Barbarzyńcy u bram

Barbarzyńcy u bram

Losy konfliktu Rosji z Zachodem nie rozstrzygają się w Donbasie, ale na Bliskim Wschodzie, gdzie sojusznicy Moskwy i Waszyngtonu toczą otwartą i bezpardonową wojnę na gruzach Syrii i Iraku.

W zeszłym tygodniu Amerykanie stracili Irak na rzecz Iranu i stojącej za nimi Rosji. Wszystko przez upadek strategicznego miasta Ramadi, strzegącego przepraw przez Eufrat i skrzyżowania autostrad biegnących z Syrii i Jordanii do Bagdadu. Armia Państwa Islamskiego zajęła je łatwo, przejmując w ten sposób kontrolę nad całością sunnickich terytoriów w Iraku. Miasta nie obroniła ani szkolona i wyposażona za pieniądze amerykańskich podatników armia iracka, ani wysłane na pomoc amerykańskie lotnictwo, które okazało się bezradne wobec burzy piaskowej szalejącej w okolicach miasta.

W obliczu spektakularnej klęski armii rząd w Bagdadzie musiał wprowadzić do walki z islamistami bitne szyickie milicje. Mają one tę wadę, że podlegają irańskim, a nie irackim oficerom, co przypieczętowuje przejęcie przez Teheran kontroli nad szyicką częścią Iraku. Zaraz też odezwali się sprzymierzeni z Iranem Rosjanie, oferując irackiemu premierowi Abadi pieniądze i broń do walki z kalifatem. Wszystko to odbyło się przy kompletnej bierności amerykańskiej administracji. Szef departamentu stanu USA John Kerry nazwał upadek Ramadi chwilowym zwrotem w walkach. Dowódca armii, gen. Martin Dempsey, ograniczył się do zapowiedzi wysłania do Iraku tysiąca pocisków przeciwpancernych i przyśpieszenia szkoleń irackich rekrutów, o których wiadomo, że i tak nie stawią czoła islamistom.

KREML NA JEDWABNYM SZLAKU

W tle zmagań na pustyniach Bliskiego Wschodu i walk o egzotyczne miasta i pasma górskie rozgrywa się konflikt. Jego echa widzimy także w naszym bezpośrednim sąsiedztwie, na Ukrainie, gdzie Rosja rękami rzekomych donieckich separatystów toczy wojnę z reprezentowanym przez Ukraińców Zachodem. Na Bliskim Wschodzie Rosjanie nie muszą przebierać swoich żołnierzy w mundury samozwańczych republik ludowych. Wyręczają ich szyici z Syrii, Iraku i Libanu, sponsorowani przez Iran, którego silna pozycja w regionie w dużej mierze zależy z kolei od rosyjskiego wsparcia.

To przecież dzięki Rosji ajatollahowie zbudowali swój program atomowy, za pomocą którego przyparli do muru USA, nakłaniając Baracka Obamę do zgody na zniesienie sankcji gospodarczych wobec Iranu. Jeśli do tego dojdzie, Iran uzyska dostęp do międzynarodowych rynków i miliardów dolarów, zamrożonych od lat na zagranicznych kontach. Stanie się także ważnym pośrednikiem w handlu towarami i surowcami energetycznymi między Chinami a Zachodem. Wszystko to pod skrzydłami Rosji, będącej nie tylko sojusznikiem Chin i Iranu, ale także patronem ważnych dla całego projektu postsowieckich chanatów w Azji Środkowej. Reaktywowany w ten sposób starożytny Jedwabny Szlak może stać się osią, wokół której kremlowscy planiści chcą stworzyć nowy kontynentalny blok, sięgający od Chin po Atlantyk, co wydaje się bardzo kuszące także z perspektywy europejskiej gospodarki. Dostęp do bogactw Azji, jej chłonnych rynków zbytu i bogatych zasobów ropy i gazu może być jedynym sposobem na przezwyciężenie kryzysu związanego z zapaścią strefy euro. W planach tych nie ma miejsca na amerykańską konkurencję, co tłumaczy europejską bierność w sprawie konfliktów na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, w których USA kreowane są na głównego rywala Rosji. W ambitnych planach Kremla Iran i jego szyiccy sojusznicy w regionie odgrywają ważną rolę bata, którym można chłostać tradycyjnie sprzymierzone z Amerykanami kraje Zatoki Perskiej, ale także Arabię Saudyjską, Turcję, Jordanię, a zwłaszcza Izrael. Stąd propozycja uzbrojenia proirańskiego rządu w Bagdadzie i bezwarunkowe wsparcie, jakiego udziela Moskwa szyickiemu reżimowi Baszara Asada w Syrii. – Rosja nie pozwoli odstawić się na boczny tor w strategicznej rozgrywce na Bliskim Wschodzie – mówi Fiona Hill z Brookings Institution.

