Polak idzie na wojnę

Polak idzie na wojnę

Chcemy nauczyć się strzelać, szukamy przygody – mówią młodzi Polacy, którzy wstępują w szeregi organizacji paramilitarnych. – Ale kiedy trzeba będzie bronić kraju, będziemy gotowi – dodają.

Beata Noskowicz ma 27 lat, 183 cm wzrostu i waży 65 kg. W siedleckim stowarzyszeniu SJS Strzelec zdobyła stopień starszego sierżanta. Ma też szafę pełną mundurów (i tylko dwie sukienki), tytuł magistra pedagogiki i tatuaż z Pegazem na prawym ramieniu. Mitologiczny Pegaz to motyw z powieści fantasy, bo Beata najchętniej czyta właśnie takie. Utożsamia się z bohaterką książki Andrzeja Ziemiańskiego. Z księżniczką, która trafiła do kobiecej armii. I stanęła na jej czele.

– Zawsze wolałam męskie towarzystwo, nie interesowały mnie babskie dyrdymały. Gdy w liceum był pobór do Strzelca, pomyślałam: to mój czas. Dlatego dekadę temu ogoliła głowę na łyso, włożyła ciuchy w moro, ciężkie wojskowe buty i ruszyła na poligon. – Wtedy byłam jedyną dziewczyną w szeregach. Nie było taryfy ulgowej, każdy dostawał równo w kość. Jestem twarda i uparta, dlatego zdołałam dorównać chłopakom – opowiada Beata. Ma za sobą ponad 50 specjalistycznych szkoleń – między innymi strzeleckie, spadochronowe, linowe, kurs piechoty, walki w mieście, pierwszą pomoc cywilną i medyczną na polu walki. Wie, jak bezpiecznie wyskoczyć z rozpędzonego samochodu, jak się maskować, żeby w lesie stać się niewidoczną. Jak podejść i ostrzelać wroga i jak spuszczając się z dachu po linie, zająć osaczony budynek, a potem wyprzeć oddział wrogich dywersantów. Umie strzelać z różnych rodzajów broni, ale najpewniej „leży” jej w ręku broń krótka typu GLOCK i karabin AK-47, czyli kałasznikow. – Pamiętam szkolenie z prawdziwym ranger [żołnierz elitarnej formacji armii Stanów Zjednoczonych, przeznaczonej do operacji w górach – red.]. Pięć dni w lesie, bez jedzenia i dwie godziny snu na dobę. Kilkudziesięciu mężczyzn i ja. Wróciłam wycieńczona, dużo schudłam. Ale w oczach kolegów zobaczyłam szacunek. Dałam radę – wspomina. I wyznaje, że udział w organizacji proobronnej po prostu zmienił jej życie. – To kształtuje charakter. Tłumi w człowieku negatywne cechy i uwypukla te dobre, szlachetne. Uczy samodyscypliny, uczciwości, ustawia właściwe priorytety. No i kształci wiarę w drugiego człowieka. Bo kiedy dosłownie pokonasz z kimś to samo bagno, możesz go nazwać prawdziwym przyjacielem – mówi Noskowicz.

Szacuje się, że w Polsce działa blisko 100 organizacji proobronnych, które dotychczas przeszkoliły ok. 30 tys. osób. To w większości cywile, czasem wojskowi rezerwiści. Wiadomo, że od momentu wybuchu konfliktu na Ukrainie do takich organizacji zgłasza się coraz więcej osób. Głównie młodych. – Tygodniowo przychodzi do nas nawet dziesięć nowych osób. Na szkoleniach frekwencja przekracza dwie setki – tłumaczy Grzegorz Matyasik, prezes zarządu Obrony Narodowej – Ruchu na Rzecz Obrony Terytorialnej. I przyznaje, że główny target to mężczyźni w sile wieku, czyli 25 plus. – Trafiają do nas białe kołnierzyki. Ale nie takie zwykłe kołnierzyki, tylko ci, którym chce się ruszyć zza biurka. Są prawnicy, biznesmeni, marketingowcy. Mają rodziny, dzieci, ale znajdują czas i chęć, aby zaangażować się społecznie. Niektórzy chcą nauczyć się strzelać, inni chcą zdobyć umiejętności wojskowe, aby w razie czego ochronić siebie i najbliższych. Jeszcze inni po prostu szukają przygody, chcą zrobić coś ciekawego dla siebie, chociażby poprawić sprawność fizyczną.

