Napieralski nie chce tańczyć na Titanicu

Napieralski nie chce tańczyć na Titanicu

Zawieszony w SLD Grzegorz Napieralski walczy o przetrwanie. Krążą pogłoski, że bada możliwości przyłączenia się do Platformy lub PSL.

Wcieniu kampanii prezydenckiej, z dala od kamer telewizyjnych i mikrofonów, w zaciszu gabinetów rozgrywa się prawdziwa polityczna tragedia. O przetrwanie walczy dawna nadzieja SLD, cudowne jej dziecko i niedawny kandydat na prezydenta – Grzegorz Napieralski. Nie ma dla niego na razie dobrych scenariuszy. Bo albo zostanie zepchnięty na margines i będzie funkcjonował na obrzeżach partii, albo go z niej wypchną i wtedy z niej odejdzie z grupą najmłodszych działaczy. – Na razie trwa wojna nerwów – mówi znajomy Napieralskiego. – Miller daje sygnały, że jak Grzesiek się ukorzy, posypie głowę popiołem i uzna jego przywództwo, to będzie mógł wrócić. Tylko że Grzesiek jest hardy.

NA TITANICU

Sojusz przypomina dziś „Titanica” pędzącego na spotkanie z górą lodową. A nawet nie „Titanica” tylko wspomnienie po nim. Struktury przetrzebione, notowania – denne, perspektyw – brak. Jesienią ubiegłego roku w wyborach samorządowych SLD poniosło dziesiątą z rzędu porażkę, licząc od 2005 r. Porażkę druzgocącą i upokarzającą. A Leszek Miller bardziej kojarzy się z kapitanem Schettino z „Costa Concordia”, niż silnym przywódcą prowadzącym swoją partię do zwycięstwa. Partia marginalizuje się nie tylko w Sejmie, lecz także w większości samorządów. Stąd krytyka. A jednym z najgłośniej krytykujących Leszka Millera jest właśnie Napieralski. Mówi, że brakuje partii wizji i liderów.

– Grzesiek chciał rozliczyć politycznie wybory, bo nie interesuje go tułanie się w granicach progu wyborczego – mówi Jędrzej Wijas, przyjaciel Napieralskiego i członek władz wojewódzkich. Gdy na początku stycznia zebrał się zarząd partii, Napieralski zabrał głos i powiedział, że partia wymaga zmian. Przekonywał, że potrzebny jest jej relaunch – zmiana nazwy, napisanie od nowa programu i odzyskanie wiarygodności. – Trzeba postawić na nowych ludzi – mówił. Propozycje Napieralskiego Miller traktuje jak atak na siebie. Domaga się zawieszenia byłego przewodniczącego na trzy miesiące. Oficjalny powód: nieustanna krytyka partii.

Podczas spotkania zarządu został zawieszony na trzy miesiące, a struktury w Zachodniopomorskiem, którym szefował – rozwiązane. Przy okazji nóż w plecy wbił mu regionalny zastępca – Dariusz Wieczorek, który skrytykował go za bałagan panujący w strukturach regionalnych (za który sam był współodpowiedzialny). – Spotkały się ambicje ludzi z naszego województwa z chęcią dołożenia mu przez władze krajowe – tłumaczy Wijas. Jego zdaniem w Szczecinie toczy się wojna podjazdowa, nie tylko o władzę w regionie, lecz także o jedyny mandat, który Sojusz ma szanse zdobyć w jesiennych wyborach. Dotychczas pewniakiem był Napieralski. Ale jego zastępca Dariusz Wieczorek to człowiek ambitny i od lat pozostający w cieniu, więc teraz ma okazję wyeliminować młodszego konkurenta. Zwłaszcza że pamięta czasy, gdy Napieralski był tylko asystentem i nosił teczkę za Jackiem Piechotą (Wieczorek nie chce na ten temat rozmawiać).

– Wobec stale spadającego poparcia może to przypominać bitwę o pietruszkę, bo szanse na zdobycie nawet tego jednego mandatu poselskiego w naszym okręgu są coraz mniejsze– mówi Jędrzej Wijas. SLD, które kilkanaście lat temu było w Szczecinie potęgą, teraz ma zaledwie dwóch radnych.

TABUNY WROGÓW

Aż trudno uwierzyć, że kariera Grzegorza Napieralskiego rozpoczęła się zaledwie 11 lat temu. Wziął wtedy poselski mandat odchodzącego do europarlamentu Bogusława Liberadzkiego. Zaraz potem rozpoczęło się jego pasmo sukcesów. Został sekretarzem generalnym Sojuszu i przewodniczącym SLD. Gdy w katastrofie smoleńskiej zginął kandydat na prezydenta Jerzy Szmajdziński, nie mogąc znaleźć lepszego następcy, musiał sam wystartować w wyborach. Nikt nie dawał mu wtedy szans, a zrobił jednak fenomenalny trzeci wynik – zdobywając prawie 14 proc. głosów. Rekordowe poparcie dla Sojuszu od lat.

