Ryzykowna zagrywka Putina

Ryzykowna zagrywka Putina

W trosce o utrzymanie się u władzy rosyjski prezydent zaczął bardzo niebezpieczną grę na wielu fortepianach.

Dla krytyków Putina, od dawna mówiących, że prezydent Rosji stoi na czele gigantycznej organizacji przestępczej, bombardowanie prozachodniej opozycji w Syrii to tylko kolejny na to dowód. Za to miliony Rosjan zaczęła rozpierać autentyczna duma. Cieszący się ponad 80-procentowym poparciem rodaków Putin zaoferował im w sezonie jesiennym kolejną odsłonę narodowej psychodramy, dawkowanej w telewizyjnym prime time z żelazną regularnością.

W pierwszym akcie, trwającym już ponad rok, Rosja jak w czasach świętej wielkiej wojny ojczyźnianej stawiła opór faszystowskiej nawale na Ukrainie. Naród z pasją śledził dzielnych ochotników, którzy przekuli swoje lemiesze na miecze, by bronić odwiecznego ruskiego miru zagrożonego przez banderowców i Polaków wspieranych przez amerykańskich imperialistów. Ta wojna utknęła jednak w martwym punkcie. Sprowadziła na Rosję dotkliwe sankcje gospodarcze, które coraz boleśniej zaczynają odczuwać już nie tylko miliarderzy i najbliższe otoczenie Putina, lecz także cały naród.

Stąd też pomysł na nową odsłonę dramatu z wodzem prowadzącym Rosję na świętą wojnę z islamistami. – Putin ruszył na wojnę z kolejnym wrogiem, którego sam sobie stworzył – napisał w „The Wall Street Journal” Garri Kasparow, słynny rosyjski szachista i działacz opozycyjny, który od kilku lat mieszka na emigracji w USA. Rosjanie rozegrali ten akt koncertowo, robiąc z Putina człowieka szlachetnego, gotowego w obronie cywilizacji przed barbarzyńską nawałą wyciągnąć braterską dłoń nawet do przywódcy imperialistów, Baracka Obamy. Ten szarmancki gest został poprzedzony kilkudniową propagandową uwerturą, przygotowującą Rosjan do wielkiego finału, w którym naród został porwany krzepiącym każdego patriotę widokiem Su-24 i Su-25 wymierzających wreszcie sprawiedliwość oszalałym z nienawiści islamskim fanatykom.

Rozentuzjazmowana rosyjska prasa zaczęła już nawet formułować kolejne zadania ku chwale rosyjskiego oręża w Syrii. – Odbicie z rąk islamistów ruin starożytnej Palmyry byłoby propagandowym sukcesem, a przy wsparciu syryjskiej armii rządowej jest to możliwe – napisał „Kommiersant”. Spod grubej warstwy propagandowego lukru szybko wyszły jednak prawdziwe powody interwencji w Syrii. Blisko związany z Kremlem komentator Fiodor Łukianow mówi o ogromnym ryzyku, jakie podejmuje Putin w Syrii. Ale czyż nie o ryzyko głównie tutaj chodzi? Eskalacja napięcia w regionie prędzej czy później musi się odbić na cenach ropy naftowej, które od miesięcy zniżkują, dobijając oparty na sprzedaży węglowodorów budżet Rosji. Otwarcie nowego frontu bliskowschodniej wojny, która szybko może się rozlać na sąsiednie, zasobne w ropę kraje, to jedyna szansa, żeby zatrzymać ten niekorzystny dla Rosji spadek cen i choćby częściowo powetować rosyjskiej gospodarce straty z ostatnich miesięcy.

OSTATNIA BROŃ OBAMY

To cel, dla którego warto podjąć ryzyko w Syrii, dolewając oliwy do ognia i tak już płonącego mocnym płomieniem. – W tej chwili Rosja jest jedynym krajem, który może położyć kres kryzysowi syryjskiemu – oświadczył Konstantin Kosaczow, szef komisji spraw zagranicznych Rady Federacji, usprawiedliwiając operację, której celem jest wywołanie regionalnej wojny wszystkich ze wszystkimi w nadziei, że spekulanci w końcu uznają, że trzeba płacić za baryłkę więcej niż nędzne 50 dolarów. – Operacja w Syrii to więcej Putina w propagandowej telewizji i droższa ropa na świecie – uważa Kasparow. W kremlowskich kalkulacjach ryzyko wydaje się z pozoru niewielkie.