OSZOŁOMOM STOP

Długo pokutowało u nas przekonanie, że do tego typu formacji idą „polityczne oszołomy”, ludzie związani ze skrajną prawicą, nacjonaliści. – Wciąż próbuje się nas zaszufladkować, uwikłać w polityczne rozgrywki. A my od początku jesteśmy niepolityczni i stoimy ponad podziałami partii. Tak głosi nasz statut, a członkowie zarządu podpisali deklarację, że żaden z nas nie rozpocznie politycznej kariery – twierdzi Grzegorz Matyasik. Potwierdza to Dariusz Nowiński ze Związku Strzeleckiego Oddział Łódź, na co dzień doradca finansowy, z wykształcenia prawnik. Czuje dumę, gdy na szkoleniu widzi młodych. – Na początku pociąga ich strzelanie. Ale później kształtuje się w nich hart ducha, postawa obywatelska.

Uczą się, że współpraca zespołowa to podstawa. To przecież przyda im się w życiu, również zawodowym – ocenia. Sam w strukturach proobronnych uczestniczy od 19 lat. Wcześniej czynnie działał w harcerstwie, jest jednym z założycieli ZHR. Choć ma 47 lat, chwali się, że gdy rusza z brygadą w plener, to raczej on holuje młodszych kolegów, a nie odwrotnie. I tylko żona kiwa głową, gdy rano do pracy wychodzi w białej koszuli pod krawatem, a wraca umorusany w błocie, w mundurze moro.

Urszulę Sidoruk, 18-letnią licealistkę, do wstąpienia w szeregi siedleckiego Strzelca skłoniło zamiłowanie do sportu. – W dodatku zawsze chciałam sprostać wymaganiom, które stawia wojsko. Dyscyplina, musztra, posłuszne wykonywanie rozkazów – to mnie kręciło od dawna – opowiada. Dlatego pierwsze szkolenie paramilitarne odbyła już trzy lata temu. – Wsiąkłam – przyznaje. – Nieprawda, że to nie jest miejsce dla kobiet. Właśnie tu możemy udowodnić siłę charakteru. Zyskać pewność siebie, wyleczyć się z kompleksów – tłumaczy. Jak wyznaje, nie interesują ją polityczne rozgrywki. – Jesteśmy apartyjni i apolityczni. Po prostu robimy swoje. Nie, nie szerzymy katastroficznych wizji rychłej wojny. Ale jeśli będzie trzeba w przyszłości bronić kraju, nie zawahamy się wykorzystać nabytych umiejętności. Grzegorz Matyasik podkreśla, jak ważne jest działanie organizacji w czasie pokoju. – Jesteśmy potrzebni w sytuacjach kryzysowych, na przykład podczas powodzi czy huraganu. W rocznicę świąt narodowych wystawiamy warty, szerzymy pamięć o poległych żołnierzach, dbamy o pomniki, groby.

Piotr Radzikowski, student drugiego roku bezpieczeństwa narodowego na Uniwersytecie Przyrodniczo–Humanistycznym w Siedlcach, mówiąc o patriotyzmie, nie używa patetycznych słów. – Każdy na co dzień może być patriotą, będąc dobrym obywatelem – ucina. Dopytywany, tłumaczy, że pewne wartości wynosi się z domu. – Od dziecka jeździliśmy na wycieczki w historyczne miejsca, a wiadomo, że nasza historia jest silnie związana z żołnierką. Słuchałem o przodkach, którzy ginęli za kraj, i rosła we mnie wdzięczność i szacunek za ich poświęcenie – opowiada. Dlatego pięć lat temu, jeszcze w liceum, poszedł na testy kwalifikujące i jako kadet wstąpił w szeregi Strzelca. Dzięki szkoleniom paramilitarnym wzrosło jego męskie ego. Sam o sobie mówi, że na punkcie militarnym „ma fisia”. Nawet na co dzień, czyli po cywilu, nosi w plecaku „najpotrzebniejszy sprzęt” – kilka noży, bagnet, światło chemiczne, zapałki, które można zapalić nawet pod wodą, tabletki do uzdatniania wody i specjalistyczne bandaże opatrunkowe sprowadzane z Izraela. W końcu nigdy nie wiadomo, co może się przydać. – Zapewniam jednak, że to niegroźne hobby – śmieje się sam z siebie. Przez pierwszy rok uczył się podstaw – musztry, taktyki, odpowiedniego zachowania na poligonie. Potem szkolił taktyki walki – zieloną (walka w lesie), czerwoną (ratownictwo taktyczne) i czarną (walka w terenie zabudowanym). Dziś jest wśród najlepszych, czyli w GSR – Grupie Szybkiego Reagowania, do której selekcja jest taka sama, jak do oddziałów wojsk specjalistycznych.

ZAGOSPODAROWAĆ POTENCJAŁ

Do niedawna o tych, którzy na własną rękę uprawiają żołnierkę, wojsko patrzyło sceptycznie. Podobnie jak Biuro Bezpieczeństwa Narodowego i Ministerstwo Obrony Narodowej. Organizacjom paramilitarnym nierzadko zarzucano szerzenie faszystowskich haseł lub wręcz działalność terrorystyczną. Jednak wobec obecnej sytuacji na Ukrainie rząd zaczął intensywnie myśleć o wykorzystaniu potencjału organizacji proobronnych. Na paramilitarystów przestano patrzyć jak na groźnych maniaków, pojawiły się pomysły, by ich potencjał wykorzystać.