Dziś przez dzierżawiony przez rosyjską Flotę Czarnomorską syryjski port Tartus płynie do Syrii broń, amunicja i doradcy, którzy ramię w ramię z kilkutysięcznym kontyngentem irańskim pomagają Asadowi zwalczać rebeliantów. W przyszłości Tartus mógłby być też ważnym portem Jedwabnego Szlaku, znajdującym się poza kontrolą USA i ich sojuszników.

Amerykanie świetnie zdają sobie z tego sprawę. Trudno bowiem nie zauważyć satysfakcji, z jaką Władimir Putin i chiński prezydent Xi Jinping przyjmują na placu Czerwonym wspólną defiladę chińskich i rosyjskich żołnierzy z okazji Dnia Zwycięstwa. Defiladowym popisom towarzyszą wielomiliardowe kontrakty handlowe i zbrojeniowe, przybite demonstracyjnymi wobec NATO manewrami okrętów Chin i Rosji na Morzu Śródziemnym u wybrzeży Syrii. Nie mówiąc o najnowszych odkryciu amerykańskiego wywiadu, który nagle zorientował się, że chińskie rakiety balistyczne pokrywają swoim zasięgiem niemal całe terytorium Stanów Zjednoczonych.

KAPITULACJA NA UKRAINIE

Wszystko to powoduje, że po dwóch latach otwartego konfliktu na linii Kreml-Biały Dom o Ukrainę, administracja Baracka Obamy przypomniała sobie nagle o resetowaniu stosunków z Putinem. Sekretarz stanu John Kerry pofatygował się z niespodziewaną wizytą do Soczi z propozycją faktycznej kapitulacji w sprawie Ukrainy. Kerry przyznał, że podstawą rozwiązania konfliktu w Donbasie jest porozumienie z Mińska, gwarantowane przez Niemcy z Francją, o którym Ukraińcy mówią, że sankcjonuje jedynie rosyjskie zdobycze w ich kraju. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow nie posiadał się z radości, deklarując w zamian, że głównym zagrożeniem dla Rosji nie są już, jak to było jeszcze niedawno, rzekome amerykańskie knowania na Ukrainie, ale... Państwo Islamskie w Iraku i Syrii. Na Bliskim Wschodzie zostało to odebrane jako ostateczne przekazanie przez USA inicjatywy w ręce Rosjan i ich szyickich sojuszników w Syrii i Iraku, stojących przecież na pierwszej linii wojny z kalifatem. Republikański polityk Chris Christie, wymieniany jako jeden z kandydatów na prezydenta USA w przyszłorocznych wyborach, zarzucił Obamie, że dopuszcza się zdrady starych sojuszników. – Doszło do tego, że Izraelczycy są w lepszych stosunkach z Saudyjczykami, Egiptem i Jordanią, bo te kraje wiedzą przynajmniej, że nie należy ufać Iranowi – wtóruje mu inny wpływowy republikanin, Mike Huckabee, potwierdzając, że kraje te zawiązały sojusz, wymierzony w irańskie, a więc pośrednio także rosyjskie interesy na Bliskim Wschodzie.

