Wyborcze eurobrednie

Wyborcze eurobrednie

Kampanijna debata o wprowadzeniu euro do Polski przypomina zabawę w głuchy telefon. Politycy coś mówią, wyborcy mają to kupić, ale treść tych deklaracji nie ma niemal nic wspólnego z rzeczywistością.

W Bronko-markecie, sklepiku przy ul. Pięknej w Warszawie, na półkach leżą podstawowe produkty spożywcze i chemia z dwoma cenami: w złotych i euro. Te w euro są znacznie wyższe. Na ścianie wisi wielki plakat „Komorowski chce wprowadzenia euro”. To przy nim w czasie otwarcia sklepu staje Andrzej Duda i wzywa prezydenta do zajęcia stanowiska w sprawie wspólnej waluty. – Czy rzeczywiście prezydent i jego obóz polityczny chcą wprowadzać Polaków do strefy euro, gdy najniższa emerytura to ponad 800 zł? – pyta. I oświadcza: „tak” dla UE, ale „nie” dla euro do czasu, gdy w Polsce zaczniemy zarabiać tak jak na zachodzie Europy.

– Kramarz chyba zapomniał, że zarabia w euro, podczas gdy reszta Polski zarabia w złotówkach – ripostuje prezydent Bronisław Komorowski. Przekonuje, że przyjęcie euro jest niemożliwe bez akceptacji społecznej i nie ma konkretnych planów jego wprowadzenia. Ale polityków PiS to nie przekonuje. – Wcześniej przecież też zapewniali, że nie podniosą VAT i wieku emerytalnego – to już słowa szefa klubu Mariusza Błaszczaka.

Tej „debaty” nie może zignorować kandydat PSL Adam Jarubas. „PiS i PO straszą Polaków wprowadzeniem euro […]. Tylko PSL jest gwarantem, że za bułki, mleko i prąd nadal będziemy płacić w złotówkach. Polska waluta to niższe ceny w sklepach, konkurencyjność i bezpieczeństwo dla polskich rodzin i polskiej gospodarki” – przekonuje w najnowszym spocie radiowym. Temat euro stał się jednym z najważniejszych punktów kampanii prezydenckiej. Trudno jednak mówić o merytorycznej dyskusji, bo politycy poruszają się głównie w kręgu mitów, które narosły wokół wspólnej waluty. Jest ich co najmniej pięć.

MIT 1. Możemy szybko przyjąć euro

Można odnieść wrażenie, że wejście do strefy euro to kwestia najbliższej przyszłości. Kiedy prezydent Komorowski przed dwoma tygodniami leci do Brukseli, by rozmawiać o jedności transatlantyckiej, Andrzej Duda żąda wyjaśnień, czy nie chce tam rozmawiać o przyspieszeniu zastąpienia złotego przez euro. Na konferencji przed siedzibą NBP pyta: „Czy […] rzeczywiście tak jest, że 1 stycznia 2016 r. zamierza wprowadzać Polskę do strefy euro?”. Pomijając fakt, że prezydent nie ma ku temu kompetencji, ta data jest zupełnie nierealna. Najpierw Polska musi spełnić odpowiednie warunki. Teoretycznie to możliwe już w tym roku, jeśli deficyt finansów publicznych rzeczywiście spadnie poniżej trzech procent PKB (kryteria odnośnie do długu i inflacji już spełniamy), potem musi uzyskać zgodę innych krajów strefy euro i znaleźć się w dwuletniej poczekalni, „czyśćcu”, jak niektórzy nazywają tzw. system ERM2. Chodzi w nim o ustabilizowanie kursu waluty (złoty nie mógłby się odchylać w górę i w dół więcej niż o 15 proc.), zanim dojdzie do zamiany na euro. Najwcześniejszy możliwy termin wejścia do eurostrefy to dopiero 1 stycznia 2019 r. Najpierw jednak należy zmienić konstytucję, a do tego nie ma wymaganej większości dwóch trzecich głosów w Sejmie. A to może być niezwykle trudne, wręcz niewykonalne.

