Piechociński niszczy grafen

Piechociński niszczy grafen

Instytutem, który opatentował polską metodę uzyskiwania grafenu, pokieruje człowiek, który nie ma o tym pojęcia. – Być może takie kierowanie jest możliwe, ale ja czegoś takiego nigdzie na świecie nie widziałem – mówi „Wprost” dr Zygmunt Łuczyński, odwołany dyrektor Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych. Dodaje, że celem przejęcia ITME może być chęć rozliczenia nieudanej inwestycji.

Czy ktoś wyjaśnił panu, dlaczego unieważniono wygrany przez pana konkurs na dyrektora Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych?

Nie, nikt na ten temat ze mną nie rozmawiał. Poprosiłem nawet wicepremiera Janusza Piechocińskiego o podanie przyczyn decyzji o unieważnieniu przez niego konkursu, ale ktoś z ministerstwa udzielił mi tylko informacji na ten temat. Nie mogę w żaden sposób podważyć decyzji wicepremiera, ponieważ formalnie nie znam jej przyczyn.

To dziwna sytuacja.

Trochę dziwna, ponieważ pierwszy konkurs na stanowisko dyrektora ITME – czyli ten, który wygrałem – pozytywnie zaopiniował przewodniczący komisji konkursowej, przedstawiciel Ministerstwa Gospodarki. Wicepremier Piechociński podważył więc kompetencje swojego pracownika. Później jednak skierował go jako członka komisji konkursowej przy drugim konkursie.

Który pan już przegrał?

Tak, w pierwszym konkursie dostałem 68 punktów, a w drugim – choć kryteria się nie zmieniły – 55 punktów.

Rozmawiał pan o tym z pracownikami instytutu?

Takie rozmowy się oczywiście toczyły. Oni zebrali podpisy pod listem do wicepremiera o wyjaśnienie tej sytuacji, ale nie doczekali się odpowiedzi. Zresztą ciekawa sytuacja miała miejsce w czasie pierwszego konkursu. W początkowej fazie odpadł pracownik naukowy z Politechniki Warszawskiej – nie spełniał wymogów formalnych. Przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki i Ministerstwa Nauki w trakcie obrad komisji często wychodzili na korytarz i telefonowali. Jedną z rozmów ktoś usłyszał: „Panie ministrze, nic nie dało się zrobić” – mówił przedstawiciel MG. Pytałem później tego naukowca z Politechniki – bo to mój kolega – po co startował, odpowiedział, że mu kazano. A kto może kazać startować w konkursie pracownikowi Politechniki?

Pewnie tylko osoba, która tą uczelnią kieruje. Ale po co?

Tego nie wiem, mogę tylko podejrzewać. W lipcu 2014 r. dotarły do mnie pierwsze informacje, że Politechnika interesuje się grafenem. Sama nie miała w tej dziedzinie żadnych osiągnięć. W grę mogła więc wchodzić jakaś forma współpracy między ITME, który opatentował sposób uzyskiwania błon grafenowych, a Politechniką. Zbliżał się konkurs na dyrektora instytutu, więc można było sobie wyobrazić sytuację, że stanowisko to zajmie osoba sprzyjająca takiej koncepcji.

O jaką formę współpracy chodzi?

Może to być porozumienie, kooperacja lub na przykład fuzja. Potem profesor z Politechniki wystartował w konkursie. Obecny dyrektor, mój następca, przez ostatnie 15 lat był kolejno prezesem kilku spółek Skarbu Państwa, ale wcześniej adiunktem Politechniki. Często podkreśla swoje dobre relacje z obecnym rektorem, więc wyszło na to, co przypuszczam. Oczywiście można sobie wyobrazić, że tego rodzaju współpraca będzie korzystna dla rozwoju badań nad grafenem, ale fakt, iż nikt ze mną na ten temat nie rozmawiał, stawia nad tą koncepcją znak zapytania.

Tak naprawdę mówi pan, że Politechnika Warszawska przy pomocy wicepremiera Janusza Piechocińskiego chce przejąć instytut, który prowadzi jedne z najbardziej obiecujących badań w Polsce.

Przypuszczam, że tak jest. Nie widzę innych racjonalnych powodów, by konkurs odbywał się pod naciskiem, by wygrał ktoś związany z Politechniką.

Ale po co ta cała operacja?

W tej chwili kończymy realizację programu finansowanego przez marszałka województwa mazowieckiego, którego celem jest zakupienia aparatury za 36 mln zł. Przewidziany jest drugi etap, na który zaplanowanych jest 150 mln. Podczas podpisywania kontraktu z marszałkiem Adamem Struzikiem pani premier wymieniła utworzenie centrum grafenu na terenie instytutu jako jedną z trzech najbardziej spektakularnych inwestycji. Jest więc się o co ubiegać.

Chodzi o ambicje?

