Kumulacja kompromitacji

Kumulacja kompromitacji

Przez osiem lat rząd PO nie był w stanie sprawnie wprowadzić sześciolatków do szkół. Efekt? Wiele z nich rozpoczyna właśnie edukację w przepełnionych szkołach, często w trybie zmianowym. A PiS zapowiada cofnięcie reformy.

Sześcioletni syn Urszuli Tomczyk, mieszkającej przy czeskiej granicy nauczycielki edukacji wczesnoszkolnej 1 września rozpocznie swoją przygodę ze szkołą. Nie będzie to jednak placówka w Polsce. Tomczyk wybrała dla niego czeską szkołę z wykładowym językiem polskim. – Wolałam, by syn nie uczęszczał do szkoły, w której pracuję. Z kolei w rejonowej, w związku z wprowadzeniem sześciolatków, zamiast trzech klas pierwszych będzie sześć, a to oznacza pracę w trybie zmianowym, lekcje wychowania fizycznego na korytarzu czy utrudnienia w dostępie do sali komputerowej – mówi „Wprost” Tomczyk. Inaczej jest po drugiej stronie granicy. Czeskie placówki oferują małe klasy, lekcje od ósmej, pracownie przedmiotowe, a nawet możliwość wyboru obiadu w stołówce.

Marek Grycz, dyrektor Szkoły Podstawowej z Polskim Językiem Nauczania w Czeskim Cieszynie, przyznaje, że od czasu, kiedy polskie sześciolatki miały zostać objęte obowiązkiem szkolnym (pierwotnie miał to być 2012 r.), zainteresowanie Polaków ofertą jego placówki wzrosło. W sumie na Zaolziu jest około dziesięć szkół dla mniejszości polskiej, do każdej z nich od trzech-czterech lat co roku zapisywanych jest co najmniej kilkunastu uczniów z Polski. – Do tego dochodzą pojedyncze klasy dla mniejszości polskiej, otwierane są w czeskich szkołach z mniejszych miejscowości, które także cieszą się zainteresowaniem rodziców sześciolatków mieszkających w Polsce – mówi Grycz. Tomczyk przyznaje, że już na etapie rekrutacji czeski system edukacji miło ją zaskoczył. – Uczniowie zostali ocenieni pod kątem sprawności manualnych, umiejętności pracy z tablicą interaktywną i zdolności muzyczno-recytatorskich. Potem rodzice otrzymali wskazówki, nad czym powinni popracować z dziećmi, zanim te trafią do szkoły – opowiada. Dodaje, że coraz więcej jej znajomych rozważa posłanie dzieci do czeskiej szkoły. Takiego luksusu nie mają rodzice sześciolatków, którzy nie mieszkają przy czeskiej granicy. Jak wygląda polska rzeczywistość? Na przykład w jednej z placówek na warszawskiej Białołęce w tym roku będzie 18 klas pierwszych i 17 klas drugich. W Nowym Tomyślu okazało się, że brakuje miejsc dla 220 pierwszaków. Aby zapewnić im pomieszczenia do nauki, dyrekcja musiała stworzyć klasy tymczasowe w… pokoju nauczycielskim i sali do aerobiku. A to tylko dwa przykłady.

Właśnie za sprawą nadmiernej kumulacji uczniów w szkołach spora część rodziców jest przeciwna posyłaniu tam sześciolatków. Wielu robi wszystko, aby ich dziecko nie rozpoczynało w tym wieku nauki. Kierują się do poradni psychologiczno-pedagogicznych, by uzyskać odroczenie. W ubiegłym roku szkolnym, gdy po raz pierwszy starsze półrocze sześciolatków obowiązkowo pomaszerowało do szkół, na takie rozwiązanie zdecydowało się ok. 20 proc. rodziców. W tym zapewne będzie ich więcej, bo zgodnie z harmonogramem 1 września do szkół trafi młodsze półrocze siedmiolatków, a także cały kalendarzowy rocznik sześciolatków. To oznacza, że pośród nich będą dzieci, które w chwili rozpoczynania nauki będą miały ukończone dopiero pięć lat. To dlatego opór społeczny wobec reformy obniżającej wiek szkolny jest wciąż tak duży i według niektórych szacunków do szkół nie pójdzie nawet trzecia cześć rocznika sześciolatków.