Po drodze nie brakuje też innych zagrożeń. Wspomniana poczekalnia to, jak mówi prezes NBP Marek Belka, zaproszenie do spekulacji wszystkich inwestorów na całym świecie. Dla małej Litwy czy Łotwy nie był to problem, ale większy i bardziej „płynny” polski rynek walutowy to łakomy kąsek i może stać się celem ataków spekulacyjnych. Tym bardziej że wiadomo, na jakich pozycjach NBP musi bronić złotego. Przy wchodzeniu do euro kluczowe będzie wynegocjowanie kursu wymiany. Im niższy kurs złotego, tym lepiej dla konkurencyjności gospodarki. – Będziemy pod wielkim naciskiem zagranicy, zwłaszcza Niemiec i Francji, oraz lobbystów złej sprawy w Polsce, żeby złoty był jak najsilniejszy– tak były minister finansów Grzegorz Kołodko ostrzegał podczas jednej z debat w Pałacu Prezydenckim. Ocenia, że najlepszy byłby poziom 4,2 zł za 1 euro. Największym problemem może się jednak okazać brak naszego przygotowania. Wydany w listopadzie ubiegłego roku raport „Ekonomiczne wyzwania integracji Polski ze strefą euro”, przygotowany przez ekspertów NBP, był kubłem zimnej wody na głowy euroentuzjastów. Wynika z niego, że przyjęcie euro w najbliższych latach jest bardzo trudne. Według autorów nie wystarczy osiągnięcie wymogów, jak np. deficytu finansów publicznych na poziomie trzech procent PKB. Dlaczego? Bo obecnie, w czasie turbulencji gospodarczych, dzięki płynnemu kursowi, złoty się osłabia, zwiększając opłacalność eksportu polskich produktów i dając silny impuls gospodarce. Pomaga wyjść z kłopotów. Oddając politykę pieniężną Europejskiemu Bankowi Centralnemu, Polska traci możliwość obrony. W związku z tym należałoby w okresie dobrej koniunktury tworzyć sporą, sięgającą dwóch-trzech procent PKB nadwyżkę, aby w razie pogorszenia sytuacji móc pobudzać gospodarkę.

Zdaniem prof. Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC, aby to osiągać, należałoby ściąć wydatki lub podnieść podatki na kwotę aż 50-60 mld zł. – Nie wydaje mi się, by polscy politycy byli do tego zdolni. Wciąż jesteśmy objęci unijną procedurą nadmiernego deficytu, a tempo jego obniżania jest bardzo wolne, mimo przyzwoitego wzrostu gospodarczego. Nie widzę możliwości wejścia do strefy euro przed 2020 r. A może to być nawet jeszcze wiele lat później – ocenia prof. Stanisław Gomułka. Eksperci NBP zauważają, że do wejścia do eurostrefy powinna się przygotować nie tylko Polska, której gospodarka musi być bardziej innowacyjna, ale i sama strefa euro.

MIT 2. Euro to same korzyści

Przyjęcie euro niesie wiele korzyści, jak likwidacja konieczności wymiany waluty przy wyjazdach, dużo tańsze kredyty i likwidacja kosztów transakcyjnych związanych z wymianą. Tylko te ostatnie europoseł PO i były minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati szacował na 8-11 mld zł rocznie. To głównie uproszczenie życia polskim eksporterom i importerom oraz zagranicznym firmom inwestującym w Polsce. Jerzy Krzanowski, współwłaściciel firmy Nowy Styl Group, największego producenta krzeseł w Europie, uważa, że euro pomogłoby w planowaniu biznesu. – Teraz ryzyko kursowe jest bardzo duże i często musimy manewrować zamówieniami, np. raz kupując części w Polsce, innym razem za granicą – mówi Krzanowski. Jednak za sprawą kryzysu, który rozpoczął się w końcu 2008 r., Polacy dostrzegli drugą stronę monety euro. Okazało się nagle, że kilka krajów strefy to bankruci, a anachroniczny już, wydawałoby się, złoty, osłabiając się, pomógł Polsce przejść przez zawirowania gospodarcze suchą stopą. W tym czasie Słoweńcy czy Słowacy, którzy dopiero co przyjęli wspólną walutę, zmagali się z ciężką recesją.

Euro nie wybacza błędów. Może być jak nóż, który służy do krojenia, ale lekkomyślnych dotkliwie porani. Pokazuje to przykład Słowenii. Ten do niedawna najbogatszy kraj wśród nowych członków Unii zmaga się z wieloletnią stagnacją i przed trzema laty cudem uniknął katastrofy. Kłopoty zaczęły się wraz ze wstąpieniem do strefy euro w 2007 r. Kraj zyskał łatwy dostęp do tanich kredytów. Gdy dwa lata później pękła bańka na rynku nieruchomości, udzielające kredytów hipotecznych banki stanęły na progu bankructwa i rząd musiał je ratować kosztem ogromnego zwiększenia zadłużenia. Dały też o sobie znać wieloletnie zaniedbania, np. w prywatyzacji, i zbyt duże wydatki państwa.

