Ambasady na sprzedaż

Ambasady na sprzedaż

Wszystko zależy od tego, kto zbierze więcej pieniędzy na kampanię urzędującego prezydenta. Handel nominacjami ambasadorskimi w USA ma długą tradycję, a Barack Obama obficie z niej czerpie.

Warszawa ma szczęście, że nie jest uważana w Waszyngtonie za atrakcyjną placówkę dyplomatyczną. Przeciwnie, to trudny, frontowy teren na pograniczu NATO, z agresywną Rosją, wojną na Ukrainie, nierozwiązanym problemem ruchu bezwizowego i tykającą bombą z opóźnionym zapłonem w postaci pożydowskiego mienia, którego zwrotu domagają się żydowskie organizacje w USA. To wszystko powoduje jednak, że na placówkę do Warszawy trafiają zazwyczaj doświadczeni zawodowi dyplomaci. Tacy jak Paul Jones, kandydat na następcę ambasadora Stephena Mulla. Pierwsze kroki w Departamencie Stanu stawiał w czasie wojen w Jugosławii, potem pracował w Pakistanie i Afganistanie. Został odznaczony za udział w zduszeniu islamskiej rebelii na południu Filipin. Słowem, jest jednym z tych frontowych dyplomatów posyłanych przez USA w trudne rejony. Mogło nam się jednak trafić znacznie gorzej, bo Stany Zjednoczone to jedyny rozwinięty kraj świata, który praktykuje handel placówkami dyplomatycznymi, dając nominacje ambasadorskie tym, którzy zbiorą najwięcej pieniędzy na kampanie wyborcze rządzącej aktualnie partii. Praktyka ta ma w USA bardzo długą tradycję.

Towar jak każdy inny

Charles Guiteau nie był wcale lepszym ani gorszym kandydatem na ambasadora niż jego poprzednicy reprezentujący USA za granicą. Prawnik był z niego marny, kaznodzieja jeszcze gorszy. Wydawany przez niego w Hoboken periodyk „Daily Theocrat”, czyli „Teokrata Codzienny”, zbankrutował, a praktykująca wolną miłość chrześcijańska sekta Oneida Community wygnała go ze swoich szeregów. Kobiety z Oneida za nim nie przepadały, przezywając go złośliwie Charles Getout, czyli Karol Wynocha. Zdesperowany Guiteau wziął się do polityki, pisząc pamflet wspierający republikańskiego kandydata na prezydenta Jamesa Garfielda, który w 1880 r. niewielką przewagą głosów wygrał wybory. Guiteau był przekonany, że wydany własnym sumptem tekst, który rozesłał do grupki kongresmenów, przeważył szalę zwycięstwa na stronę Garfielda, i zaczął domagać się nagrody za swoje zasługi. W tamtych czasach Biały Dom był otwartym miejscem. Każdy mógł przyjść do prezydenta i złożyć petycję o przyjęcie do służby publicznej. Guiteau chciał został ambasadorem w Wiedniu, a gdy mu odmówiono, zaproponował, że może chociaż w Paryżu.

Odesłany znów z kwitkiem wstał 2 lipca 1881 r. o świcie, wypastował starannie buty i udał się na dworzec kolejowy. W poczekalni strzelił do czekającego na pociąg Garfielda, a potem ruszył w kierunku czekającego na niego pod dworcem powozu, który miał go zawieźć na policję. W drzwiach wpadł jednak w ręce konstabla Patricka Kearneya, który był tak podekscytowany złapaniem zamachowca, że zapomniał go rozbroić. Guiteau nie stawiał zresztą oporu. Zamachowcem okazał się równie kiepskim jak kandydatem na ambasadora.

Rany, jakie zadał Garfieldowi, okazały się powierzchowne. Gdyby nie bezmyślni lekarze, którzy brudnymi palcami je rozgrzebali, powodując rozległe zakażenie i śmierć prezydenta, Garfield wylizałby się w ciągu kilku dni. Amerykanie nie pomyśleli jednak wtedy, żeby zmienić system wysyłania na placówki dyplomatyczne. Stany Zjednoczone miały dyplomację w głębokim poważaniu, uważając ją za relikt imperialnej polityki brytyjskiej. Przez pierwsze sto lat istnienia USA przedstawicieli dyplomatycznych nie nazywano nawet oficjalnie ambasadorami, wysyłając na placówki wyłącznie tych, którzy zapłacili za ten zaszczyt.

Paradoksalnie – wzorowano ten system na znienawidzonej brytyjskiej armii, gdzie od stuleci można było sobie kupić stopień i przydział wojskowy. W armii USA zwyczaj ten zarzucono dopiero po wojnie secesyjnej, gdy Daniel Sickles, który dostał stopień generalski za wsparcie kampanii wyborczej Lincolna, doprowadził do zagłady III Korpusu Armii Potomaku podczas bitwy pod Gettysburgiem. W dyplomacji nic się nie zmieniło aż do końca XIX w., gdy Stany Zjednoczone wyparły Hiszpanię z Karaibów i Filipin i wypłynęły na szersze międzynarodowe wody. Wtedy zaczęto tworzyć profesjonalną dyplomację, dbając jednak przy tym o zachowanie zasad wolnego rynku, zgodnie z którymi placówka dyplomatyczna może być takim samym towarem na sprzedaż jak ropa czy węgiel. Gdzieś w okolicach drugiej wojny światowej utarło się, że Departament Stanu wystawia na sprzedaż około 30 proc. stanowisk w dyplomacji.

