Wspólnota nienawiści

Wspólnota nienawiści

Wyborcy się wściekli. Wściekli się, ale nie są wściekli, bo złości nie odnoszą do decyzji czy programów wyborczych, ale do siebie nawzajem. Wyborcy ślepo nienawidzący innych wyborców. Lżą każdego, niezależnie od tego, co kto mówi, co pisze i jakich wartości broni, tak długo, jak jest po tej drugiej „ohydnej stronie”. To już nie przygodny hejt. Zapnijmy pasy i przygotujmy się na nową erę w polityce.

Ostatni rok wywrócił do góry nogami zasady uprawiania polityki w Polsce. Boleśnie odczuli to ci wszyscy, którzy na czas nie pojęli, że te same prawa, które rządzą Twitterem, Facebookiem czy forum na dowolnym portalu, teraz rządzą też życiem politycznym.

To nie pozytywna kampania „Polska w budowie” trafiała do świadomości wyborców, ale jej antynomia – „Polska w ruinie”. Zabawne, że kiedy premier Kopacz próbuje przykryć „ruinę” pozytywnym przekazem – „Kocham Polskę”, to w najlepszym razie trafia na obojętność w sieci, choć po prawdzie jej kampania warta miliony złotych spala się w prześmiewczych ripostach. Co natomiast pracuje na korzyść PO, to tysiące memów i postów pokazujących piękne miasta, imponujące inwestycje ostatnich ośmiu lat, a przy nich drwiące – „Duda mówi: Polska w ruinie”. Choć prezydent Andrzej Duda nigdy tego nie powiedział, to hasło – przekaz uaktywnia negatywne sojusze. Uderza rykoszetem w PiS. Także kiedy na spotkaniu z prezydentem Niemiec polski prezydent mówi o nierozwiązanych problemach, tysiące internetowych polityków podchwytuje słowa oburzenia premier Kopacz o tym, jak niewłaściwe jest krytykowanie Polski za granicą – rusza kampania „Duda skarży się Merkel na Polskę w ruinie”. Podobny mechanizm zadziałał po artykule polskiego „Newsweeka” na temat nadużyć, jakich miał się dopuścić przewodniczący Solidarności Piotr Duda. Dziennikarze zarzucili, że działacz związkowy pławi się w luksusach. Piotr Duda najpierw zaatakował tygodnik, nazywając go „brukowcem” i „organem partyjnym PO”, a dzień później odniósł się do części postawionych mu zarzutów. Najmocniejszym uderzeniem w wiarygodność tekstu była kwestia teściowej przewodniczącego Solidarności. Autorzy tekstu utrzymywali, że korzystała ona za darmo z luksusowego hotelu, tymczasem Piotr Duda stwierdził, że kobieta od 20 lat nie żyje. W internecie pojawiły się memy, w których Tomasz Lis, redaktor naczelny polskiego „Newsweeka”, występował jako wskrzesiciel teściowej. Autorzy tekstu uznali, że szef Solidarności nie odnosi się merytorycznie do zarzutów. Kto miał rację? Zdecydował internet i tempo, w jakim rozprzestrzeniały się memy.

W miarę jak polityka przenosi się do sieci, co bystrzejsi politycy przejmują wirtualną obyczajowość. Zamiast poparcia dla swoich programów budują „negatywne sojusze”. Termin ukuli amerykańscy politolodzy Alan Abramowitz i Steven Webster. Czy nam się to podoba, czy nie, negatywne sojusze są esencją współczesnych kampanii wyborczych – od Los Angeles po Warszawę. Wzmożona obywatelska agitacja mająca przede wszystkim zaszkodzić, obrazić, wyśmiać opozycję. Kampania nie tyle na rzecz programu czy własnych kandydatów, ale przeciwko drugiej, „odrażającej” stronie. Atakowane jest przede wszystkim źródło, a nie treść przekazu.

HEJTERZY CZY WIZJONERZY

Pierwszą ofiarą internetyzacji polityki był prezydent Bronisław Komorowski. Jego sympatycy nazywali zalew ośmieszających memów, obraźliwych tweetów – „hejtem”. Przekonani, że to spiskowa akcja grupki zawodowców rozpętujących nienawistną kampanię. Rzecz jest jednak znacznie poważniejsza. Kampanią nie kierują już tylko profesjonalne agencje medialne, ale miliony anonimowych uczestników. „Wyborcy może i nie chodzą na wybory, ale wygrywają je w internecie” – mówił Abramowitz na konferencji politologów w Chicago. Przestrzeń medialną przejęły wspólnoty antagonistów czy jakby woleli pogubieni w nowej rzeczywistości publicyści – „nienawistników”. To, co urażone w swojej dumie autorytety lewicowych mediów nazwały „polskim piekiełkiem”, „bagnem”, „ściekiem”, „hejciarstwem”, w rzeczywistości jest znakiem czasu, a nie tylko polską przywarą. Zjawiskiem globalnym. To jest autentyczny obywatelski ruch wyborczy.