Kilka lat temu Politechnika Warszawska uzyskała z Unii Europejskiej 100 mln euro dotacji na budowę Laboratorium Centralnego Cezamat – Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii. Ta inwestycja nie do końca się udała. Stracono bardzo dużo czasu ze względu na nieszczęśliwy wybór lokalizacji. Zakończenie tej budowy zgodnie z wnioskiem, jaki składała Politechnika, będzie bardzo trudne, jeśli nie graniczące z niemożliwością. Zwłaszcza że na razie są niewykończone mury. Tymczasem dostawa takiej skomplikowanej aparatury trwa kilkanaście miesięcy. Jeśli projekt nie zostanie zakończony w terminie, będziemy mieli do czynienia z horrorem. Może się okazać, że trzeba będzie oddać te pieniądze. Taka kwota przestaje być sprawą uczelni, bo przekracza jej możliwości.

Fuzja Cezamatu z instytutem zajmującym się grafenem mogłaby uratować Politechnikę?

Przy pewnej inżynierii księgowej część kosztów poniesionych przez IMTE mogłaby zostać uznana za wkład w Cezamat. Można by uznać, że cele składane we wniosku zostały osiągnięte. O tym, że nie jest to tylko mój wymysł, świadczą słowa wicepremiera Janusza Piechocińskiego z podpisania aktu erekcyjnego Cezamatu. W ubiegłym roku bardzo obszernie mówił on, że to laboratorium będzie się zajmować grafenem. Miało się to nijak do dotychczasowej rzeczywistości. Cezamat został skonstruowany w ten sposób, że głównym liderem tworzącego konsorcjum jest Politechnika Warszawska. Ale w skład tego konsorcjum wchodzą także Uniwersytet Warszawski, kilka instytutów, w tym także nasz. Dlatego uczestniczyłem w posiedzeniach rady Cezamatu. Nigdy wcześniej nie było mowy, by to laboratorium miało pracować nad grafenem.

Dyrektorem ITME – jednego z najważniejszych dziś polskich instytutów, docenianego w Europie i USA – został ostatecznie Ireneusz Marciniak. Czy zajmował się kiedyś grafenem?

Nie.

Zna pan jakiś instytut naukowy, którym kierowałby człowiek niemający pojęcia o tym, czym zajmują się jego pracownicy?

Nie znam takiego instytutu. Być może takie kierowanie jest możliwe, ale ja czegoś takiego nigdzie na świecie nie widziałem. Nim zostałem dyrektorem ITME, przez kilka lat byłem kierownikiem największego zakładu w tym instytucie. Sprawa grafenu w instytucie sięga 2006 r. Wtedy po przeczytaniu artykułu późniejszych noblistów uznałem, że warto się tym zajmować. Oczywiście samo uznanie nie wystarczy, trzeba było zdobyć pieniądze na badania, na aparaturę, przyjąć pracowników, którzy byliby w stanie się tym zająć. Zatrudniłem ich około dwudziestu. Gdy cztery lata temu przyznano Nagrodę Nobla właśnie za grafen, to miałem potwierdzenie, że kierunek badań był dobry. Od tego czasu wszystko zaczęło się kręcić znacznie szybciej. W końcu 2013 r. została utworzona przez Agencję Rozwoju Przemysłu, kierowana przez Wojciecha Dąbrowskiego, spółka Nano Carbon, która miała zajmować się wdrażaniem grafenu do przemysłu. Na tej uroczystości premier zaprezentował pudełeczko z próbką grafenu. Dziś jesteśmy w stanie wytworzyć półmetrową płachtę z grafenem.

Brytyjczycy zapowiadają, że w ciągu roku wypuszczą na rynek kilka ton grafenu. To oznacza, że nasz wyprzedzili?

Tu chodzi o grafen otrzymywany drogą chemiczną. Można go dziś produkować i on wygląda jak proszek. W rzeczywistości są to płatki wielkości pojedynczych cząstek atomowych. To jest materiał, który może być wykorzystywany do robienia kompozytów, czyli mieszany na przykład z gumą czy metalami. On poprawia właściwości tych materiałów. My też wytwarzamy taki grafen i mieszamy go z kauczukiem. Odnotowaliśmy już dwukrotny wzrost odporności takiego materiału na rozerwanie. Mamy podpisaną umowę z Azotami z Tarnowa, które są zainteresowane właśnie produkcją takiego materiału metodą chemiczną. Niemiecka firma BASF już taki grafen wytwarza. Jeśli okaże się prawdą to, co dziś się o grafenie sądzi, to w niedalekiej przyszłości będzie on powszechnie stosowany do uszlachetniania innych materiałów. Jeśli rynek okaże się tak duży, jak się obecnie sądzi, to będzie miejsce dla wielu producentów. Ale są jeszcze inne rodzaje grafenu – na przykład nakładany na folię miedzianą. Z firmą Seco/Warwick ze Świebodzina opracowaliśmy i zademonstrowaliś­my na konferencjach w Warszawie, Bilbao i Berlinie prototyp największego w Europie i USA urządzenia do nakładania grafenu na płachty folii miedzianej. Można grafen z tych folii zdjąć i nałożyć na coś innego. Robią to Koreańczycy z Samsunga. Chodzi o to, że taka przeźroczysta i dobrze przewodząca prąd warstewka jest konieczna, by działał ekran telefonu telewizora czy wielkiego billboardu. To jest wielki biznes. Innym możliwym zastosowaniem jest ogrzewanie szyb, na przykład samochodowych. To także olbrzymi rynek i olbrzymi biznes. Jesteśmy w kontakcie z firmą, która robi specjalistyczne okna do okrętów. Zaleta tego rodzaju ogrzewania jest podwójna – jest znacznie tańsze niż wtapianie drucików w szybę, a po drugie nie ogranicza widoczności.