Cennik ambasad

Jest taka anegdota dotycząca admirała Horacia Rivery, pierwszego Latynosa na tak wysokim stanowisku, który dowodził US Navy w czasie wojny koreańskiej, blokował Karaiby podczas kryzysu kubańskiego, a potem wziął jeszcze udział w wojnie wietnamskiej. Podczas jednego z przyjęć w Waszyngtonie zasłużony admirał przyznał, że po przejściu na emeryturę chciałby zostać ambasadorem w Hiszpanii, na co doświadczony dyplomata Ronald Spiers odpowiedział: „To może ja, jak przejdę na emeryturę, zostanę dowódcą Siódmej Floty?”. Fakt, że admirał wcale się nie śmiał, wiele mówi o kluczu, wedle którego obsadza się amerykańskie placówki. Podział jest jasny: Europa Zachodnia, Karaiby i Ameryka Łacińska to synekury, zarezerwowane dla ambasadorów z politycznego i towarzyskiego klucza. Tam są konfitury, łatwe życie w splendorze namiestnika imperium. Do dyspozycji szczęśliwców, którzy załapali się na lukratywne placówki, jest londyński Winfield House, rezydencja ustępująca okazałością jedynie królewskiemu pałacowi Buckingham. Podobnie jest w Rzymie, gdzie ambasador USA zajmuje XVI-wieczną Villa Taverna z piwnicą wypełnioną kolekcją 5 tys. butelek najprzedniejszych win.

Dla zawodowych dyplomatów przeznaczone są ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego USA, choć mało prestiżowe placówki w Europie Wschodniej, na Bliskim Wschodzie czy w Afryce. Statystyki AFSA (American Foreign Service Association) to potwierdzają. W ciągu ostatnich 60 lat aż 72 proc. ambasadorów w Europie Zachodniej i Ameryce Łacińskiej to byli kandydaci, którzy zapłacili za swoje nominacje. W Afryce i na Bliskim Wschodzie odwrotnie – 86 proc. przedstawicieli to byli zawodowi dyplomaci. Oczywiście kupczenie placówkami nie sprowadza się do prymitywnego systemu łapówek, jak w krajach postsowieckich czy bananowych republikach. Kluczem jest wysokość wpłat na kampanie aktualnie rządzącej administracji, zarówno tych indywidualnych, jak i grupowych, mierzonych w dotacjach przekazywanych komitetom wyborczym poszczególnych kandydatów. Profesor Dennis Jett, były dyplomata i wykładowca Pennsylvania State University, sporządził nawet szczegółowy cennik poszczególnych placówek, zwracając uwagę, że organizatorzy grupowych zbiórek pieniędzy na kampanię mają znaczne zniżki w stosunku do indywidualnych darczyńców. Rozrzut w cenach jest duży. Nic więc dziwnego, że miejsca te od lat przyciągają zamożnych kandydatów, którzy z dyplomacją nie mają wiele wspólnego.

Dyplomatołki made in USA

– Perle Mesta nie została wysłana do Luksemburga z powodu wielkich zderzaków, ale z powodu datków na kampanię – tak Richard Nixon komentował wysłanie przez prezydenta Harry’ego Trumana znanej milionerki na placówkę do Europy. Mesta, spadkobierczyni teksańskiej fortuny naftowej, która wyszła za mąż za magnata stalowego, była ważną postacią waszyngtońskiej socjety. O dyplomacji miała blade pojęcie, ale organizowała rauty, na których zbierano pieniądze na kampanię Trumana, i to wystarczyło, żeby trafić na placówkę w Europie. Ten sam Nixon także wysyłał zasłużonych darczyńców za granicę. Niejaki Vincent de Roulet, zamieszany w aferę z nielegalnym finansowaniem kampanii wyborczej znanej szerzej jako afera Watergate, chciał zostać ambasadorem w Europie, ale zamiast tego trafił na Jamajkę. Bogaty dyletant szybko zraził do siebie Jamajczyków, nazywając ich publicznie idiotami i wspierając jednego z kandydatów na premiera w zamian za obietnicę odstąpienia od nacjonalizacji kopalń boksytu. Gdy jego kandydat przegrał, de Roulet został uznany za persona non grata, a amerykańskie firmy wydobywające boksyt zostały obłożone wysokimi podatkami.

Pecha miał także John D. Lodge, ambasador USA w Argentynie w gorących latach tzw. brudnej wojny i bezwzględnych rządów junty wojskowej, którego aktywność sprowadzała się do zanudzania gości ambasady śpiewaniem broadwayowskich szlagierów. Argentyńczycy pogardzali nim i mieli go za kretyna.

