Bój to jest ich ostatni

Bój to jest ich ostatni

Lewica szykuje się do ostatniego starcia pod wspólnym sztandarem. W Zjednoczonej Lewicy nie ma jednak ani miłości, ani solidarności.

Z sondaży wynika, że po jesiennych wyborach parlamentarnych w nowym Sejmie może nie być żadnej lewicowej formacji. Wymuszone rozsądkiem zjednoczenie jest więc próbą ucieczki przed czarnym scenariuszem. Nie daje to jednak gwarancji sukcesu, bo zjednoczone odgórnie szeregi darzą się szczerą niechęcią. W porozumieniu nie będzie Piotra Ikonowicza, działacza Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, ani posłanki Anny Grodzkiej. Oboje postanowili pójść własną drogą. Za burtą zostali też Biało- -Czerwoni, czyli Grzegorz Napieralski i Andrzej Rozenek.

SOJUSZ NIEZADOWOLONY

Gdy trwały jeszcze negocjacje nad wspólnymi listami, które mają być przez wszystkich sygnatariuszy porozumienia zatwierdzone w tym tygodniu, w SLD już można było usłyszeć, że ustępstwa tej partii wobec małych formacji poszły zdecydowanie za daleko. Jeden z polityków SLD opowiada, że gdy na wstępnym etapie negocjacji wszystkie małe podmioty zaczęły zgłaszać swoje postulaty dotyczące miejsc na listach, to okazało się, że w sumie chcą 42 jedynki na 41 okręgów, co oznaczało, że dla Sojuszu nie zostałoby ani jedno pierwsze miejsce. To się oczywiście zmieniło, ale i tak nasi rozmówcy uważają, że oddanie koalicjantom jedynek w Warszawie, Poznaniu, Szczecinie, Bydgoszczy i Krakowie, a więc najbardziej pewnych mandatowo okręgach, to nadmierna hojność.

– W Warszawie jedynką powinien być kandydat SLD, bo to najbardziej prestiżowe miejsce i najbardziej medialne – mówi jeden z naszych rozmówców. Polityków Sojuszu denerwuje także to, że trzecie miejsce w Poznaniu dostał Marek Siwiec, który przed rokiem porzucił SLD na rzecz Janusza Palikota. – Na SLD można pluć, można nas zdradzić, a potem i tak przyjmujemy wszystkich – narzeka jeden z polityków tej partii. Młodsi działacze uważają też, że wystawienie do wyborów posłów, którzy przekroczyli siedemdziesiątkę, a w SLD jest takich kilku, nie przystaje do potrzeby zmian wyraźnie wyczuwanej na scenie politycznej i jest niewygodne wizerunkowo. Na dodatek wśród koalicjantów panuje nieufność. Przykładowo: w próżnię trafił pomysł Marka Balta, częstochowskiego posła SLD, który zaproponował, by 33-osobowy klub SLD i 11-osobowe koło Janusza Palikota połączyły się we wspólny klub Zjednoczonej Lewicy.

– Po pierwsze pokazalibyśmy, że faktycznie się jednoczymy, bo mamy wspólny program i wspólne stanowisko w różnych sprawach – wylicza Balt. – Po drugie nazwa Zjednoczona Lewica dziś jest wirtualna, niewiele ludziom mówi, a dzięki temu prostemu zabiegowi mogłaby zostać wypromowana. Poseł SLD uważa, że warto wykorzystać te kilka miesięcy, które pozostały do końca kadencji Sejmu, aby w świadomości wyborców zakorzenić nazwę Zjednoczona Lewica. – Niestety Janusz Palikot nie zgodził się na ten pomysł – mówi rozgoryczony Balt. Dlatego część posłów Sojuszu uznała, że Palikot prowadzi własną grę, która niekoniecznie musi być korzystna dla nowej koalicji. Z kolei w mniejszych ugrupowaniach jest obawa, że SLD w ostatniej chwili wycofa się z porozumienia i pójdzie sam do wyborów.