PiS zapowiada zmiany

Prezydent Andrzej Duda zaapelował do Senatu o przeprowadzenie referendum m.in. w tej sprawie. Polacy mieliby odpowiedzieć na pytanie, czy są za zniesieniem obowiązku szkolnego sześciolatków i przywróceniem obowiązku szkolnego od siódmego roku życia. W ubiegłym tygodniu „Fakty” TVN opublikowały wyniki sondażu, z którego wynika że aż 75 proc. badanych jest zdania, że edukacja szkolna powinna rozpoczynać się w wieku siedmiu lat. Niezależnie, czy referendum się odbędzie, czy nie, politycy PiS zapowiadają, że po zwycięskich wyborach zniosą obowiązek szkolny dla sześciolatków. – Stosowne zmiany prawa są już gotowe – zapewnia „Wprost” Sławomir Kłosowski poseł PiS i były wiceminister edukacji.

Co zamierza zmienić jego partia? Od 2016 r. o tym, czy sześcioletnie dziecko pójdzie do szkoły, będzie decydował rodzic. Ale jeszcze w tym roku, jeżeli PiS wygra wybory, rodzice dostaną możliwość cofnięcia sześciolatka ze szkoły do przedszkola. Wystarczy do tego ich decyzja, a nie, jak to jest teraz, orzeczenie z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Co więcej, na taki ruch będą mogli zdecydować się przez cały rok szkolny, a nie, jak obecnie, do końca grudnia. PiS chce też zmienić tryb kształcenia w zerówkach. – Mamy gotowe zmiany w podstawie programowej, które przywracają w tych oddziałach naukę czytania i pisania. Obecne regulacje wywierają na rodziców presję i zmuszają ich do posyłania dzieci do szkół, bo pozostawiając sześciolatka w zerówce, de facto ograniczają jego dostęp do nauki – wyjaśnia Kłosowski.

To miał być łatwy temat

Reforma obniżająca wiek szkolny to chyba największa porażka ośmiu lat rządów PO. Towarzyszące jej emocje nie gasną od 2008 r. Nie poradziły sobie z nią trzy kolejne szefowe ministerstwa edukacji: Katarzyna Hall, Krystyna Szumilas oraz Joanna Kluzik-Rostkowska. Jak doszło do tej kompromitacji? Odpowiada jeden z ekspertów pracujących nad tą reformą: – Prace ruszyły natychmiast po zwycięskich dla PO wyborach w 2007 r. Temat wydawał się prosty, bo hasło obniżenia wieku szkolnego miały w programach wszystkie duże partie, które dostały się wtedy do parlamentu – mówi. Dodaje, że sześciolatki w szkołach nie wydawały się tematem drażliwym, bo Polacy byli z tym oswojeni de facto od lat 70. XX w., gdy pojawiły się jeszcze nieobowiązkowe zerówki (obowiązkowe stały się w 2003 r. za sprawą Krystyny Łybackiej z SLD). Polacy byli przyzwyczajeni, że dzieci w tym wieku uczą się pisać i czytać oraz poznają matematykę.

Plan Katarzyny Hall był taki, aby tę obowiązkową zerówkę przenieść do szkoły i nazwać pierwszą klasą. W założeniach standard nauki w niej miał być identyczny jak w przedszkolach, czyli dwie nauczycielki, klasa z osobnym miejscem do zabawy, trzy posiłki i wydłużony czas pracy, tak aby rodzice mieli możliwość odebrać dziecko nie ze szkolnej świetlicy, ale wprost z klasy. Chęć posłania sześciolatków do szkół Hall ogłosiła już w lutym 2008 r. Zaplanowano, że we wrześniu 2009 r. do pierwszej klasy trafi cały rocznik sześcio- i siedmiolatków. Na zachętę pierwszacy mieli dostać darmowy komplet podręczników, a szkoły 347 mln zł od Ministerstwa Edukacji na przygotowanie się do przyjęcia młodszych uczniów.

