Koniec snu o finansowym Warsaw City

Koniec snu o finansowym Warsaw City

Warszawska giełda, która przetrwała kryzys i dwie duże bessy, teraz się sypie przez polityków, którzy rozmontowali OFE. Po decyzji rządu Tuska z finansowego centrum tej części Europy zostały już tylko wspomnienia.

Osiemnaście szaf serwerowych kurzy się w podziemiach giełdy w Warszawie. To tutaj miały stanąć giełdowe „czarne skrzynki”, komputery, które poprzez zakodowane w nich algorytmy mogłyby uprawiać handel wysokich częstotliwości. Polega on na wysyłaniu tysięcy zleceń „kup” i „sprzedaj” oraz zarabianiu na minimalnych zmianach cen. Warunek: trzeba być blisko giełdy, by być szybszym od innych. Warunek numer dwa: giełda musi mieć dużo kupujących i sprzedających. Na Zachodzie właśnie takie roboty przynoszą giełdom najwięcej płynności i tym samym zysku. W Polsce, mimo że od dwóch lat obok serwera giełdy można postawić własny serwer, nie ma na to chętnych. W Warszawie od jakiegoś czasu w ogóle jest mało kupujących i sprzedających.

UCIECZKA Z PARKIETU

A na nich czekała m.in. rodzina Greidingerów. To właściciele notowanego w Warszawie holdingu Global City Holdings, do którego należy sieć kin Cinema City. Po cichu mówili, że rozmontowanie OFE zmarginalizowało polską giełdę. W marcu złożyli wniosek, który wstrząsnął rynkiem. Rada dyrektorów firmy stwierdziła, że po dziewięciu latach obecności na parkiecie czas się wycofać. „Rada jest przekonana, że dla akcji [będących w obrocie rynkowym – red.] nie było rzeczywistego płynnego rynku” – napisali. W dodatku, jak argumentowali, dzięki rezygnacji z giełdy spółce uda się zaoszczędzić 1 mln euro opłat. I choć władze giełdy przekonują, że to tylko przejściowe kłopoty, warszawski parkiet wcale nie ma się dobrze. Obroty na głównym rynku akcji spadły w 2014 r. o 9 proc., do 205 mld zł, a wartość ofert publicznych aż czterokrotnie, do 1,3 mld zł. I podczas gdy europejskie indeksy powiększają siedmioletnie maksima, na GPW trwa stagnacja. Jeszcze kilka lat temu sala notowań warszawskiej giełdy była dobrym tłem, na którym politycy ogłaszali, że jesteśmy zieloną wyspą. – Polska i nasza giełda to na światowej mapie gospodarczej znaki nadziei, że można nie dać się kryzysowi – mówił Donald Tusk. Sama GPW miała ambitne plany przejęcia parkietu z Wiednia. Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że nasza giełda tonie.

Michał Sołowow, największy od lat inwestor giełdowy, w ubiegłym roku wycofał z parkietu firmę Barlinek, twierdząc, że łatwiej mu będzie wyprowadzić ją na prostą bez statutu spółki giełdowej. Według niego giełda, choć symbol kapitalizmu, stała się dziś skostniała i zbiurokratyzowana. O wielkich planach stworzenia Warsaw City mało kto dziś pamięta. – Mijają 24 lata od pierwszego notowania w Warszawie i przez ten czas nie udało się stworzyć centrum kapitałowego tej części Europy. Dziś są raczej szanse, że Warszawę wchłonie giełda Euronext czy London Stock Exchange – mówi Piotr Kuczyński, analityk Xelion. – Nie oszukujmy się, polska giełda już skarlała. Jeżeli nie pojawi się hossa, a tej nie będzie bez silnego wzrostu gospodarczego, to na GPW może być nieciekawie – ostrzega Marek Zuber, niezależny ekonomista.

SIŁA INSTYTUCJI

– Kilkanaście lat temu, kiedy pisaliśmy pierwszą strategię dla rynku kapitałowego, jasno wskazywaliśmy, że sukces rynku jest skorelowany z siłą krajowych inwestorów instytucjonalnych, w tym przede wszystkim OFE – mówi jeden z twórców warszawskiego parkietu Igor Chalupec, dziś prezes Ruchu. Przez lata to właśnie OFE były „instytucjonalną lokomotywą” polskiej giełdy. Tylko w 2013 r. to m.in. one kupiły od Skarbu Państwa akcje o wartości ponad 4 mld zł. Sprywatyzowano wówczas przez giełdę PKP Cargo czy Energę. Wcześniej fundusze emerytalne brały udział w prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej, banku PKO BP, KGHM czy PGE. – Korzyści były obopólne, bo Skarb Państwa też mógł liczyć, że znajdą się duzi kupujący, a to zawsze zapewnia lepszą cenę – mówi Kuczyński. I ma rację, bo gdy państwo było w potrzebie, zawsze można było dosłownie w kilka dni wśród instytucji znaleźć chętnych na tzw. resztówki prywatyzacyjne.