O tyle polski, co i brytyjski, francuski czy amerykański. To czasy rosnącego w siłę laburzysty – populisty Jeremy’ego Corbyna w Wielkiej Brytanii mówiącego o odbieraniu fabryk „podstępnym kapitalistom”, odbijaniu ziemi dla „ciemiężonych Palestyńczyków”. Francja Marie Le Pen, a w zasadzie ruch anty-Hollande. Ameryka ma ruch antylewicowy z liderem Donaldem Trumpem, mistrzem twitterowej polityki. Poparcie republikańskiego kandydata rośnie z każdym odrażającym komentarzem. A to na temat napastliwych, miesiączkujących reporterek, a to otwierania granic dla „meksykańskich gwałcicieli” czy sądzenia biznesmenów otwierających fabryki w Chinach „…tak jak sądzi się zdrajców”. A Polska ma zmobilizowany elektorat anty-PO. Nieważne, kogo popierają – PiS czy Kukiza. Ważne, kogo niszczą i czy druga strona może zmobilizować do walki swój elektorat. Bo na tym polega współczesna kampania wyborcza.

STRATEGIA TRUMP-KUKIZ

Wszystkie te bon moty nie składają się na żaden program polityczny. Nawet jeżeli wpisują się w ogólny klimat – zmęczenia „nudnym prezydentem” Bronisławem Komorowskim, polityczną poprawnością w Ameryce, niechęcią do imigrantów we Francji, to tworzą jedynie aurę nienawiści wokół wspólnego wroga. A to kapitalistów, a to Żydów, a najchętniej wokół polityków. Wspólnota niechęci, której nie łączy program. Jakże boleśnie zdążyli się o tym przekonać wszyscy ci, którzy poważnie potraktowali kampanię Pawła Kukiza. Pewnie nikt już nie postawi złamanego grosza na jego karierę polityczną, ale nigdy nie doszłoby do referendum, gdyby nie jego internetowy ruch antyestablishmentowy – pusta w treści, ale jakże bogata medialnie wspólnota niechęci.

Nie miejmy złudzeń, że pozytywny program uratowałby kandydaturę Kukiza. Przeciwnie, zabrakło mu nowej, dobrze zogniskowanej antykampanii. Nowego strumienia memów i nowych wrogów, którzy wprowadziliby jego blok do Sejmu. Kukizowi zabrakło konsekwencji, której nie można odmówić Donaldowi Trumpowi. Niszczy on konkurentów. A to nazywając ich „pacynkami”, a to „usłużnymi wykonawcami poleceń korporacji”. Trump łamie wszystkie zasady wewnątrzpartyjnej rywalizacji. Zachowuje się jak nastolatka w sieci niszcząca koleżanki z ławki uważane za ładniejsze. To właśnie dzięki tej kampanii zapewnił sobie poparcie, jakiego nie miał w ostatnich latach żaden republikański kandydat. Trump sięga głęboko poza tradycyjny elektorat. Buduje negatywną wspólnotę w miejsce tradycyjnego republikańskiego zaplecza. Sięga po głosy białej biedoty, nabijając się z imigrantów, po głosy tępych seksistów, głosy związkowców, atakując kapitalistów, ale też klasy średniej, kpiąc z chciwości i przekupstwa miliarderów.

PUSTY KAPITAŁ POLITYCZNY BLAIRA

Nie łudźmy się, że na naszym podwórku ta twitterowa obyczajowość ograniczona jest tylko do jednej ze stron politycznego sporu. Nie wszyscy są równie skuteczni, ale wszyscy są tu obecni i szybko się uczą. Z przemówienia premier Kopacz o autostradach i planach rozwoju w przekazie medialnym zostało jedno zdanie: „Po październiku znajdą się ci, którzy będą aresztować autostrady, którzy będą każdego dnia wszczynać procesy”. „Aresztowanie autostrad” przyklejane jest do każdego tweeta czy wpisu na Facebooku atakującego PiS. Po ważnej wizycie prezydenta Dudy w Niemczech najmocniej utrwalił się złośliwy tweet prezydencki: „PDT mówi, że przy stole unijnym można siedzieć lub być potrawą. Nie wspomniał, że można jeszcze podawać do stołu”. Wpis stał się na pół dnia przebojem w kampanii PiS.