Wtedy na scenie pojawili się Karolina i Tomasz Elbanowscy, którzy w akcji „Ratuj Maluchy” zebrali 60 tys. głosów przeciw reformie obniżającej wiek szkolny. Hall ustąpiła. – To nie była jeszcze tragedia. Posłanie dwóch roczników w 2009 r. groziło nadmierną kumulacją, dlatego postanowiono, że reforma będzie rozłożona na trzy lata 2009-2011. W tym czasie do każdego rocznika siedmiolatków miała obowiązkowo dołączać część dzieci sześcioletnich, by w efekcie w 2012 r. do pierwszej klasy poszły już tylko sześciolatki – mówi nasz informator. Tak się jednak nie stało. Senat w trakcie nowelizacji prawa dodał poprawkę, że w latach 2009- 2011 o posyłaniu sześciolatków do szkół będą decydować rodzice.

ZIMNY PRYSZNIC

Był to efekt problemów finansowych z początku 2009 r., gdy w związku z kryzysem gospodarczym MEN w ramach oszczędności zmniejszyło kwotę przeznaczoną na dostosowanie szkół z 347 mln zł do zaledwie 40 mln zł, nie było już też mowy o darmowych podręcznikach dla pierwszaków. Ponownie nasz rozmówca: – Mimo to w MEN panowało przekonanie, że reforma zrobi się sama. Szacowano, że już w pierwszym roku 20-30 proc. rodziców zdecyduje się posłać sześciolatki do szkół. W każdym kolejnym miało być tylko lepiej. Zimnym prysznicem dla MEN był wrzesień 2009 r., gdy do pierwszych klas poszło mniej niż 5 proc. sześciolatków. Rok później zamiast 50 proc. jak planowało MEN – mniej niż 10 proc. W 2011 r., kiedy rodzice po raz ostatni mogli zadecydować – niewiele ponad 19 proc. Taka sytuacja groziła katastrofą. Oznaczała bowiem, że rok później obowiązkiem szkolnym zostanie objętych 660 tys. dzieci, blisko dwa razy więcej niż w latach ubiegłych. Rząd więc się wycofał.

Zmiany wprowadzała już nowa minister edukacji Krystyna Szumilas. Rodzice dostali kolejne dwa lata wolnego wyboru. Obowiązek szkolny dla sześciolatków przesunięto na 2014 r. To kolejne dwa stracone lata. Szumilas nie potrafiła ani stworzyć skutecznej kampanii promującej tę reformę, ani rozsądnego, finansowanego chociażby ze środków unijnych programu, który realnie wspomógłby samorządy w dostosowaniu szkolnej infrastruktury do młodszych dzieci. Zresztą oba te błędy obciążają także jej poprzedniczkę. W 2013 r. pod obywatelskim wnioskiem o referendum dotyczącym m.in. obniżenia wieku szkolnego podpisało się już blisko milion obywateli. Zebrane przez stowarzyszenie Elbanowskich „Rzecznik Praw Rodziców” głosy w listopadzie tegoż roku Sejm wyrzucił do kosza. Jednak kilkanaście dni po tym głosowaniu posadę ministra edukacji straciła Szumilas, a jej miejsce zajęła Joanna Kluzik-Rostkowska. Nowa minister wprowadziła kolejne zmiany reformy. Przede wszystkim obowiązek wejścia sześciolatków do szkół rozłożono na dwa lata. We wrześniu 2014 r. do szkół wraz z siedmiolatkami trafiło tylko starsze ich półrocze. Młodsze, już jako siedmiolatki, wraz z całym rocznikiem sześciolatków ma pójść do szkoły we wrześniu tego roku. MEN dało także rodzicom możliwość odroczenia tego obowiązku, czy cofnięcia dziecka ze szkoły do przedszkola.

