Artyści tworzą dla artystów

Artyści tworzą dla artystów

Lech Kaczyński w kwestiach mobbingu i molestowania był strasznie cięty. A ja wiedziałem, że w tej firmie, w TVP, i mobbing, i molestowanie to codzienność – mówi Andrzej Urbański, były prezes TVP.

Zdjęcie MAKSYMILIAN RIGAMONTI

Pan nienawidzi artystów.

A skąd. Kompotu się pani napije? Truskawkowy, prawdziwy. W chorobie, wszystko muszę mieć na miejscu. Łóżko, kuchnia, telewizor. Żona jest przy mnie. Kiedy w 2003 r. miałem wylew, to ona mnie uratowała. Gdyby jej nie było... No, ale mieliśmy rozmawiać o telewizji.

Od tego zaczęłam. Od artystów. Od pana do nich nienawiści.

To nie nienawiść, to logika: nigdy nie powierzyłbym artystom telewizji publicznej. Telewizja publiczna w krajach byłego bloku socjalistycznego przędzie cienko, tzn. na poziome 2, 3, 4 proc. ogólnego rynku. Utrzymywana jest z abonamentu, a to znaczy, że wypina się tyłem do publiczności. Żeby mieć żywy kontakt z publicznością, musi utrzymywać się także z reklamy, musi walczyć. Kiedy ja w 2009 r. zostawiałem telewizję, miała ona 42 proc. udziału w całym rynku. A wie pani dlaczego? Bo w obowiązkach miałem zapisaną również walkę o reklamy i walkę o widza. Nie, nie przeginałem. Nie skazałem telewizji publicznej na dyktat reklamodawców, nie starałem się zrobić z niej TVN czy Polsatu. Nie dzieliłem widzów na „komercyjnych” i „zwykłych”.

Jak weszłam tu dziś do pana, to oglądał pan komercyjną TVN 24, a nie TVP Info.

No i?

Myślałam, że mimo upływu lat wspiera pan telewizję publiczną.

Oglądam telewizję publiczną od 1958 r., kiedy mój tata kupił pierwszy telewizor. I od tamtej pory kocham artystów, ale wiem, że nie można pozwalać im rządzić.(...)

W 2009 r. koledzy z PiS zdjęli pana ze stanowiska prezesa, bo nie mogli panu darować choćby tego, że zatrudnił pan w TVP Tomasza Lisa.

Tak jest urządzony świat. Co do zasług, to ja pierwszy wymyśliłem, że i TVP, i Polskie Radio powinny podpisać umowę z siecią komórkową i stworzyć największą platformę cyfrową. Zacząłem ten proces, podpisaliśmy umowę u premiera polskiego rządu, ale dokończyć się tego nie udało i teraz TVP stała się tylko i wyłącznie nadawcą, nie tworzy konglomeratu medialnego jak ITI czy Polsat. Za chwilę tort podzielony będzie między Polsat i TVN kupiony przez Amerykanów, a nadawca publiczny będzie tylko dostarczał kontentu. Smutne.

Kiedy w 2007 r. obejmował pan prezesurę TVP, to Kamila Durczoka już nie było.

Ale szybko się okazało, że byli inni, którzy zachowywali się niewłaściwe wobec podwładnych. Durczok świetnie prowadził „Fakty” i mówiło się, że może przebić „Wiadomości”. Poznałem go, byliśmy na dwóch czy trzech kolacjach i wiem, że był świetnym fachowcem. Jednak nie mam nic do powiedzenia w sprawie jego zachowań, bo nigdy z nim nie pracowałem.

A to nie pan stworzył w TVP specjalne procedury uruchamiane na wypadek molestowania i mobbingu?

Ja, w 2009 r. Wie pani, po pierwsze, molestowanie jest naprawdę wstrętne; po drugie, w takich instytucjach jak wielkie grupy medialne to jest bardzo częste. Nie da się tego wymierzyć ani okiem prezesa, ani okiem jakiejś komisji. Uważam, że prezes powinien wytworzyć rodzaj presji, czegoś, dzięki czemu molestujący i mobberzy będą się bali, a w konsekwencji nie będą się dopuszczać takich działań. Wie pani, pamiętam, jak byłem w gabinecie dyrektora jednej z anten TVP i omawiałem projekt programu „Premierzy”. Czekałem w sekretariacie, a pan dyrektor głaskał kierowcę po policzku.

No niech pan nie żartuje.

Nie żartuję. Przy własnej sekretarce, przy asystentce. Siedziałem w sekretariacie i patrzyłem na to wszystko coraz większymi oczami. Gładził go po twarzy, po włosach. Potem mi ktoś powiedział, że to się dzieje wszędzie na świecie. W każdej firmie. Wierzyć mi się nie chciało. Dla mnie w kwestiach relacji pracowniczych, relacji przełożony – podwładny autorytetem był Lech Kaczyński. On, w odróżnieniu od Jarka, który czasami miał poczucie, że jest wielkim wodzem i prowadzi bataliony do zwycięstwa, pochylał się do ziemi, każdego sierżanta darzył szacunkiem. Leszek w kwestiach mobbingu i molestowania był strasznie cięty. A ja wiedziałem, że w tej firmie, w TVP i mobbing, i molestowanie to codzienność. Tam, gdzie na jednej powierzchni jest tyle atrakcyjnych kobiet i mężczyzn, zawsze dochodzi do czegoś, co jest wykroczeniem, przestępstwem, czymś, co jest pozaregulaminowe. Niestety, nie udało mi się stworzyć takiego regulaminu jak w armii amerykańskiej czy wielkich międzynarodowych korporacjach, ale myślę, że po tym, co się stało w TVN, taki regulamin w każdej firmie medialnej zostanie stworzony.

