Naukowe szalbierstwo

Naukowe szalbierstwo

Dotarliśmy do listy wstydu polskiej nauki. To prawie 200 nazwisk osób, które posługują się fikcyjnymi tytułami uzyskanymi, a często kupionymi na Słowacji. Resort nauki, choć od lat zna skalę tego zjawiska, do tej pory nie zrobił nic.

W środowisku naukowym mówi się o nich „Słowacy”. Problem jest coraz większy. Przed kilku laty to były incydentalne przypadki, padki, dziś zjawisko szybkiego uzyskiwania tytułów naukowych za pieniądze na Słowacji przerodziło się w fabrykę habilitacji, a nawet profesur. Zagrożona jest wiarygodność kilku dziedzin polskiej nauki. Najbardziej: pedagogiki – co czwarta habilitacja w tej dyscyplinie jest wątpliwa. Komitet Nauk Pedagogicznych PAN wielokrotnie alarmował Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W lipcu grupa naukowców, która walczy z tą patologią, wysłała kolejne, siódme już, pismo z prośbą o interwencję. Do inicjatywy dołączyły się Komitety Nauk Socjologicznych i Nauk Filozoficznych PAN. Ale problem jest szerszy. Dotyczy też nauk o kulturze fizycznej, politologii, nauk medycznych i psychologii.

Minister nauki i szkolnictwa wyższego Le- na Kolarska-Bobińska, podobnie jak wcześniej Barbara Kudrycka, nie reaguje. Pisma odbijają się od ministerstwa jak groch od ściany. A problemów przybywa. Uzyskanie tytułu naukowego profesora na Słowacji otwiera drogę do Centralnej Komisji ds. Stopni i Ty- tułów, która decyduje w Polsce o komisjach habilitacyjnych i profesurach. – Centralna Komisja dobiera recenzentów. Jeżeli dostaną się tam, będzie pozamiatane. Oni dążą do tego, żeby na słowackich habilitacjach otrzymać polskie profesury i w ten sposób uwiarygodnić swój status naukowy – mówi jeden z naszych rozmówców. Naukowcy z fikcyjnymi habilitacjami ze Słowacji zasiadają wcoraz poważniejszych i odpowiedzialnych gremiach, są nawet w Polskiej Komisji Akredytacyjnej, która czuwa nad jakością nauczania w szkołach wyższych. Jednym z nich jest ks. dr hab. Tadeusz Bąk, członek zespołu nauk społecznych i prawnych. W bazie OPI, która dokumentuje dorobek ludzi nauki, podaje on, że uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych w zakresie socjologii, specjalności: praca socjalna, socjologia wychowania w Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku. Nie jest to zgodne z prawdą, gdyż ta uczelnia nigdy nie miała prawa do habilitowania z socjologii. – Właśnie otworzył przewód na tytuł naukowy profesora na… Słowacji – mówi prof. Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. On również nie ma wątpliwości, że niektórzy habilitanci ze Słowacji używają swoich tytułów bezprawnie.

– W PKA po słowackiej habilitacji zasiada także doc. Renata Stojecka-Zuber, którą komisja zawiesiła z tylko jej znanych powodów. W bazie OPI nie ujawnia nawet, gdzie i na jakiej podstawie uzyskała habilitację. Wielu tam habilitowanych przypisuje siebie do dyscypliny nauki, której w świetle obowiązującego w Polsce prawa nie reprezentują. Ministerstwo nie raczy nawet weryfikować niezgodnych z prawem deklaracji niektórych naukowców – podkreśla Śliwerski. Co na to szef PKA prof. Marek Rocki? Bagatelizuje problem, ale przyznaje: – Mamy usterkę. To problem ułomności procedur. Tryb dochodzenia do tych habilitacji budzi wątpliwości – mówi.