Mimo tego ukłonu w stronę rodziców wielu z nich nadal nie udało się przekonać. Rząd jednak stoi twardo na swoim stanowisku i po raz kolejny sięga po manipulację, przekonując społeczeństwo do reformy. Dwa tygodnie temu premier Kopacz stwierdziła, że 90 proc. rodziców którzy posłali sześciolatki do szkół, jest zadowolonych z tej decyzji. Nie dodała jednak, że chodzi o tych rodziców, którzy mogli o tym sami zadecydować. Z kolei MEN, na podstawie tegorocznego sprawdzianu szóstoklasistów, przekonuje, że sześciolatki, które rozpoczęły naukę w 2009 r., wypadły na nim lepiej niż dzieci siedmioletnie. Tu też zabrakło informacji, że wyniki całego rocznika siedmiolatków zostały porównane z wynikami niespełna 5 proc. rocznika sześciolatków, który w tym roku na życzenie rodziców rozpoczął naukę.

KTO MA JAKIE DZIECI

Apologetom reformy obniżającej wiek szkolny argumenty merytoryczne najwyraźniej już się skończyły i sięgają po takie jak prof. Jerzy Vetulani, który napisał: „Sześciolatki niezdolne do rozpoczęcia nauki są albo niedorozwinięte, albo chore, albo leniwe, albo głupio chowane. Współczujmy rodzicom”. W podobnym tonie zaatakowała też Elbanowskich Ewa Wanat, redaktor naczelna jednej z anten Polskiego Radia: „Dlaczego polskie sześciolatki są głupsze od rówieśników z Włoch, Francji i Niemiec? A może tylko państwu Elbanowskim rodzą się takie nierozgarnięte dzieci?”.

Prof. Krzysztof Konarzewski, były pracownik Instytutu Badań Edukacyjnych, uważa, że rząd PO nie poradził sobie z reformą. – Były ogromne środki unijne, po które można było sięgnąć by we współpracy z samorządami przygotować szkoły na przyjęcie młodszych dzieci – mówi. Wskazuje rozwiązanie, które może ocalić reformę. – Z przeprowadzonych przeze mnie badań osiągnięć kilkuset tysięcy uczniów z różnych państw wynika, że optymalny wiek do rozpoczęcia nauki to sześć i pół roku. Obejmijmy więc obowiązkiem szkolnym, na wzór np. Niemiec, tylko starszą połowę rocznika sześciolatków. Dajmy też rodzicom możliwość odroczenia tego obowiązku – proponuje. Na razie MEN boi się czegoś innego. Bardziej interesuje ich komfort pedagogów niż uczniów. Kluzik-Rostkowska alarmuje, że jeśli reforma będzie odroczona i w przyszłym roku do szkół nie trafi pełen rocznik sześciolatków, to pracę straci wielu nauczycieli. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Czytaj również:

Raport „Powrót do szkoły” z 35 numeru, który znajdziesz w archiwum wydań na wprost.pl

SKUTKI ZMIAN

Jeśli PiS przywróci obowiązek szkolny od siedmiu lat, zapłacą za to aż cztery roczniki dzieci. Co muszą wiedzieć rodzice?

SZEŚCIOLATKI. Będą w najlepszej sytuacji. Ich rodzice przez cały rozpoczynający się rok szkolny będą mogli cofnąć dziecko ze szkoły do przedszkola. To może być dobre rozwiązanie, bo o ile szkoły w tym roku będą bardzo zatłoczone, to w wielu miejscach w Polsce są jeszcze wolne miejsca w przedszkolach. W przyszłym roku te dzieci rozpoczną naukę w szkole w o wiele mniej licznych klasach. Trafia do nich bowiem tylko część rocznika wówczas już siedmiolatków i te sześciolatki, których rodzice zdecydują się na takie rozwiązanie.