Na giełdzie trwała hossa, więc na akcjach można było zarobić. W 2004 r. Skarb Państwa sprzedawał papiery PKO BP po 20,50 zł. Początkowo cena spadła, ale trzy lata później w szczycie hossy notowano je po 57 zł. Podobnie było z KGHM, którego notowania do szczytu wzrosły ponad pięciokrotnie. W 2010 r. pod egidą Ministerstwa Skarbu stworzono „akcjonariat obywatelski”, czyli program dla inwestorów indywidualnych, którzy mogli kupować prywatyzowane spółki przez giełdę. W ten sposób prawie ćwierć miliona Polaków stało się właścicielami akcji PZU, na których pierwszego dnia notowań można było zarobić aż 13 proc. Dużo mniej zarobili nowi akcjonariusze ZA Tarnów, ale to był już początek kryzysu, więc i kolejka po akcje była krótsza. Debiutująca w chwili apogeum kryzysu finansowego Enea nie przyciągnęła już tak wielu drobnych inwestorów. Jeszcze bardziej zawiedli inwestorzy branżowi – po walory Enei zgłosił się jedynie szwedzki państwowy koncern Vattenfall. Ale i na tej inwestycji można było zarobić – po kilku miesiącach od debiutu można było z niej wyjść z 65-proc. zyskiem. – To były właściwie złote czasy giełdy. Skarb Państwa prywatyzował, były więc atrakcyjne spółki, a fundusze kupowały. W dodatku aż do kryzysu, ale także i po nim, na większości tych debiutów można było zarobić. A kiedy tak przez parę lat można zarabiać, na giełdę idą drobni inwestorzy i całość się dalej nakręca – tłumaczy Kuczyński.

WARSZAWSKA MEGALOMANIA

To wtedy pojawiły pomysły międzynarodowej ekspansji warszawskiej giełdy. Pierwszy i wieloletni prezes GPW, dziś szef jej rady Wiesław Rozłucki przed laty mówił, że jego marzeniem było stworzenie w Warszawie prawdziwego „city”: centrum finansowego regionu Europy Centralnej i Wschodniej. Podobne plany miał jego następca Ludwik Sobolewski. „Chcemy, by giełda warszawska była centrum, w którym będzie koncentrował się obrót instrumen tami finansowymi reprezentującymi wszystkie gospodarki regionu” – mówił na początku swojej prezesury. Na giełdę w Warszawie udało się co prawda ściągnąć kilka ukraińskich i rosyjskich spółek, jednak z wielkich międzynarodowych ambicji niewiele wyszło. Fiaskiem skończył się udział w prywatyzacji giełdy w Pradze (Czesi wybrali ofertę Wiener Boerse), jak również zakup udziałów giełd papierów wartościowych w krajach bałtyckich. Zamiast Warszawy, Bałtowie wybrali ofertę Skandynawów.


Jedynymi zagranicznymi udziałami grupy kapitałowej GPW wciąż pozostają mniejszościowe pakiety akcji ukraińskiej Innex Stock Exchange oraz rumuńskiej giełdy walutowej i instrumentów pochodnych Sibiu Monetary Financial and Commodities Exchange. Ostatnim aktem megalomanii Warszawy były plany przejęcia giełdy w Wiedniu bądź też połączenia z nią. Idei tej trzy lata temu patronował Adam Maciejewski, przedostatni prezes GPW. Choć z samym pomysłem wyszli Austriacy. Po rozmowach do fuzji jednak nie doszło. – I dobrze. Giełda austriacka ma większą renomę i znacznie dłuższą historię niż nasza. Przy połączeniu bylibyśmy na gorszej pozycji – mówi Jan Mazurek, ekspert BCC ds. rynku kapitałowego.

KULA ŚNIEŻNA PO OFE

Prawdziwym ciosem, który rzucił na kolana GPW, było jednak rozmontowanie OFE. Chodzi o decyzję rządu Donalda Tuska, która weszła w życie rok temu. Na jej mocy rola funduszy emerytalnych została mocno ograniczona, z naszej składki emerytalnej jedynie 2,92 proc. trafia do OFE. Jeszcze w 2010 r. było to 7,3 proc. W dodatku teraz składka przekazywana jest od znacznie mniejszej liczny osób: w OFE pozostało tylko 2,5 mln z 14 mln uprawnionych do wyboru.