Habilitac˘ na prednaska

Jak to możliwe? To dosyć prosty mechanizm. Część tytułów, które można uzyskać na niektórych uniwersytetach słowackich, jest niekompatybilna z tytułami polskimi. W uproszczeniu – na Słowacji bez większego problemu można otrzymać stopień, który w Polsce znaczy coś innego. Albo dokładniej – nic nie znaczy. To słowackie tzw. docentury dydaktyczne, czyli tytuł zawodowy. Na pewno nie naukowy. To ewentualnie odpowiednik naszego doktoratu. Zbieżność z habilitacją jest jedynie taka, że kandydaci wygłaszają „habilitačną prednaskę”, czyli wykład habilitacyjny. Po uzyskaniu takiej docentury w Polsce stają się w świetle przepisów doktorami habilitowanymi, czyli samodzielnymi pracownikami naukowymi, ze wszystkimi związanymi z tym przywilejami, czyli na przykład doktoryzowania. Na taki mechanizm pozwala źle sformułowana umowa międzynarodowa między Polską i Słowacją podpisana w 2005 r., która zrównała słowacki zawodowy tytuł docenta z polskim naukowym tytułem doktora habilitowanego. Środowisko naukowców krytycznych wobec słowackich habilitacji od dawna podejrzewa, że to nie był przypadek, ale decyzja polityczna, która „zalegalizowała produkowanie” samodzielnych pracowników naukowych dla uczelni katolickich, państwowych wyższych szkół zawodowych i niepublicznych. Tam brakowało ich najbardziej.

bez námahy

Przejrzeliśmy dziesiątki przypadków takich łatwych słowackich „habilitacji”. Z ich analizy wynika wniosek, że szczególnym powodzeniem cieszył się kierunek praca socjalna. – To jeszcze relikt z poprzedniej epoki. My to nazywamy modelem sowiecko-bułgarskim. Takie było wtedy zapotrzebowanie – mówi jeden z profesorów. Na słowacką docenturę z pracy socjalnej decydowali się nawet lekarze, jak na przykład neurolog dr Barbara Błaszczyk, która uzyskała ją w 2009 r. W OPI, czyli systemie informacji o dorobku polskich uczonych, można przeczytać, że jest doktorem habilitowanym w dyscyplinie nauk medycznych. Nie ma tam słowa na temat tego, że jej „habilitacja” dotyczyła obszaru nauki, który nie miał nic wspólnego z medycyną. Doktorem habilitowanym nauk medycznych tytułują ją też branżowe portale oceniające jakość pracy lekarzy. Błaszczyk twierdzi, że na wpis w OPI nie miała wpływu, gdyż to nie ona umieszczała tam informacje na swój temat. Dodaje, że ma prawo posługiwać się tytułem doktora habilitowanego, więc to robi.

– To szalbierstwo naukowe – ocenia jednoznacznie prof. Marek Konopczyński, rektor Pedagogium – Wyższej Szkoły Nauk Społecznych. – To tak, jakbym napisał, że jestem profesorem nauk medycznych w specjalności resocjalizacja, i na tej podstawie był dopuszczony do wykładów na uniwersytecie medycznym. Zostałbym uznany za oszusta. Co ciekawe, takich łatwych „habilitacji” nie uznają sami Słowacy. Prawdziwą habilitację, porównywalną z polską, nadaje Słowacka Akademia Nauk. Ale do tej pory żaden Polak nie skorzystał z takiej możliwości. Bo o wiele łatwiej jest uzyskać pseudohabilitację. Do uzyskania słowackiej docentury co prawda trzeba mieć tzw. dorobek naukowy, np. cytowania za granicą, ale wykazywane przez Polaków artykuły wydane w krajowych czasopismach – z tego tytułu, że postępowanie jest na Słowacji – są tam traktowane jako zagraniczne. Ba, nikt tam nie sprawdza, że niektórzy polscy naukowcy przedkładali jako monografię naukową wydaną w kraju swoją pracę doktorską.

Co więcej, na Słowacji nie ma obowiązku przedkładania do oceny rozpraw w języku słowackim. Wystarczy, że zawierają one streszczenie po słowacku. Zamiast monografii naukowej można przedłożyć do oceny zbiór artykułów opatrzony komentarzem. Monografią może być podręcznik akademicki czy szkolny, praca metodyczna, materiały czy pomoce dydaktyczne itp. W Polsce nie są one traktowane jako materiały naukowe, więc polskie środowisko akademickie nie akceptuje takiego dorobku kolegów, którzy dyplomy przywieźli ze Słowacji. O ich jakości świadczą recenzje, do których udało nam się dotrzeć. Można tam znaleźć takie odkrycia naukowe: „Autorka słusznie przyjęła w pracy tezę, że profesjonalizacja roli zawodowej pracownika socjalnego wiąże się z koniecznością rozwoju duchowego, gdyż »narzędziem pracy« w tym zawodzie jest osobowość”.