Rok później po klęsce w wyborach parlamentarnych został przymuszony do odejścia. Wycofał się, oddał władzę i stanął w drugim szeregu. Miał wtedy 37 lat, a za sobą prawie całą polityczną drogę. Nowy lider Leszek Miller miał pociągnąć notowania w górę, ale zaczęły one jeszcze bardziej dołować. Przez lata Napieralski wyhodował sobie w Sojuszu całe tabuny wrogów, którzy dziś biorą na nim odwet. Gdy przejął władzę w regionie, starych działaczy zastąpił młodymi chłopakami. Naraził się też Włodzimierzowi Czarzastemu, którego w 2011 r. nie dopuścił na listy wyborcze. Czarzasty uznał to za afront i dziś, gdy odzyskał wpływy, chętnie się za to odgrywa.

Zwolennicy Napieralskiego twierdzą, że Miller otoczył się przytakiewiczami, którym wystarcza to, co mają, i poparcie na poziomie 6-8 proc. To gwarantuje 15-20 mandatów w przyszłym Sejmie, czyli połowę tego, co Sojusz dziś ma. – Jak wywalczą sobie jedynki na listach, to im wystarczy – mówi kolega Napieralskiego. – Ale co to za partia, która musi drżeć, żeby ktoś nie odszedł i żeby się jej klub parlamentarny nie rozsypał? Tuż po zawieszeniu Napieralski mówił, że to początek scenariusza realizowanego przez Millera, który ma doprowadzić do jego wyrzucenia z partii. Dziś już bardziej łagodnie się na ten temat wypowiada. – Nie dam się tak łatwo wyrzucić. Będę walczył, bo ja tę partię budowałem – mówi. Jego współpracownicy mówią, że od decyzji zarządu odwołał się do rady krajowej i czeka na posiedzenie sądu partyjnego. Przygotował się do obrony, ma świadków, którzy będą go bronić. Bo przecież nie walczy tylko o życie, lecz także o przyszłe przywództwo. Tylko nie wiadomo, czy ktoś w ogóle będzie chciał go słuchać. Od dwóch miesięcy partyjny sąd nie wyznaczył nawet terminu posiedzenia. Więc za miesiąc Napieralski będzie już pełnoprawnym członkiem Sojuszu.

Prawdopodobnie w kwietniu odbędzie się w Szczecinie zjazd regionalny, który wybierze nowe władze. Napieralski może dziś liczyć na poparcie 30-40 proc. członków. Czy to wystarczy, by ponownie wybrali go lokalnym baronem? Nawet jeśli tak będzie, to przecież nie jest to szczyt jego politycznych marzeń.

TRANSFER DO PLATFORMY

Dla Millera Napieralski jest jak odbezpieczony granat, który w każdej chwili może eksplodować i wysadzić go w powietrze. Choć wybory nowego szefa Sojuszu odbędą się dopiero w przyszłym roku, to już w maju Miller będzie musiał się zmierzyć z wynikami wyborów prezydenckich i wziąć odpowiedzialność za rezultat Magdy Ogórek. Każdy jej wynik gorszy od tego, który osiągnął cztery lata temu Napieralski, będzie w niego uderzał. Kiepskie wyniki Ogórek bardzo wzmocnią partyjną opozycję, czyli głównie Napieralskiego.

Po Szczecinie krążą pogłoski, że dawny baron bada już możliwości przyłączenia się do Platformy lub PSL. – Ja też słyszałem te pogłoski – mówi jeden z liderów tamtejszej Platformy. –Może sam te pogłoski rozpuszcza, by wzmocnić swoją pozycję przetargową – mówi. Zaprzecza, żeby taki transfer był możliwy. Kilka lat temu szczecińska Platforma w podobnych okolicznościach wchłonęła jednak innego lidera Lewicy – Bartosza Arłukowicza. – Ale nic dwa razy się nie zdarza – dodaje. – Zwłaszcza że Bartek i Grzesiek za sobą nie przepadają. Co mu zatem zostaje? – Być może trzeba będzie rozpocząć budowanie czegoś nowego. Na czym jak na czym, ale na budowaniu struktur to Grzesiek się zna – mówi jego współpracownik. On sam swoim znajomym powtarza, że trzeba pozbierać tych, którzy w ostatnich latach się pogubili i odpadli od SLD, otworzyć na młodych, szukać porozumienia z ruchami miejskimi i zrzucić z siebie etykietkę partii establishmentowej.

Jedno jest pewne: jeśli Napieralski zdecyduje się wyjść z SLD, na pewno nie zrobi tego sam i pociągnie za sobą młodych. Tylko że Sojusz może takiego tąpnięcia już nie przetrzymać. Sam Napieralski nie chce rozmawiać o przyszłości. Mówi, że czeka na decyzje władz. – Nie mam żadnych informacji, co się ze mną stanie – mówi. – Odejdzie pan? – Na razie walczę. �

©(P)WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 11/2015
Więcej możesz przeczytać w 11/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także