Zmiana ta weszła w życie w lutym ubiegłego roku. Od tego czasu obroty na akcjach spadły o 12,6 proc. Spadła też średnia liczba transakcji na sesję. W lutym tego roku średnia dzienna wartość obrotów akcjami wyniosła 750,8 mln zł, co oznacza spadek o 16,3 proc. w porównaniu z lutym 2014 r. – Nie można powiedzieć, że jakieś pojedyncze czynniki – jak liczba osób, które pozostały w OFE – mają wielkie znaczenie w krótkoterminowej perspektywie. Ale cała zmiana sposobu funkcjonowania OFE ma jednak znaczenie dla polskiego rynku. OFE od lutego ubiegłego roku w zasadzie przestały kupować polskie akcje, najbardziej odczuł to segment średnich i małych firm – mówi Sebastian Buczek, szef funduszu Quercus TFI.

OFE mają dziś znacznie mniej pieniędzy i by kupić akcje, muszą coś sprzedać. Widać to po zachowaniu indeksów. Ale ważny jest też inny segment: pierwotnych debiutów giełdowych. – Generalnie nie przeceniałbym roli OFE, ich udział w obrocie jest na poziomie kilku procent. Jednak rzeczywiście były w stanie kupować duże pierwotne oferty publiczne. Tylko je było na to stać. Teraz tego zabrakło – uważa Kuczyński. W dłuższej perspektywie czasu odpływ pieniędzy z OFE może być na tyle wysoki, że napływ nowych składek nie pozwoli go zrównoważyć, przez co fundusze dalej będą sprzedawać akcje, obniżając ich ceny na rynku. Dla spółek oznacza to większe koszty pozyskania kapitału zarówno w formie IPO, kolejnych ofert publicznych, jak i w formie długu, bo spadnie ich rynkowa wycena. Dla inwestorów z kolei oznacza to przedłużającą się bessę.

– Zagraniczne giełdy biją rekordy, ale wzrosty omijają Warszawę. To działało na zasadzie kuli śnieżnej. Mniejsi inwestorzy słyszeli, że OFE są zainteresowane daną spółką, i chcieli wskoczyć na tę falę. A dziś nie ma dużych debiutów, nie ma zainteresowania rynkiem – dodaje Kuczyński. – W tym kontekście istotniejszy wydaje się brak stabilności prawnej w Polsce. Jak się państwu coś odwidzi, to może zrobić wszystko, ograniczyć działalność OFE czy zwykłych funduszy, wszystko jest możliwe. Polityczne ryzyko może doprowadzić do tego, że GPW stanie się nieciekawa – mówi Marek Zuber, analityk finansowy.

Dziś Igor Chalupec przyznaje, że nie stworzono „mechanizmu immunologicznego”, czegoś, co by chroniło polską giełdę przed zmianami politycznymi. – Nikt nie pokusił się także o stworzenie kolejnej, zaktualizowanej strategii dla GPW. Nie było długoletniego planowania ani szukania rozwiązań pośrednich. Przyjęto najprostsze – tłumaczy. Podobnie uważa Wiesław Rozłucki. – Żeby zbudować centrum, trzeba wielu sojuszników: firm audytorskich, prawniczych, public relations. Takie programy są wspierane przez główne miasta europejskie, jak Londyn, Paryż. Tymczasem czegoś takiego nie ma w Warszawie – mówił niedawno podczas jednej z debat o polskim rynku finansowym.

POLITYKA KONTRA MERKANTYLIZM

Brak przewidywalności to jedna z cech charakterystycznych polskiego rynku finansowego. Na tym parkiecie prawdziwa merytokracja zderza się z prawdziwą polityką, ale tą w naszym polskim wydaniu. Skarb Państwa, nie dość, że poprzez „dostarczanie” spółek do prywatyzacji rozdaje karty na rynku kapitałowym, to rządzi giełdą także personalnie. I w ostatnim czasie rzuca jej kłody pod nogi. Podczas debaty o OFE budowana przez lata pozycja giełdy została rozbita, bo porównywano ją do nieprzewidywalnego kasyna, na którym można tylko stracić. – Łatwo jest straszyć, trudniej jest zachęcać. Dopóki do Warszawy nie wróci hossa, nikt nie będzie chciał na własną rękę inwestować. Trzeba roku wzrostów – mówi Waldemar Kuczyński.