Žalostné a smutné

Farsą są też kolokwia habilitacyjne. Słowacy z komisji nie znają polskiego. Polacy – słowackiego. Habilitacje przebiegały więc w atmosferze braku rozumienia. Ale w niczym to nie przeszkadzało. Wystarczyło mówić dużo i płynnie, co zaświadczało, że kandydat na docenta jest dobrze przygotowany – opowiada profesor. Dobrze podsumował to jeden ze Słowaków: „niekiedy je to žalostné a smutné”.

Większość takich sytuacji miała miejsce na Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku. Często zdarzały się tam przypadki, że rozprawa habilitacyjna to po prostu przekopiowana polska praca doktorska pod trochę zmienionym tytułem. Tak w Wikipedii opisana jest kariera naukowa rektora Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie – Pawła Czarneckiego, którego Słowacy mianowali już profesorem nauk społecznych. W 2003 r. na UKSW broni pracę magisterską „Geneza, rozwój i działalność Kościoła starokatolickiego w Polsce w okresie międzywojennym”. Rok później na Chrześcijańskiej Akademii

Teologicznej doktorat: „Geneza, rozwój i skutki rozłamu w Starokatolickim Kościele Mariawitów w roku 1935. Studium teologiczno-historyczne”. Potem Czarnecki karierę naukową przenosi na Słowację. Habilitację robi w 2006 r. na wydziale teologicznym Katolickiego Uniwersytetu w Rużomberku. Jej tytuł: „Geneza, rozwój i działalność Starokatolickiego Kościoła Mariawitów w Polsce w latach 1893-1935”, by w końcu w 2014 r. zdobyć profesurę na innej katolickiej słowackiej uczelni w Bratysławie, imienia św. Elżbiety, na wydziale zajmującym się pracą socjalną. Równolegle w 2009 r. robi jeszcze habilitację na filozofii uniwersytetu w Preszowie o tematyce „Etyka mediów”. Warto dodać, że polska Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów sprawdza, czy Czarnecki w swoim doktoracie nie dopuścił się plagiatu. On sam zapewnia, że wszystkie jego tytuły uzyskał zgodnie z polskim prawem.

Imponujące w Rużomberku było także tempo habilitacji. Zdarzało się, że jednego dnia odbywały się trzy postępowania. Ks. prof. Jan Zimny z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w 2005 r. kończy studia magisterskie z pedagogiki na KU w Rużomberku, rok później w kwietniu na wydziale pedagogicznym tej samej uczelni broni doktorat, a w czerwcu ma już habilitację. – Wyjechałem na Słowację, ponieważ nie doczekałem się możliwości, by w Polsce można było robić karierę naukową z wychowania katolickiego w ramach pedagogiki, materiały do habilitacji zbierałem od kilkunastu lat – tłumaczy swoją decyzje oraz tempo zdobywania kolejnych tytułów. Co ciekawe, tematyka jego prac dotyczy wychowania katolickiego, które w Polsce zaliczane jest do teologii i wykładane na wydziałach teologicznych, a nie pedagogicznych. Nie przeszkadza to jednak prof. Zimnemu przedstawiać się jako profesor w dziedzinie pedagogiki, choć na stronie prezydenta Słowacji figuruje on jako profesor katechetyki „náboženskej výchovy”.