Obama ZAWYża średnią

Dziś jednym z następców Lodge’a w Buenos Aires jest Noah Bryson Mamet – jego jedyną zasługą dla dyplomacji USA jest zebranie pół miliona dolarów na kampanię Baracka Obamy. Administracja obecnego prezydenta USA sprzedaje więcej ambasad niż którykolwiek z jego poprzedników, zawyżając 30-proc. średnią do ponad 50 proc. placówek.

Godną następczynią wysłanej przez Trumana do Luksemburga Perle Mesta jest Cynthia Stroum ze znanej rodziny żydowskich filantropów z Seattle, którzy szczodrze wsparli kampanię Obamy. Podobne zasługi mieli wybrani przez Obamę ambasadorzy w Danii, Belgii i Rzymie. Do Londynu trafił Louis Susman, emerytowany bankier nazywany w Waszyngtonie odkurzaczem z powodu skuteczności w zbieraniu pieniędzy na kampanię demokratów. Gdy dziennikarze pytali, jakie ma kwalifikacje, żeby reprezentować USA w Londynie, rzecznik Białego Domu odparł z uśmiechem: „Pan Susman świetnie mówi lokalnym językiem”. Na tym kabaret się nie skończył, bo wedle krążących po Waszyngtonie plotek następczynią „odkurzacza” Susmana w Londynie miała być sama Anna Wintour, legendarna szefowa amerykańskiej edycji magazynu „Vogue”, która zapewniła Obamie wsparcie świata mody i pół miliona w gotówce na kampanię. Jej kandydaturę przekreśliły przecieki o planowanej nominacji. Do Norwegii Obama wysłał magnata hotelowego George’a Tsunisa, który nie dość, że przepłacił za tę placówkę – zamiast 120 tys., o których pisze prof. Jett, Tsunis przyniósł ponad milion dolarów sztabowi Obamy – to jeszcze nie wiedział, że Norwegia jest monarchią konstytucyjną.

Patologia POd kontrolą

Oczywiście system obdarowywania zasłużonych działaczy wygodnymi posadami w dyplomacji to nie jest wyłącznie amerykańska specyfika. Wiele krajów, w tym Polska, oferuje ambasadorskie apanaże w ramach zadośćuczynienia wysłużonym ministrom i rzecznikom prasowym. I nie są to bynajmniej placówki w Ułan Bator.

Różnica polega na tym, że Amerykanie zadbali o to, żeby maksymalnie oswoić proceder, który jest nie do uniknięcia. Powody nominacji kandydatów zazwyczaj są jawne. Departament Stanu dba też o komfort zawodowego personelu, którego wyszkolenie pochłonęło przecież miliony dolarów z kieszeni podatników. Ustanowiono także system dorocznych kwestionariuszy, które pracownicy ambasad muszą obowiązkowo wypełniać, odpowiadając na pytania o poziom zarządzania placówką i panującą tam atmosferę. W razie stwierdzenia nieprawidłowości centrala w Waszyngtonie wysyła lotne grupy kontrolne, których wizyty kończą się zazwyczaj odwołaniem szefa placówki. Ten los spotkał Cynthię Stroum, która urządziła w Luksemburgu takie piekło, że pracownicy spokojnej placówki woleli zgłaszać się na ochotnika do pracy w Kabulu czy Bagdadzie, byle nie mieć do czynienia z taką szefową.

amatorZY i ZAWOdOWCY

Szkody, jakie może wyrządzić nieudolny ambasador w Luksemburgu, są niewielkie i sprowadzają się do zakwestionowania zwrotu pieniędzy za remont rezydencji i zakup nowego materaca. Wysłana do Japonii córka zamordowanego prezydenta Johna F. Kennedy’ego może co najwyżej irytować Japończyków obroną delfinów na Twitterze. Jednak gorzej, gdy polityczni nominaci trafiają na frontowe placówki. – Mamy zdecydować, czy na ambasadora do kraju ważnego dla naszego bezpieczeństwa narodowego wysłać kandydatkę, której jedyne kwalifikacje to produkowanie oper mydlanych i dwa miliony dolarów, jakie zebrała na kampanię demokratów – irytował się kilka miesięcy temu senator John McCain podczas przesłuchania nominowanej na ambasadora w Budapeszcie Colleen Bell, znanej głównie jako producentka tasiemcowej opery mydlanej „Moda na sukces”. Próby porównania jej do cudownego dziecka Hollywood Shirley Temple, która w dorosłym życiu została ambasadorem w Czechosłowacji i wsparła Václava Havla podczas aksamitnej rewolucji, nie na wiele się zdały. Może więc lepiej, że Polska nie dołączyła jeszcze do listy ambasad na sprzedaż i że Waszyngton wysyła do Warszawy kogoś, kto może nie udziela się za bardzo na Twitterze, ale za to wygląda na sprawnego zawodowego dyplomatę. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Okładka tygodnika WPROST: 30/2015
Więcej możesz przeczytać w 30/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także