Euro to bilet w jedną stronę. Jak już się wpadnie w kłopoty, ciężko z nich wyjść bez możliwości dewaluacji własnej waluty. Wiedzą to Grecy, którzy właśnie błagają o dalszą międzynarodową pomoc, bo 9 kwietnia skończą się im pieniądze. Od 2010 r. Euroland i MFW wypłaciły Grecji 227 mld euro. Nic dziwnego, że w Polsce entuzjazm osłabł nawet wśród zwykle popierających wejście do strefy euro ekonomistów. Minister finansów Mateusz Szczurek wskazuje, że korzyści makroekonomiczne byłyby dla nas mniejsze niż w 2004 r., gdy wstępowaliśmy do UE. – Musimy się upewnić, że ta zmiana będzie na lepsze, a nie na gorsze – mówił na listopadowym Kongresie Bankowości Detalicznej. Jego zdaniem Polska dojrzała jako gospodarka i ma już łatwiejszy dostęp do kapitału bez ułatwienia, jakie daje wejście do strefy euro. Może się dzisiaj finansować nawet taniej niż niektóre państwa strefy euro. – Ale wciąż aż o 2 pkt proc. drożej niż Niemcy w przypadku 10-letnich obligacji, drożej nawet niż Czesi – ripostuje prof. Stanisław Gomułka, zwolennik jak najszybszego wejścia do strefy.

Autorzy raportu NBP podkreślają, że euro jest po prostu szansą, którą trzeba wykorzystać. A to nie będzie łatwe. Polska gospodarka opiera się głównie na niskich kosztach pracy. W efekcie po wejściu do strefy euro „nastąpiłoby zapewne zbliżenie polskich płac do tych obowiązujących w zachodniej Europie. W takiej sytuacji Polska musiałaby konkurować na arenie międzynarodowej inaczej niż cenami, np. innowacyjnością”. A z tym jest na razie krucho. Ustalane przez Europejski Bank Centralny stopy procentowe będą, zdaniem ekspertów NBP, za niskie w stosunku do potrzeb polskiej gospodarki. To będzie rodzić ryzyko narastania „nierównowag makroekonomicznych”, np. w postaci bańki na rynku nieruchomości.

MIT 3. Euro to drożyzna

Andrzej Duda zrobił zakupy na Słowacji. Na koszyk produktów, takich jak jajka, sok, margaryna czy mleko, wydał w przeliczeniu 54 zł, zaś w Polsce w Milówce – tylko 37 zł i 2 grosze. Demonstrując paragony, podkreślał, że zarobki na Słowacji są zbliżone do tych, które są w Polsce, natomiast ceny artykułów spożywczych po wejściu do strefy euro wzrosły, niektóre nawet o 100 lub 150 proc. Przeczą temu jednak dane Narodowego Banku Słowacji, z których wynika, że wprowadzenie euro miało symboliczny – o 0,12 pkt proc. – wpływ na ceny przez pierwszy miesiąc po wprowadzeniu wspólnej waluty (w styczniu 2009 r.) przy inflacji wynoszącej 2,7 proc.

Podobnie rzecz ma się obecnie na Litwie, gdzie panuje deflacja i ceny w styczniu w stosunku do grudnia spadły o 1,3 proc. (choć część sklepów czy restauracji nie omieszkała cen zaokrąglić w górę, a niektóre dyskretnie podniosły ceny już wcześniej). W efekcie poparcie społeczne dla eurowaluty znacznie wzrosło od czasu jej wprowadzenia. Skoro ceny rosną nieznacznie, to skąd te autobusy Litwinów i Słowaków jeżdżących do Polski na zakupy? To nie tylko efekt słabego obecnie złotego. U nas od dawna jest taniej, zwłaszcza w przypadku żywności, której jesteśmy wielkim i tanim producentem. Mamy też bardziej konkurencyjny handel. Na zakupy do Polski przyjeżdżają masowo biedniejsi Białorusini i Rosjanie z Kaliningradu, a przecież nie mają euro. Polacy z kolei jeżdżą często do Niemiec m.in. po elektronikę, choć tam jest euro.