C˘ IERNA KASA

Do rangi anegdoty w środowiskach pedagogicznych urosła próba wymuszenia przez dwóch świeżo upieczonych na Słowacji docentów własnej katedry. Chodzi o dwójkę byłych już pracowników Uniwersytetu Szczecińskiego, Ewę Ryś oraz Karola Mauscha (oboje docentury zdobyli na kierunku praca socjalna, tytuł rozprawy Ryś brzmiał „Duchowość w aspekcie pracy socjalnej”, Mauscha zaś „Zdrowie w aspekcie pracy socjalnej”). – Tuż po obronie, jeszcze ze słowackimi kwitami, pojawili się na uczelni z żądaniem uznania ich za samodzielnych pracowników naukowych. Chcieli przyznania własnej katedry i możliwości prowadzenia wykładów seminaryjnych ze studentami – opowiada osoba znająca kulisy tamtych wydarzeń. Gdy władze uniwersytetu zakwestionowały ich słowackie dyplomy, Ryś i Mausch pozwali uczelnię za zniesławienie. Proces jednak przegrali. Dziś figurują jako samodzielni pracownicy nauki z tytułem profesora nadzwyczajnego w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Pile. Mausch nie chciał przez telefon odpowiedzieć na pytania dotyczące jego kariery. Ryś nie odpowiedziała na prośbę o kontakt. Katolicki Uniwersytet w Rużomberku powstał w 2000 r. Szybko stał się centrum turystyki habilitacyjnej. Na początku trzon jego kadry stanowili wykładowcy z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. – Katolickim uczelniom brakowało kadry naukowej, która jest niezbędna, by otwierać kolejne wydziały, otrzymywać uprawnienia do nadawania stopni naukowych, a tym samym zdobywać pieniądze, których ilość proporcjonalna jest do liczby studentów. – To dlatego postanowiły wyprodukować własnych profesorów – opowiada jedna z osób znających kulisy powstania słowackiej uczelni. Wystarczyło mieć 2 tys. euro. Ale to nie był pełny koszt. Jak się okazało, resztę trzeba było zapłacić pod stołem. W sumie habilitacja kosztowała prawdopodobnie około 8 tys. euro.

Proceder fikcyjnych habilitacji zaczął się wylewać do mediów w 2008 r., gdy rektorem został ks. prof. Tadeusz Zasępa. Wśród głównych podejrzanych było dwóch dziekanów: wydziału pedagogicznego Tomáš Jablonský oraz wydziału filozoficznego Marian Kuna. Rok później uniwersytet stracił prawo do habilitacji z pedagogiki. Ale prawdziwy skandal wybuchł w 2014 r. Uczelnią w Rużomberku zainteresowali się prokuratorzy, po tym jak światło dzienne ujrzały audyty przeprowadzone na uczelni na zlecenie Konferencji Biskupów Słowackich. Wyniki był druzgoczące. W latach 2010-2013 doszło do niegospodarności, złego zarządzania uczelnią, plagiatów, „sprzedawania” dyplomów doktorskich i habilitacyjnych i kształcenia studentów poza siedzibą bez spełnienia obowiązujących standardów. Odkryto również nieistniejące wydawnictwo, które rzekomo publikowało prace naukowe ubiegających się o habilitacje. Aby podnieść wiarygodność tej oficyny, zarejestrowano ją w Szwajcarii. Kontrola wykazała, że pod podanym adresem znajdowała się tylko skrytka pocztowa.

Rektor Zasępa, zanim został odwołany, ratował skórę. Twierdził, że nie miał wpływu na to, co robią dziekani poszczególnych wydziałów. – Zawsze byłem przeciwny udzielaniu tytułów osobom, które otrzymywały docentury w dyscyplinie, w której się nie specjalizowały, lub miały wątpliwy dorobek naukowy – tłumaczy ks. Zasępa. Faktem jest, że to on ujawnił poważne nieprawidłowości. Choćby to, że jeden z wymogów habilitacji, czyli publikacje naukowe niektórych docentów, były zwykłym fałszerstwem. Przyznał również, że fałszowana była dokumentacja w przewodach naukowych. O kulisach turystyki habilitacyjnej wiadomo już coraz więcej w wyniku pracy słowackiej prokuratury. Za habilitacje pobierano od Polaków (i Czechów) opłaty o 50 proc. wyższe niż regulaminowe. Różnica trafiała do funduszy i nie była księgowana. Wokół uniwersytetu nadal jest mnóstwo niejasności. Słowaccy biskupi zażądali, żeby uczelnia zakończyła współpracę z prywatnym Funduszem Ladislava Pyrkera. Prawdopodobnie to przez niego wyprowadzane były pieniądze uczelni. To tam trafiły zapewne dodatkowe kwoty pobierane od studentów, doktorantów i habilitantów. Były rektor potwierdza, że do funduszu Pyrkera wpływały nieprawnie (jak to określa) pieniądze uniwersyteckie, a wszystko działo się za wiedzą jednego z dziekanów. Słowaccy śledczy namierzyli jeszcze jedno konto, na które płynął strumień uczelnianych pieniędzy, które określili mianem „čierna kasa”.

