopytywała: – Możesz mieć poczucie, że takiej presji nie było. Ale podwładne mogły tę presję odczuwać. – Mogły. Nie możemy wejść w głowę ludzi, z którymi rozmawiamy, i odczytać, co tam jest, czy poczuły się skrzywdzone. Stacja wysłała Durczoka na dwutygodniowy urlop. Jednocześnie zarząd TVN powołał komisję składającą się z wewnętrznych i zewnętrznych ekspertów w celu zweryfikowania informacji na temat mobbingu i molestowania w stacji. Chcieliśmy poznać jej skład i sposób pracy. Biuro prasowe TVN odmówiło nam informacji na ten temat. – Spodziewamy się, że komisja zakończy prace w ciągu około dwóch tygodni, nie będziemy udzielać komentarzy w czasie trwania naszego badania – usłyszeliśmy. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że na czele komisji stoi Agnieszka Trysła, szefowa działu HR w TVN. Podobno pierwsze osoby już złożyły relacje. Durczok w TOK FM: – Jeśli komisja miałaby potwierdzić moją winę albo znaleźć w moim postępowaniu w tym zespole, bardzo dobrym, doskonałym zespole, jakiekolwiek niewłaściwe zachowania, sam będę wiedział, co mam zrobić. Natychmiast złożę odpowiedni wniosek do mojego szefa.

Molestowanie - prawda i mity

Bagatelizowanie sprawy, obwinianie ofiary, usprawiedliwianie molestującego mężczyzny – to częste reakcje ludzi na przypadki molestowania seksualnego. O tym, jak żywe są te krzywdzące stereotypy, mogliśmy się przekonać w ostatnich tygodniach – po tym, jak opublikowaliśmy materiał pt. „Ukryta prawda”. Dwa tygodnie temu radczyni prawna Karolina Kędziora, wiceszefowa Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego specjalizująca się w obronie ofiar molestowania, na łamach „Wprost” obala najważniejsze mity na ten temat. Przypominamy najważniejsze fragmenty tekstu.

Dlaczego ofiary molestowania chcą pozostać anonimowe

Kobieta, która doświadczyła molestowania, nie chce powtórnie stać się ofiarą. My w Polskim Towarzystwie Prawa Antydyskryminacyjnego nigdy nie naciskamy na kobiety, żeby szły np. do sądu. Nie możemy przewidzieć, jakie będą tego konsekwencje. Nie możemy zagwarantować, jak zareagują przyjaciele, współpracownicy, czy dana osoba nie straci pracy albo czy jak ją straci, znajdzie nową. Do sądu czy mediów idą zwykle osoby najbardziej zdeterminowane, które chcą walczyć o swoją godność bez względu na okoliczności. Podziwiam je, ale nie mogę wymagać takiej postawy od wszystkich. Tym bardziej że nasz wymiar sprawiedliwości nie do końca jest przygotowany na rozwiązywanie tego typu spraw.

Czym się różni molestowanie od flirtu

Jeśli mężczyzna dotyka kobiet w miejscu pracy, słyszymy „tacy są mężczyźni”. Często molestowane kobiety są oskarżane, że same są sobie winne. Analizuje się to, w co były ubrane i czy na pewno nie były zadowolone z tego, że ktoś je podrywał. Często to, o czym opowiada kobieta, jest trywializowane. Wynika to często z tego, że nie mamy podstawowej wiedzy na temat molestowania. Wszyscy nosimy w sobie stereotypy. U nas facet, który ma wiele kobiet, jest flirciarzem albo playboyem. Tyle że różnica między flirtem czy nawet romansem w pracy a molestowaniem jest oczywista: w przypadku molestowania ofiara sobie tego nie życzy.

Czy molestowanie musi mieć drastyczne formy

Panuje błędne przekonanie, że molestowanie musi mieć drastyczną formę. Na przykład gwałtu. Tymczasem pozornie niegroźne opowiadanie dowcipów seksualnych w miejscu pracy też może być molestowaniem. Od lat prowadzę szkolenia dotyczące zapobiegania temu zjawisku i zawsze na początku kobiety mówią, że ten problem ich nie dotyczy. A na koniec przyznają, że owszem, tylko nie wiedziały, że te zachowania są niedozwolone. Wyobraźmy sobie taką sytuację – szef na wyjeździe służbowym rzuca do pracownicy tekst: „Bierzemy jeden pokój, nie?”. Jedna zaprotestuje, inna będzie przerażona, a jeszcze inna wybuchnie nerwowym śmiechem.

Czy ofierze łatwo jest zapomnieć

Niektóre ofiary nie chcą wracać do przeszłości. Zmieniają pracę i liczą, że zapomną. Jednak z obserwacji wiem, że często tak się nie da. Nierozwiązane sytuacje do nas wracają, często nieświadomie wchodzimy w podobne sytuacje w nowym miejscu. Takie osoby wracają do nas po dwóch, trzech latach i mówią, że czas nie zagoił ran.

Czy molestowanie dotyczy także elit

Wszyscy nosimy w sobie stereotypy. Elity również. Wiem z doświadczenia, że środowiska polityków, dziennikarzy czy naukowców często nie zachowują się pod tym względem lepiej niż np. pracownicy fizyczni.

FRAGMENTY WYWIADU „OFIARA PO RAZ DRUGI” (ROZM. O. WASILEWSKA, M. DZIERŻANOWSKI) – „WPROST” 7/2015

Więcej możesz przeczytać w 9/2015 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 2

Czytaj także