Wyścig szalonych projektów

Wyścig szalonych projektów

Ministrowie wybierani przez internet, kadencyjność posłów, okrągłe karty do głosowania, zakaz publikowania sondaży przed wyborami – to nie żarty, tylko zupełnie poważne pomysły poważnych polityków.

Mirosław Pluta z PO na ostatnim posiedzeniu Sejmu w ramach oświadczeń poselskich rzucił pomysł, żeby do rządu można było powołać ministra ds. młodzieży i imigracji. Mieliby go wybierać internauci spośród zgłoszonych kandydatów i to oni pod koniec każdego roku ocenialiby jego działalność. W przypadku negatywnej oceny premier byłby zobowiązany do odwołania ministra. – Poddałem ten pomysł ocenie dużej grupy młodych ludzi i wszyscy powiedzieli to samo: nareszcie mielibyśmy możliwość pokazania, czego chcemy, i mielibyśmy kogoś, kto by nas tutaj reprezentował – przekonywał poseł PO. Zabił tym prawdziwego ćwieka swoim kolegom klubowym. 

– Może wpisuje się on w dzisiejsze oczekiwania społeczeństwa doby internetu, ale mnie nie przekonuje – mówi niepewnie poseł Platformy Waldy Dzikowski. – Są pewne zasady dotyczące powoływania władz. Może kiedyś dojdziemy do wybierania ministrów przez internet, ale na razie nie jestem za wprowadzeniem wyborów przez internet. Jeszcze bardziej sceptyczny jest Antoni Mężydło. – Znając opinie społeczeństwa o politykach, jestem pewien, że taki minister co roku byłby odwoływany, nawet gdyby był cudotwórcą – mówi. – Jeżeli o taki rodzaj igrzysk nam chodzi, to życzę powodzenia.

Nieustanna wymiana posłów

Mirosław Pluta nie jest jedynym, który tanimi hasłami chce się przypodobać wyborcom. Ryszard Petru, założyciel partii NowoczesnaPL, proponuje z kolei, by każdy poseł mógł zasiadać w Sejmie najwyżej dwie lub trzy kadencje. Warto dodać, że Petru jeszcze nigdy posłem nie był. Jest jednak przekonany, że takie rozwiązanie ograniczy korupcję, nepotyzm, wpływy lobbystów, tani populizm i pokusę rozdawnictwa. – A poza tym politycy co jakiś czas przypomną sobie, jak wygląda realny świat – przekonuje Petru.

Fakty są takie, że obywatele już dziś często odsyłają posłów do realnego świata. Na przykład w obecnym Sejmie jest 137 osób bez stażu parlamentarnego, a kolejnych 114 zasiada w nim dopiero drugą kadencję. Zaś dinozaurów politycznych, którzy aż siedem razy zdobyli mandat, jest zaledwie czterech, a więc kasta zawodowych dożywotnich polityków, którą chciałby rozgromić Petru, jest dosyć wąska. Wiadomo zaś, że gdyby scena polityczna co kilka kadencji musiała ulec całkowitej wymianie, a najpopularniejsi posłowie byliby odsyłani na polityczną emeryturę, to nowym ugrupowaniom, takim jak NowoczesnaPL, byłoby łatwiej się na nią wedrzeć. Petru nie kryje zresztą, że to jest jeden z celów jego pomysłu, by otworzyć drogę do Sejmu nowym ludziom. Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, wątpi w sensowność tego pomysłu. – Mnie też nie podoba się breżniewizacja naszej polityki, oglądanie stale tych samych twarzy – zaznacza. – Ale wymagałoby to zmiany konstytucji i zapewniłoby nam nieustanną rewolucję na scenie politycznej, a stabilność jest jedną z podstawowych zasad ustrojowych.