JAWNE PŁACE

Jeżeli jednak wszystkie rafy zostaną pokonane, to przed Zjednoczoną Lewicą stoi zadanie przebicia się ze swoją ofertą do wyborców. Minimum programowe, które uzgodniono na spotkaniach w OPZZ, nie jest szczególnie oryginalne: likwidacja umów śmieciowych, obniżenie podatku dochodowego dla najmniej zarabiających, wprowadzenie podatku od transakcji, powrót do systemu emerytalnego opartego na solidarności pokoleń, darmowe leki dla najuboższych emerytów, bezpłatne żłobki i przedszkola, darmowe stołówki, gabinety lekarskie i stomatologiczne w każdej szkole publicznej, podwyżka płacy minimalnej do 50 proc. średniej krajowej, wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej. Większość tych propozycji jest już w programie PiS. Zaskakujący jest za to pomysł, aby zwiększyć opodatkowania firm do przeciętnego poziomu w Unii Europejskiej. To oznaczałoby pogrzebanie największego osiągnięcia rządu Leszka Millera. Po sprowadzeniu przez niego CIT do poziomu 19 proc. do Polski napłynęła fala zagranicznych inwestycji. Do ciekawostek programowych należy zaliczyć też postulat pełnej jawności płac urzędów publicznych oraz instytucji wykorzystujących środki publiczne, a także wsparcie dla produkcji energii ze źródeł odnawialnych i utrzymanie zakazu upraw GMO.

WALKA Z RELIGIĄ

Z taką ofertą trudno będzie przyciągnąć uwagę wyborców. Dlatego Zjednoczona Lewica dosyć mocno będzie akcentowała sprawy światopoglądowe: walkę z dyskryminacją, wprowadzenie związków partnerskich, legalizację medycznej marihuany, rozdział Kościoła od państwa, wyprowadzenie religii ze szkół. To są hasła, których nikt inny nie podniesie w kampanii. Bo jeżeli Platforma Obywatelska po raz kolejny zechce obiecywać uchwalenie związków partnerskich, to i tak nikt jej w to nie uwierzy. Zwłaszcza że kilka dni temu Sejm – również głosami PO – nie zgodził się na wprowadzenie tej kwestii do porządku obrad. Otwarte pozostaje pytanie, jaką grupę wyborców przyciągną hasła antykościelne. Profesor Kazimierz Kik, politolog z Uniwersytetu w Kielcach, uważa, że niewielką. – Polska jest konserwatywna, katolicka, stosunkowo zacofana. Taka lewica, walcząca z Kościołem i lansująca nowinki obyczajowe, do niej nie pasuje – mówi politolog. Profesor Kik powątpiewa też w autentyczną wrażliwość społeczną Zjednoczonej Lewicy, skoro nie ma w tym porozumieniu jedynego prawdziwego – jak mówi – lewicowca, czyli Piotra Ikonowicza. – W Zjednoczonej Lewicy zbyt wiele jest osób o poglądach liberalnych, a lewica o profilu liberalnym przegrywa w całej Europie – zaznacza politolog. – Zresztą program sklecono naprędce, a list nie konstruuje się, dobierając ludzi do jego realizacji, tylko patrząc, kto ile zdobędzie głosów, dlatego nie będą one wiarygodne.

Politolog uważa, że jeżeli Zjednoczona Lewica wejdzie do Sejmu, to do reszty skompromituje lewicowe idee i tylko przedłuży agonię tego środowiska. Kieleckiemu politologowi, od dawna krytycznemu wobec środowisk lewicowych, wtóruje też Anna Grodzka, która na Twitterze ogłosiła, że nie będzie jesienią kandydować do Sejmu. Według niej nowa koalicja została w zbyt dużej części zawłaszczona przez Ruch Palikota i SLD. – A więc lewicowi wyborcy, którzy do tej pory nie chcieli głosować na żadną z tych dwóch partii, nadal nie będą mieli na kogo oddać głosu – mówi posłanka w rozmowie z „Wprost”. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 33/2015
Więcej możesz przeczytać w 33/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także