Ile czasu potrzeba, by taką produkcję uruchomić na masową skalę?

Myślę, że przy intensywnej pracy w ciągu dwóch lat dałoby się to zrobić.

Ile kosztuje taka warstwa grafenu?

Koszt samego węglowodoru jest mniej więcej taki, jak koszt gazu zużytego do ugotowania jajka na twardo. Folia miedziana używana do tego procesu jest do odzyskania. Jest to więc bardzo tania technologia. Ale jest jeszcze trzeci grafen, o którym się myśli, że może zrewolucjonizować elektronikę. To jest grafen nakładany na węglik krzemu, czyli materiał właśnie używany w elektronice. Nam, a dokładnie dr. Włodzimierzowi Strusińskiemu, udało się opracować nowatorską metodę nakładania grafenu na węglik krzemu. Jest to metoda na poziomie najlepszych laboratoriów na świecie. Przy czym do tego, byśmy spełnili bardzo wysokie co do jakości materiału oczekiwania przemysłu elektronicznego, jest jeszcze daleko.

Ta metoda została opatentowana?

W Stanach Zjednoczonych, Korei Południowej i Japonii. Czekamy jeszcze na patent w Unii Europejskiej. Ale wniosków patentowych jest kilkanaście. Są na różnych etapach procedury. Należy pamiętać, że zapewnienie ochrony patentowej to ogromne koszty. Za same procedury uzyskania tego pierwszego patentu zapłaciliśmy już pół miliona złotych.

Koreańczycy zgłosili ponad 4 tys. wniosków patentowych, Amerykanie ponad 3,5 tys., a Japończycy ponad półtora tysiąca.

Znakomita większość tych wniosków dotyczy jednak zastosowania, a nie produkcji grafenu. Nasz patent na wytwarzanie grafenu jest unikalny.

Czym się różni błona grafenowa nałożona na folię miedzianą i na węglik krzemu?

Jakość tego drugiego jest dużo wyższa. W elektronice grafen uzyskany pierwszą metodą się nie sprawdzi. Urządzenia nie będą działać.

Jest w Polsce przemysł, który jest w stanie wykorzystać grafen elektroniczny?

Nie ma fabryki, która produkowałaby przyrządy elektroniczne. Można by uruchomić linie produkcyjne wytwarzające przy użyciu grafenu jakieś urządzenia specjalistyczne, np. czujniki. Dlatego właśnie opatentowaliśmy tę metodę. Chcemy ją chronić.

A jest przemysł, który byłby w stanie wytwarzać taki grafem na skalę przemysłową?

W tym nie ma nic specjalnie skomplikowanego. Firma Seco/Warwick już zrobiła prototyp. Stworzenie urządzenia do produkcji masowej jest absolutnie w naszym zasięgu.

Nie ma takich planów

skomentowanie zarzutów postawio- O nych przez dr. Łuczyńskiego „Wprost” poprosił Ministerstwo Gospodarski i Politechnikę Warszawską. Z pisma, jakie otrzymaliśmy z resortu, wynika, że pierwszy konkurs został unieważniony z powodów formalnych. „Nie jest prawdą, by istniała jakakolwiek umowa lub inne przesłanki wskazujące na możliwość włączenia ITME do Politechniki Warszawskiej bądź «przejęcia» instytutu przez uczelnię” – informuje biuro prasowe MG. Także uczelnia zapewnia, że „nie ma planów włączenia Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych do Politechniki Warszawskiej”. W przesłanej do „Wprost” informacji zapewnia także, że „raport ze spożytkowania dotacji z Unii Europejskiej na Cezamat zostanie przygotowany przez Politechnikę Warszawską do końca tego roku. Otrzymane środki zostały wydane na budowę i wyposażenie laboratorium”.

Okładka tygodnika WPROST: 29/2015
Więcej możesz przeczytać w 29/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także