Kandydaci na okrągłej liście

Janusz Palikot, lider Twojego Ruchu, wpadł na pomysł, żeby karty do głosowania były okrągłe, a nie prostokątne. W ten sposób żadna z partii nie byłaby na uprzywilejowanej pozycji, otrzymując listę nr 1, a więc nie znalazłaby się na pierwszej stronie książeczki wyborczej. Miałoby to zmusić wyborców do poszukania na liście tego polityka, który im najbardziej odpowiada. – Jest to jakiś pomysł, żeby wszyscy kandydaci byli równi i nikt nie bił się o jedynkę – wyjaśnia Kazimiera Szczuka z Twojego Ruchu.

Przyznaje jednak, że gdyby sama kandydowała do Sejmu, to byłoby jej wszystko jedno, czy zostałaby jedynką na normalnej karcie do głosowania, czy jednym z wielu nazwisk na liście okrągłej. – Mam rozpoznawalne nazwisko, więc w każdej sytuacji dałabym sobie radę – zaznacza. Ale ten pomysł podaje w wątpliwość inteligencję wyborców. Na normalnej, prostokątnej karcie do głosowania również mogą oni postawić krzyżyk przy dowolnym nazwisku i wybrać polityka z dalszych miejsc na liście. Przykładów jest wiele. W 2009 r. PO w wyborach do Parlamentu Europejskiego wystawiła na jedynce na Podkarpaciu Mariana Krzaklewskiego, byłego szefa Solidarności, twórcę AWS. Ten jednak przegrał. Tadeusz Cymański, będąc jeszcze w PiS, pozbawił w 2009 r. mandatu europosłankę Hannę Foltyn-Kubicką, która zajmowała pierwsze miejsce na pomorskiej liście partii. Józef Zych z PSL pokonał w wyborach do Sejmu w 2011 r. Jolantę Fedak, byłą minister pracy, a Krystyna Łybacka z SLD w tym samym roku bez najmniejszego trudu zabrała mandat Waldemarowi Witkowskiemu, przewodniczącemu Unii Pracy. Wyborcy wiedzą więc, na kogo głosują.

PSL i SLD boją się sondaży

Ludowcom od lat nie podobają się badania preferencji politycznych, bo zwykle wypadają w nich słabo. Janusz Piechociński, prezes PSL, liczy na 12 proc. poparcia w jesiennych wyborach. Te oczekiwania stoją w jaskrawej sprzeczności z wynikami badań. Z tych bowiem wynika, że ludowcy balansują na granicy progu wyborczego. Socjologowie przyznają, że PSL jest zwykle niedoszacowane w sondażach, ale dla polityków tej partii to za mało. Chcieliby zakazać publikowania sondaży w ostatnim tygodniu przed wyborami. Ostatnio dołączyli do nich politycy SLD, którzy uważają, że nawet dwutygodniowa cisza sondażowa nie byłaby zła. – To by zmusiło duże partie do prowadzenia kampanii programowej, a nie tylko zamawiania sondaży, które są bardzo sugestywne – twierdzi Dariusz Joński z SLD. Stosowny projekt ustawy został złożony w Sejmie w 2014 r., ale utknął w komisjach. Zabawne jest jednak to, że politycy PSL dziś się od niego dystansują.

– W dobie internetu i tak wszystko jest jawne – mówi Piotr Zgorzelski z PSL. – W ostatnich wyborach prezydenckich podczas ciszy wyborczej krążyły przecież informacje w sieci, że krakowska stoi lepiej od myśliwskiej, co oznaczało, że Andrzej Duda z Krakowa wygrywa z zapalonym myśliwym Bronisławem Komorowskim. – Od powagi do śmieszności jest tylko jeden krok – komentuje wszystkie propozycje Wojciech Jabłoński. – Przypomina mi się stary pomysł Samoobrony, która chciała ustawowo nakazać jazdę czystym samochodem, bo kierowca umytego auta jest mniej awanturujący się. Według niego wszystkie te pomysły ustrojowe niby mają poprawić sytuację na scenie politycznej, ale gdyby je zrealizować, to byłoby tylko gorzej. – Nie można zasad ustrojowych zmieniać jak zegarków czy fryzur w zależności od mody – konkluduje politolog. ■

©℗ Wszelkie prAWA ZASTrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 30/2015
Więcej możesz przeczytać w 30/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także