– Widząc wycofywanie się Ameryki z Bliskiego Wschodu, saudyjski król Salman całkowicie zmienił taktykę i jest gotów iść na wojnę, a przecież Saudowie dotąd nie wojowali – ocenia prof. Joshua Landis z Center for Middle East Studies na Uniwersytecie w Oklahomie. Saudowie prowadzą tę wojnę na dwa sposoby: z jednej strony sami brutalnie tłumią wspieraną przez Iran szyicką rebelię w Jemenie. Z drugiej zaczęli korzystać z pomocy al-Kaidy, którą zwalczali przez ostatnią dekadę z całą surowością. Efektem tej strategii jest m.in. pomoc wojskowa dla syryjskiego odłamu al-Kaidy. Dzięki saudyjskim pieniądzom organizacja pod nazwą Front Nusra stała się obecnie liderem syryjskiej rebelii, zdobywając strategiczne punkty do ataku na nadmorską prowincję Latakia, gdzie znajduje się bastion szyickich Alawitów Baszara Asada, ale także wspomniana rosyjska baza w Tartus. Od syryjskiej al-Kaidy jest już tylko krok do Państwa Islamskiego, które wywodzi się przecież z al-Kaidy. Przywódcy obu grup razem walczyli z amerykańską okupacją Iraku i razem zaczynali także rebelię przeciwko Baszarowi Asadowi. Mimo istniejących napięć nigdy nie wdali się w otwartą walkę między sobą.

Przeciwnie. Ostatnio precyzyjnie koordynują swoje działania. Gdy w miniony czwartek żołnierze kalifatu odbili z rąk sił rządowych starożytną Palmirę w centralnej Syrii, bojownicy al-Kaidy uczcili to atakami na ambasady Rosji i Iranu w Damaszku. Formalny sojusz sunnickich rebeliantów w Syrii i Państwa Islamskiego wydaje się kwestią czasu. Zresztą być może już do niego doszło. Irańska propaganda bombarduje media doniesieniami o wsparciu udzielanym potajemnie kalifatowi przez Saudów i o zapasach saudyjskiego, a także izraelskiego wyposażenia znalezionego w zajętej przez szyickie milicje bazie islamistów w al-Karmah na wschodzie Iraku.

KALIFAT W SŁUŻBIE WOLNEGO ŚWIATA

Doszło więc do sytuacji, w której rozczarowani postawą Obamy Saudowie sfinansowali nową ofensywę islamistów przeciw szyitom, nie oglądając się na amerykański i europejski strach przed kalifatem. Jej efektem ubocznym są co prawda stosy ściętych głów asyryjskich chrześcijan i kolejne obrócone w gruzy zabytki, ale to nic nie znaczy z punktu widzenia saudyjskich interesów. Dla nich, a także do pewnego stopnia dla Izraela, liczy się to, że rękami fanatyków udało się zepchnąć szyitów do głębokiej defensywy, która może się zakończyć upadkiem wspieranego przez Rosję reżimu syryjskiego, zanim sankcje wobec Iranu zostaną zniesione. I dokładnie to ma na myśli Siergiej Ławrow, mówiąc o konieczności zniszczenia Państwa Islamskiego, które dziś najbardziej zagraża szyickim sojusznikom Rosji na Bliskim Wschodzie.

Także Waszyngton zdaje sobie sprawę ze znaczenia wykreowanych przez Saudyjczyków i Izrael faktów dokonanych. Stąd odmowa poważniejszej pomocy dla armii irackiej, która wzmacniałaby irańsko-rosyjskich konkurentów. Mocarstwa jak zwykle stąpają na Bliskim Wschodzie po cienkiej linie, której pęknięcie może otworzyć nowy, niekontrolowany szlak przemytu ludzi do Europy. Nie powstrzymają go kordony sanitarne okrętów państw unijnych ani NATO. A to oznacza, że trzeba będzie dwa razy się zastanowić nad zgodą na przyjęcie obowiązkowych uchodźców. Dziś mowa jest o garstce nieszczęśników z Afryki, ale nikt nie jest w stanie zagwarantować, że za chwilę nie będą to tłumy, wśród których obok kobiet i dzieci roić się będzie od wyszkolonych bojowników wysłanych, by siać chaos w głębi Europy. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 22/2015
Więcej możesz przeczytać w 22/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0