nové pravidlá

Według słowackich mediów pracownicy uniwersytetu dobrze zarabiali na uczelnianych przekrętach. Jak informował jeden ze słowackich portali w listopadzie 2013 r., sześciu pracownikom tego uniwersytetu wypłacono w ramach premii 114 tys. euro. Katolicki Uniwersytet w Rużomberku skompromitował się ostatecznie. Ale nie oznacza to końca turystyki habilitacyjnej. Podobne „habilitacje” oferuje już Wyższa Szkoła Świętej Elżbiety w Bratysławie – oficjalnie, za 8 tys. euro. – Problem się rozszerzył na szereg innych uczelni, jak np. w Plańskiej Bystrzycy i Preszowie – mówi Konopczyński.

Na razie polskie uczelnie bronią się same, te cieszące się renomą nie zatrudniają naukowców z wątpliwymi dyplomami. Ponadto kadra nie przyjmuje zaproszeń na konferencje naukowe, gdy na liście uczestników pojawiają się „nazwiska rużomberkowskie”. Nie recenzują ich prac. Ale to są tylko półśrodki. Rząd z niezrozumiałych powodów do tej pory nie rozwiązał problemu systemowo. Dlaczego? Nieoficjalnie można usłyszeć, że obawia się reakcji episkopatu, bo w turystyce habilitacyjnej na Słowację przodują księża-naukowcy. To ma się jednak zmienić. Jak się dowiedzieliśmy, prawdopodobnie międzypaństwowa umowa ze Słowacją do końca lata ma być zmieniona. – Z urzędu będą uznawane jedynie słowackie doktoraty. Habilitacje i profesury będą musiały przejść nostryfikację – powiedział nam Łukasz Szelecki, rzecznik MNiSW. To jednak nie kończy sprawy. Dziekani wydziałów pedagogicznych uważają, że niezbędne jest przeprowadzenie analizy dorobku naukowego wszystkich doktorów habilitowanych i profesorów ze słowackimi dyplomami. ■

©℗ Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 32/2015
Więcej możesz przeczytać w 32/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 3
  • Poszkodowana IP
    A co jest warty stopie ń uzyskany w Polsce - NIC (niewiele więcej w wielu przypadkach niż stopień zdobyty na Słowacji):

    Witam, reprezentuję nauki techniczne. Ten nasz kraj jest bardzo smutny. Jest bardzo dużo habilitacji pozytywnie rozpatrzonych pomimo tego, ze habilitanci nie maja międzynarodowego dorobku naukowego. Wystarczy odpowiednio dobrać Komisję Habilitacyjną jeżeli ma się znajomości.
    Proszę sobie poczytać recenzje z nauk technicznych: zero publikacji filadelfijskich i habilitacja została nadana.

    Jeżeli nie należy się do grona kolegów nawet lepszy dorobek niż sam recenzent nie pomoże (raczej zaszkodzi) i recenzja będzie negatywna.

    Przyczyna: jest wymóg, że aby zostać profesorem trzeba być dwa razy recenzentem. Profesorowie podejmują się recenzowania chociaż nie są specjalistami w dziedzinie. Koledzy tych recenzentów, którzy są u władzy załatwiają im bycie recenzentem. Koszty są nieważne - skrzywdzi się habilitanta - kto by się tym przejął. Najważniejsze że kolega zdobędzie upragniona możliwość zostania recenzentem.
    • aASCwq IP
      to jest po prostu tragedia

      Czytaj także