MIT 4. Nie ma życia poza euro

To nie wspólna waluta lub jej brak decyduje o sytuacji gospodarczej. Poza strefą euro znajdują się członkowie UE – Wielka Brytania, Dania, Szwecja, Węgry, Czechy, Bułgaria i Rumunia. W większości radzą sobie nawet lepiej niż kraje Eurolandu. Takim krajem – mimo wciąż dużych obciążeń socjalnych – jest Szwecja. W ubiegłym roku PKB wzrósł o blisko trzy procent (w 2010 r. jego wzrost był nawet najwyższy w Europie), a bezrobocie utrzymuje się na poziomie 7,7 proc. W Wielkiej Brytanii jest jeszcze niższe – wynosi 5,7 proc., a wzrost gospodarczy za ubiegły rok to 2,6 proc. Szwedzi nie spieszą się do euro (w sondażu instytutu SOM z Göteborga w 2013 r. za jego przyjęciem opowiedziało się ledwie dziewięć procent mieszkańców), choć stoją teraz przed zagrożeniem (podobnie jak Szwajcarzy) nadmiernego umocnienia się własnej waluty wobec euro, co dla kraju eksportera jest nie lada kłopotem. W lutym szwedzki Riksbank, podobnie jak jego duński odpowiednik, wprowadził ujemne stopy procentowe. Rozpoczął też program ilościowego luzowania polityki pieniężnej.

Skąd ten sceptycyzm? Anglicy, wiadomo, mocno są przywiązani do swojej imperialnej historii i boją się marginalizacji londyńskiego City. Reszta krajów zaś boi się głównie obciążenia pomocą dla krajów z południa. Były premier Czech Petr Neczas skwitował to następująco: „Strefa euro poszukuje płatników cudzych długów”. Niektórzy politycy PO, jak Dariusz Rosati, wskazują na poważne skutki polityczne pozostawania poza strefą euro, jak grożąca naszemu krajowi marginalizacja. Co jakiś czas wraca obawa przed pojawieniem się „Europy dwóch prędkości”. Podobnie jest w krajach skandynawskich. W 2011 r. w Danii, kiedy kanclerz Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy zorganizowali szczyt UE w sprawie „paktu o konkurencyjności” (miał wzmocnić zarządzanie gospodarcze w strefie euro i przeforsować kilka niemieckich postulatów, jak ustanowienie minimalnego poziomu podatku CIT) wyłącznie w gronie państw należących do unii walutowej, ówczesny premier Danii Lars Løkke Rasmussen uznał, że euro to jedyny sposób, aby Dania nie wypadła z procesu decyzyjnego w Europie. Proponował nawet kolejne referendum w sprawie wspólnej waluty. Aż sprawa ucichła.

MIT 5. PO chce przyjąć euro, a PiS nie

Andrzej Duda nigdzie nie mówi, że w ogóle nie chce euro. W gruncie rzeczy zarzuca koalicji PO-PSL i prezydentowi Komorowskiemu, że chcą je wprowadzić zdecydowanie za szybko, co miałoby rozpaczliwe skutki dla gospodarki i dla naszych kieszeni. Przypomina wypowiedź Bronisława Komorowskiego z maja 2013 r., że „taka jest wola Polski, aby tam się znaleźć jak najszybciej”. Do końca nie wiadomo jednak, czy takie wypowiedzi to rzeczywista chęć zdopingowania koalicji, czy tylko pewna retoryka na użytek zewnętrzny, unijny. Podobna do tłumaczenia nagabywanego dłużnika. – Oddam, oddam. – Kiedy? – Może jutro.

Tym bardziej że 70 proc. Polaków jest przeciw przyjęciu euro, a politycy nie są samobójcami. Nic dziwnego, że parcia w tym kierunku nie widać. Np. szef MSZ Grzegorz Schetyna mówił w listopadzie w Sejmie, przedstawiając informacje o zadaniach polskiej polityki zagranicznej, że określanie daty przyjęcia wspólnej waluty jest przedwczesne. Z kolei Jan Krzysztof Bielecki, były szef Rady Gospodarczej przy premierze, przyznał w końcu ubiegłego roku,że pod względem czysto ekonomicznym przyjęcie dziś euro nie ma sensu, bo strefa euro jest w przebudowie i zmierzalibyśmy do punktu bliżej niedookreślonego. A były minister finansów Jacek Rostowski nigdy nie ukrywał swego sceptycyzmu: – Wiemy, że naród polski ma bardzo zdroworozsądkowe podejście do przystąpienia do euro. Jak coś nie działa, to może lepiej się tam nie pakować.

Dopiero gdy Rosja zaangażowała się we wspieranie separatystów na Ukrainie, nieśmiało zaczęły pojawiać się głosy, by wrócić do tematu. Marek Belka przyznał, że Polska musi uznać przyjęcie euro za decyzję ważną dla Polski także geopolitycznie. Wątek ten pojawił się nawet w kampanii prezydenckiej. Ale z zupełnie innej strony. Janusz Palikot, kandydat Twojego Ruchu, podczas konwencji w Lublinie zadał pytanie: – Wolisz, żeby twoje dzieci były zmobilizowane do wojska, czy wolisz, żebyśmy wprowadzili euro? �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 15/2015
Więcej możesz przeczytać w 15/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także