Hasła jak gotowe skrypty tworzą polityczną rzeczywistość. Rząd Ewy Kopacz dwa miesiące zwlekał z prezentacją programu wyborczego, co pozwalało jej mówić, że program ma, a z drugiej strony pozwala atakować programowe wypowiedzi opozycji, nie narażając się na odwet. Ale kiedy wreszcie się pojawia, staje się orężem w rękach przeciwników, a nie argumentem na jej rzecz. My zostajemy z pytaniem, czy z tej wymiany krotochwil i złośliwości wyłoni się autentyczny program. Pomysł na ratowanie kopalń, na nową strategię energetyczną, nową ordynację podatkową, pomysł na służbę zdrowia, politykę rodzinną? W głośnym tekście dla brytyjskiego dziennika „The Guardian” były premier Tony Blair przestrzegał ostatnio przed pustosłowiem internetowej polityki. Tekst wymierzony był w Jeremy’ego Corbyna, kandydata na szefa partii laburzystowskiej, mistrza internetowych przepychanek. Ale Blair zwraca też uwagę na zagrożenie dla tradycyjnych partii. Na „pusty kapitał polityczny” pozbawiony merytorycznych treści i programu. Blair twierdzi, że te tweetowe wydmuszki, bohaterowie negatywnych wspólnot, nie pokierują państwem. Gdyby nie doświadczenie Grecji i polityka, którego wybrano za obietnice niespłacania długów, to moglibyśmy pomyśleć, że Blair ma rację. Ale już wiemy, że negatywne sojusze wygrywają wybory i władzę przejmują czasem ludzie bez pomysłu na rządzenie. Tsipras musiał podpisać z wierzycielami gorszą ugodę niż ta, którą proponował jego poprzednik. A potem poddać się wyborczej weryfikacji.

POT NIXONA

Rewolucyjne trendy, nowe technologie zmieniające przyzwyczajenia polityczne, z natury rzeczy przyjmujemy źle. Tak było z pierwszą telewizyjną debatą prezydencką Nixon kontra Kennedy w 1960 r. Obawy o spłaszczenie przekazu, o zbytnie personalizowanie polityki i uzależnianie jej od cech zewnętrznych kandydata się sprawdziły. Nerwowo pocący się przed kamerami Nixon dziś nie tylko nie wygrałby wyborów, ale w takim stanie nie zostałby dopuszczony przed kamery przez doradców. Telewizja zmieniła politykę, doprowadziła do jej egalitaryzacji i trywializacji, ale demokracja przetrwała. Coś, z czym będziemy musieli sobie dać radę w nowych, internetowych realiach, to wkurzony wyborca, który wpływa na nastroje społeczne.

Jak sterować tą złością i jak budować na niej pozytywny program? Emocje, złość z natury rzeczy sugerują utratę panowania nad sobą. Zakładamy, że wściekły wyborca jest nieracjonalny – to ktoś, kto głosuje w przypływie emocji w oderwaniu od merytorycznych argumentów. To przywodzi nam na myśl tragiczne wybory w historii, które dawały władzę szaleńcom i dyktatorom. Po prostu ludzie, którymi kieruje złość, nie potrafią analizować konfliktu pod kątem własnego interesu. Naukowo nazywa się to negocjacyjną myopią. Jesteśmy ślepi na argumenty i własne korzyści. Krótkowzroczni. Działamy tak, jak piszemy złośliwe tweety. Prezydent Duda, z natury szarmancki, podczas uroczystości na Westerplatte został oskarżony o niepodanie ręki premier Kopacz... Obóz premier Kopacz nazwał go „małostkowym” i wypuścił serię memów z dłonią. Polityka nie może przepuścić takiej okazji i co by nie powiedzieć o trudnych początkach PO, to Ewa Kopacz szybko się uczy.

Skutkiem ubocznym internetyzacji polityki jest jej polaryzacja. Podział na dwa nienawidzące się obszary komunikacyjne, wierne swoim negatywnym wspólnotom, które trudno nawet nazwać partiami. 74 proc. wyborców PO przyznaje, że zagłosuje na nią tylko dlatego, że nie lubią tej drugiej strony. Abramowitz i Webster w pracy „All Politics is National: The Rise of Negative Partisanship...” wykazali, że lojalność partyjna jest proporcjonalna do aktywności wyborców na portalach społecznościowych. Mało tego, coraz mniej mamy wyborców usiłujących wypracować kompromis we własnej partii. Opowiadający się za prawem do in vitro i przekonani do podatku bankowego, zamiast negocjować złagodzenie kursu in vitro w PiS, muszą zdecydować się na mniejsze zło. I poprzeć jedną z partii w całej rozciągłości. Zwykle kończy się to szczątkowymi sojuszami. Atakowaniem przeciwników podatku i nieuczestniczeniem w dyskusji o in vitro.

KARABIN CZY URNA

Charakterystyczne w nowej obyczajowości politycznej jest założenie, że „tamta” partia, a zwłaszcza jej zwolennicy zawsze się mylą i zawsze są odstręczający. Zmarły niedawno amerykański filozof i politolog Robert Dahl utrzymywał, że podstawą demokracji jest koncept „nierozerwalnej równości” argumentu. Założenie, że każdy prezentuje jakiś ułamek racji i każdy ma szansę do jej prezentacji. Dahl twierdził, że budowanie dyskursu politycznego na założeniu, że druga strona jest nieodwracalnie durna i z natury zła, musi prowadzić do rozstrzygnięć za pomocą karabinu, a nie urny wyborczej. No cóż, po wyborach 1960 r. wielu uczonych i dziennikarzy przepowiadało koniec polityki wartości, początek political-show. Pewnie mieli trochę racji, ale demokracja przetrwała. I tym razem świat polityki też nie będzie już wyglądał tak samo, po prostu musimy się go od nowa nauczyć. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 38/2015
Więcej możesz przeczytać w 38/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także