Paradoksalnie dziś, jak gdyby nigdy nic, możliwości ponownego wejścia do pierwszej ligi upatruje się w powrocie na giełdę drobnych inwestorów indywidualnych. W strategii giełdy na lata 2014-2020 podkreśla się, że dotychczasowe źródła wzrostu nie zostały jeszcze wykorzystane. „Rezerwy tkwią m.in. w takich obszarach jak płynność notowanych instrumentów finansowych, udział bezpośrednich inwestycji giełdowych w strukturze portfeli gospodarstw domowych, możliwości inwestycyjne funduszy inwestycyjnych i emerytalnych, aktywność banków jako inwestorów oraz aktywność inwestorów stosujących zautomatyzowane metody handlu” – możemy przeczytać w dokumencie GPW z 18 grudnia 2013 r. Co to oznacza? – To programy edukacyjne i promocyjne, które będą atrakcyjne dla inwestorów indywidualnych – tłumaczy obecny prezes Paweł Tamborski. Dodatkowo giełda chce przyciągać większych emitentów. W tym roku zadebiutuje na GPW Wirtualna Polska, w przyszłym być może Poczta Polska.

– Nie zazdroszczę mu, jest w trudnej sytuacji – mówi o Tamborskim Chalupec. – Ale to nie jest zły pomysł. Przez lata, szczególnie na początku transformacji, mieliśmy wręcz obsesję na punkcie przyciągania zagranicznego kapitału. Wtedy było to naturalne. Dziś trzeba w równym stopniu walczyć o rodzimych inwestorów – zachęca. Według niego giełdzie dobrze by zrobił program inwestycyjny podobny do tych, które są w USA. W zamian za zainwestowanie części swoich przychodów na giełdzie, podatnicy mogliby je odpisać od podatku. Polacy w bankach trzymają 536 mld zł. Większość tych pieniędzy jest na rachunkach bieżących i oszczędnościowych. Tylko niewielki odsetek z nich jest inwestowany na giełdzie. Gdyby się udało to zmienić, giełda otrzymałaby solidny zastrzyk wzmacniający. Tyle że drobni inwestorzy wrócą na giełdę dopiero wtedy, gdy zobaczą wzrosty. A tych na razie nie ma. W dodatku polskich akcji pozbywają się też fundusze zagraniczne, co widać poprzez umacnianie się dolara. Oznacza to, że kapitał wraca do USA.

SKAZANI NA BANKI

Giełda w Warszawie ma też inne kłopoty. Na plecach czuje oddech giełdy w Stambule, która przejmuje rolę regionalnego lidera krajów rozwijających się. Przez duże fundusze inwestycyjne Polska traktowana jest właśnie jako kraj rozwijający się. Od kilku lat ten kapitał przenosi się nad Bosfor i dzieje się to kosztem Warszawy. Swoje przychody giełda w Warszawie próbuje ratować, stając się parkietem dla rynku energii i gazu. Już niedługo zamierza wprowadzić kontrakty terminowe na energię elektryczną. Tyle że to sztuczny ratunek. UE nałożyła na nas obligo gazowe. Oznacza to, że największy polski operator PGNiG musi sprzedawać gaz odbiorcom detalicznym poprzez giełdę towarową, która należy do GPW. Nie jest to więc żywy, prawdziwy rynek konkurencyjny. Osłabienie giełdy odbije się czkawką na polskich firmach, bo będą one skazane na zdobywanie kapitału z kredytów bankowych. – Mniejsza konkurencja zawsze szkodzi – mówi Chalupec.

– W UE 70 proc. środków na rozwój czy na działalność firm pochodzi z banków, a tylko 30 proc. z rynku kapitałowego, natomiast w Stanach Zjednoczonych proporcja jest odwrotna – dodaje Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich. – Bez rynku kapitałowego Dolina Krzemowa by się nie rozwijała. Dlatego tak ważne jest zmienianie kultury inwestycyjnej w Europie, tworzenie zachęt dla inwestorów. Na razie czeka nas powolny dryf i wyglądanie kolejnej hossy, która nadejdzie bądź nie. Być może też GPW stanie się przedmiotem przejęcia. Już w 2009 r. chcieli to zrobić Niemcy z Deutsche Boerse. Eksperci przestrzegali wtedy przed nie do końca znanymi intencjami tego typu inwestora. Bo mogłoby to doprowadzić do marginalizacji rodzimego rynku poprzez np. wyprowadzenie największych spółek na własny parkiet. Dziś GPW się powoli zwija, co już boleśnie odczuwają domy maklerskie, które ostro tną koszty. Żaden z nich nie zamierza jak na razie stawiać swojego serwera tuż przy serwerze giełdy. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 18/2015
Więcej możesz przeczytać w 18/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także