Wicepremier Tomasz Siemoniak powołał nawet pełnomocnika do kontaktu z takimi organizacjami. Został nim gen. prof. Bogusław Pacek, były rektor Akademii Obrony Narodowej, który od niedawna bacznie przygląda się działaniom oddolnych organizacji. [Rozmowę z nim publikujemy w tym numerze „Wprost”]. Pod koniec marca w centrum konferencyjnym MON odbył się I Ogólnopolski Kongres Organizacji Proobronnych i Klas Mundurowych. Powołano Federację Organizacji Proobronnych (FOP), na czele której stanął gen. Pacek. Pomysł był taki – zrzeszyć wszystkie organizacje, aby określić ich potencjał i wyrównać poziom szkolenia. Jednak do Federacji przystąpiło zaledwie siedem z nich.

– Zawiodły nas postulaty, jakie przygotował dla nas MON. Oczekiwania i ambicje stowarzyszeń są wyższe niż propozycje ministerstwa – tłumaczy Matyasik i wyjaśnia, dlaczego Obrona Narodowa nie wstąpiła do Federacji. – U podstaw zawiązanej Federacji leży potrzeba pozyskania dodatkowego źródła rezerw osobowych na potrzeby wojsk operacyjnych oraz reanimacja Obrony Cywilnej. Nie padło ani słowo o utworzeniu obrony terytorialnej, a to jest nasz główny cel – tłumaczy. Prof. Józef Marczak z Akademii Obrony Narodowej, specjalista w dziedzinie obrony terytorialnej, też jest przekonany, że potencjał drzemiący w organizacjach proobronnych jest znacznie większy. I nawołuje Polaków do czynnego włączenia się w obronność kraju. – Zasilenie bezpieczeństwa narodowego jest dziś najważniejszą sprawą dla wspólnoty obywatelskiej – twierdzi. I powołuje się na 85 artykuł konstytucji. – W razie zagrożenia obowiązkiem każdego z nas jest obrona ojczyzny. Młodzi to wiedzą, tylko państwo nie robi nic, aby ten młody potencjał przekuć w siłę.

I daje przykłady z zagranicy. Finlandia ma siły zbrojne składające się z 60 tys. żołnierzy wojsk operacyjnych (zawodowych) i 230 tys. wojsk obrony terytorialnej. Szwedzka Gwardia Krajowa (Hemvarnet) liczy 600 tys. żołnierzy. Takie same formacje istnieją w Szwajcarii, Izraelu, Norwegii, Wielkiej Brytanii czy USA – tam działa słynna Gwardia Narodowa. – Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę – cytuje łacińskie przysłowie prof. Marczak.

NIE CHODZI O WOJNĘ

Ale Piotr Radzikowski nie myśli o tym, czy wybuchnie wojna. Ma nadzieję, że nie. Choć gdyby tak się stało – on będzie gotów. Myśli za to o własnej przyszłości. – Chciałbym trafić do policji albo do wojsk specjalnych – wyznaje. Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, też o nowej wojnie nie chce rozmawiać. Ma nadzieję, że zryw z 1944 r. będzie ostatnim w historii Polski. – Walczyć trzeba wtedy, gdy jest potrzeba obrony. Wierzę, że rząd i elity kraju zrobią wszystko, aby na Polskę żaden agresor już nigdy nie napadł. I że już nigdy więcej nie będziemy zmuszeni do walki – tłumaczy. Choć docenia zaangażowanie młodzieży w kultywowanie historii, ich szacunek i pamięć dla poległych, uważa, że w czasie pokoju ważniejsze od umiejętności bojowych są wartości obywatelskie. – Pokolenie AK nie było hodowane po to, aby przelewać krew za kraj. Byli wychowani tak, aby umieć budować wolną Polskę na gruncie obywatelskim, społecznym. Posiadali szczególne cechy, jak odwaga, determinacja, umiejętność kooperacji i z tego powodu są wzorem do naśladowania. Ale trzeba pamiętać, że żołnierzami zostali przypadkiem. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

71 proc. Polaków podziela pogląd, że w razie wojny cywile powinni się włączyć do walk

38 proc. uważa, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat może dojść do wybuchu konfliktu zbrojnego z udziałem Polski

13 proc. będzie unikać osobistego zaangażowania w walki

70 proc. badanych uważa, że Polska nie jest przygotowana do obrony granic

Badania przeprowadzone przez Dom Badawczy Maison na zlecenie Warsaw Enterprise Institute na panelu badawczym Ariadna.

Okładka tygodnika WPROST: 15/2015
Więcej możesz przeczytać w 15/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także