CZTERO- I PIĘCIOLATKI. Im będzie trudniej. Za rok gminy będą musiały zagwarantować miejsce w zerówkach całemu rocznikowi wtedy już pięciolatków i tym sześciolatkom, które nie pójdą do szkół. Może być konieczna praca przedszkoli na zmiany i opieka nad dzieckiem tylko przez pięć godzin w ramach realizacji obowiązkowej podstawy programowej. Rodzice dzieci wtedy sześcioletnich powinni rozważyć, czy nie lepiej posłać je do szkół.

TRZYLATKI. Rodzice obecnych trzylatków, a za rok czterolatków, którym zgodnie z prawem należy się miejsce w przedszkolu, muszą się liczyć z tym, że ze względu na przepełnienie przedszkoli ich dziecko może mieć zapewnione tylko pięć godzin opieki.


Mity o nauce sześciolatków

Mit 1.

Powszechny obowiązek szkolny dla sześciolatków jest normą w większości krajów europejskich. Gdy minister Szumilas wypowiada te słowa, tylko w 13 z 27 krajów UE ich odsetek w systemie edukacji wynosi ponad 90 proc. To dlatego, że w krajach takich jak Niemcy, Czechy czy Austria naukę zaczynają tylko te dzieci, które ukończyły sześć lat. Aby osiągnąć dojrzałość szkolną na Węgrzech, trzeba obchodzić szóste urodziny najpóźniej 31 maja, w niektórych niemieckich landach 30 czerwca, a w Austrii 1 września. Pierwsze klasy składają się tam z sześciolatków i tych siedmiolatków, które wcześniej nie trafiły do szkoły. Wg Eurostatu w 2013 r. do węgierskich szkół chodziło 23 proc. sześciolatków, do czeskich – 48 proc., a do austriackich 58 proc.

Mit 2.

Obniżenie wieku szkolnego ma związek ze zmianami cywilizacyjnymi i szybszym rozwojem dzieci. W zdecydowanej większości państw nauka sześciolatków jest wynikiem zaszłości historycznych. W Niemczech i krajach ościennych tradycja ta sięga początku XVIII w. Pięciolatki w brytyjskich szkołach to wynik tego, że w XIX w. wprowadzono prawo chroniące dzieci pięcioletnie przed wyzyskiem i demoralizacją, a w 1870 r. brytyjski parlament uznał, że najrozsądniej będzie w tym samym wieku dodatkowo objąć je obowiązkiem szkolnym. W Irlandii do szkół trafiają dzieci czteroletnie, bo obowiązek szkolny trwa tam do 16. roku życia, w ten sposób rząd zagwarantował sobie, że wszyscy młodzi Irlandczycy ukończą 12-letni cykl kształcenia ogólnego.

Mit 3.

Im wcześniej uczniowie rozpoczynają edukację, tym lepsze osiągają potem wyniki. Z badań umiejętności dziesięciolatków PIRLS 2011 wynika, że najlepsze wyniki mają te kraje, gdzie edukacja rozpoczyna się w siódmym roku życia. Zalicza się do nich np. Finlandia. Podobne wnioski przynoszą badania umiejętności 15-latków PISA 2012. Ponadto obserwacje Caroline Sharp z brytyjskiego instytutu badań edukacyjnych wskazują, że niezależnie od tego, czy dziecko rozpoczęło naukę czytania w wieku pięciu, sześciu czy siedmiu lat, w wieku lat dziewięciu umiejętności w tym obszarze się zrównują. Podobne obserwacje brytyjscy naukowcy poczynili także w obszarze zdolności matematycznych.

Okładka tygodnika WPROST: 36/2015
Więcej możesz przeczytać w 36/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także