Docierały do pana informacje o konkretnych sytuacjach?

Oczywiście, i połowa z nich była nieprawdą, bo donosicielstwo, którego celem było zniszczenie kogoś w tej firmie, to też codzienność. Donosicieli nigdy nie szanowałem, jednak jedna z historii sprawiła, że podjąłem zdecydowane działania.

Co to za historia?

Mogę tylko zdradzić, że przyszła do mnie osoba, która opowiedziała o przypadkach molestowania. I nie była to ofiara, tylko osoba, która o tej sytuacji wiedziała. Najpierw zbladłem, a potem zacząłem działać.

Dlaczego pan o tym nie mówił głośno?

Ta pani nie życzyła sobie tego. Została przeniesiona na wybrane przez siebie stanowisko, przerwaliśmy jej służbową podległość.

A co się stało z tym panem?

To było słowo przeciwko słowu. Pan się nie przyznawał do winy. Nie było dowodów w postaci SMS-ów na przykład.

Można powiedzieć, że pan jest prekursorem działalności antyprzemocowej w firmach medialnych.

Prawdę mówiąc, wolałbym tak siebie nie określać. Mogę powiedzieć, że jestem za tym, by nawzajem siebie szanować.

Wspaniałe, tylko utopijne.

Nie, to nie utopia. Jeśli szef nie szanuje swoich pracowników, to skutki będą zawsze obrzydliwe. Wie pani, przyjeżdżałem na plac Powstańców i mówiłem do dziennikarzy politycznych: „Jeśli będziecie przyjmowali telefony od polityków, to skrócę was o głowę”. Ale to nie był mobbing czy brak szacunku, tylko zapobieganie problemowi. Nie słuchali, ale się bali, czuli presję.

Tylko pan mógł z politykami się przyjaźnić.

Oczywiście.

Prezydent Lech Kaczyński dzwonił?

Dzwonił. Ale spotykaliśmy się głównie u niego. O telewizji rozmawialiśmy rzadko.

Rozumiem, że o polityce, a potem tę politykę wcielał pan w telewizyjne życie.

Nie, to nie jest tak jak pani myśli i jak ludzie myślą. Polityka w TVP zajmowała mnie tyle, co pstryknięcie palcem.

Gdyby nie był pan politykiem, to prezesem by pan nie został.

Ależ zostałbym. Zostałem członkiem rady nadzorczej TVP i jeszcze tego samego dnia, po pierwszym posiedzeniu rady, prezesem. Tak sobie postanowiłem i tak się stało. Najpierw jednak zapytałem Leszka Kaczyńskiego, czy ma coś przeciwko temu. Powiedział, że nie ma. Pewnie jeszcze zadzwonił skonsultować się w tej sprawie z Jarkiem. Ale ja sam to wymyśliłem, a nie oni. Nie oni też usunęli Bronisława Wildsteina z funkcji prezesa, to ja go usunąłem. Zawsze byłem człowiekiem Kaczyńskich, ale zawsze też samodzielnie myślałem. I nie robiłem telewizji dla polityków. Bracia Kaczyńscy nie musieli mi nic mówić, oni wiedzieli, że jesteśmy przyjaciółmi. Nie byłem z nimi w partii, ale z nimi i za nimi byłem zawsze. Lech Kaczyński był dla mnie kimś więcej niż przyjacielem.

Krzyczał na pana?

Tylko raz. Ale za to porządnie. Dzwonił bezpośrednio, nie przez sekretarki, nie można się było przygotować na rozmowę z panem prezydentem. Czegoś nie dopilnowałem, coś zawaliłem. Strasznie ciężko to przeżyłem. Zawiodłem go wtedy.

Wie pan, czuję, że pan wraca do polityki, nawet że pan gdzieś z drugiego fotela próbuje zarządzać kampanią prezydencką kandydata Andrzeja Dudy.

Ostatnie półtora roku miałem fatalne, jeśli chodzi o zdrowie. Jestem wciąż na chemii i naprawdę muszę wydobrzeć, żeby rozsądnie pomyśleć, co dalej robić. Nie będę przecież doradzał Jarkowi, jak robić partię, bo on jest w tym mistrzem, a ja zerem. Za to w telewizji publicznej ja byłem mistrzem.

A on zerem?

Może nie zerem. Lech telewizji nie oglądał. Jarek też nie ogląda. A ja czasami coś komentuję, jakieś wydarzenia polityczne, mówię, gdzie są błędy w tej kampanii prezydenckiej, i tyle.

A tam są błędy, zachwyca się pan kandydatem Dudą i tyle.

Zachwycony do końca nie jestem, on musi podpisać kontrakt z młodymi, wiem nawet, co powinien powiedzieć i kiedy.

Co?

Nie powiem. Nie doradzam mu. Wiem tylko, jak powinna zostać przeprowadzona jego kampania. Powiem coś pani na koniec: mam troje dzieci, wszystkie nie tak dawno zaczęły dorosłe życie i całe ich pokolenie powinno mieć do nas, polityków Solidarności, wielkie pretensje. Zaniedbaliśmy ich, nie pomyśleliśmy, jak się im będzie żyło. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będę mógł coś z tym wszystkim zrobić. ■

CAŁY WYWIAD NA WPROST.PL.

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 12/2015
Więcej możesz przeczytać w 12/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także