Wojna ma się toczyć nie w centrum świata rosyjskiego, jak w Donbasie, ale gdzieś na Bliskim Wschodzie, i będzie prowadzona rękami libańskiego Hezbollahu, syryjskiej armii rządowej i irańskich komandosów, którzy już zaczęli ściągać do Syrii, by wesprzeć rosyjskie lotnictwo operacjami lądowymi. To oznacza maksymalizację efektów bez konieczności ukrywania worków z ciałami urlopowanych rzekomo żołnierzy. A do tego wszystko w warunkach, w których nie trzeba się martwić ani o międzynarodowe protesty, ani o ewentualne wsparcie udzielane przeciwnikowi przez Zachód, co było ciągłą zmorą zielonych ludzików w Donbasie. Podczas niedawnego przesłuchania przez senacką Komisję Sił Zbrojnych amerykański generał Lloyd Austin przyznał, że po wydaniu wielu milionów dolarów na wsparcie i szkolenia dla syryjskiej rebelii Pentagon dysponuje na froncie czterema wyszkolonymi przez marines żołnierzami. Nic więc dziwnego, że prezydent Barack Obama podczas spotkania z Putinem w Nowym Jorku miał kwaśną minę.

W ciągu kilkudziesięciu godzin od wyłożenia swojej doktryny na forum ONZ Putin osiągnął to, czego nastawiony na demontaż obecności amerykańskiej na Bliskim Wschodzie Obama nie był w stanie zrobić: dysponował przewagą w powietrzu i zdeterminowanymi siłami lądowymi. Nic więc dziwnego, że na koniec wysłał jeszcze do ambasady w Bagdadzie generała, który kazał wynosić się Amerykanom z Syrii. Podobnie jak w przypadku Krymu i Donbasu i tym razem świat zachodni nie miał Putinowi czego przeciwstawić.

EUROPA W GARŚCI

Zaproszenie przez Baracka Obamę do wspólnego stolika z Putinem polskiego prezydenta było pięknym gestem, ale układu sił znacząco nie zmieniło. Zresztą propaganda zadbała o to, żeby Rosjanie nie zobaczyli tego zgrzytu. „Komsomolskaja Prawda”, podobnie zresztą jak „Gazeta Wyborcza”, tak skadrowała zdjęcia z Nowego Jorku, żeby ich czytelnicy nie zobaczyli Andrzeja Dudy u boku marsowo spoglądającego na Putina Obamy. Jadąc do Paryża na spotkanie z Angelą Merkel, Franćois Hollandem i prezydentem Ukrainy Petro Poroszenko, Władimir Putin musiał być w podwójnie dobrym humorze. Po utarciu nosa Ameryce przyszedł czas na Europę. Poprzednim razem normandzka czwórka, próbująca zaprowadzić pokój na Ukrainie, spotkała się bez niego, bo rosyjska artyleria bombardowała wtedy ukraiński Mariupol. Jest tajemnicą poliszynela, że Putin przeżywa traktowanie go jak pariasa przez partnerów z Europy jako osobistą zniewagę. Drugi powód do zadowolenia był taki, że rosyjski prezydent jechał do Paryża z konkretami mogącymi zmienić sytuację wokół Ukrainy. – Rosja jest teraz na pierwszym planie walki z terroryzmem. Sankcje wobec Rosji są nieadekwatne w sytuacji, gdy walczymy z Państwem Islamskim, które jest głównym sprawcą przedostawania się fali uchodźców do Europy – tak kalkulacje rosyjskie tłumaczy Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla.

To, o czym Pieskow nie mówi, to fakt, że głównym sprawcą przetaczania się fali uchodźców z Syrii wcale nie jest Państwo Islamskie, tylko reżim Baszszara al-Asada, za którym ujmuje się teraz Putin. Już pierwsze akcje lotnictwa rosyjskiego w Syrii pokazały, że to się nie zmieni. Celem nalotów nie są opanowane przez ISIL pustynne oazy na wschodzie Syrii, tylko gęsto zaludnione tereny nad brzegiem Morza Śródziemnego, skąd pochodzi większość uciekających do Europy. W tej sprawie Moskwa stosuje tę samą strategię, co w przypadku ropy: dolewa oliwy do ognia, na którym może wiele upiec. Przecież kryzys imigracyjny z całą mocą ujawnił kruche podstawy Unii Europejskiej, niezdolnej do zapanowania nad własnymi granicami i pogrążonej w wewnętrznych sporach o to, co zrobić z masami ludzi uciekającymi przed bombami Baszszara al-Asada, które teraz są już oficjalnie bombami Putina.

ZAPOMNIEĆ O UKRAINIE

Nie bez znaczenia są także polityczne konsekwencje migracyjnego kryzysu przyczyniające się do wzrostu sympatii nacjonalistycznych w Europie. Rosja już od czasów sowieckich znakomicie rozgrywała europejską skrajną prawicę i nie inaczej jest teraz. Dość wspomnieć o poparciu, jakiego udziela Putinowi europejska skrajna prawica, od Marine Le Pen we Francji po Janusza Korwin-Mikkego w Polsce.

Mimo tych zagrożeń propozycje jakiejś formy dogadania się z Rosją są w Europie poważnie rozważane. Co prawda Angela Merkel zdecydowanie wyklucza wymianę z Rosją na zasadzie: my zrobimy porządek w Syrii, a wy odpuścicie nam na Ukrainie, ale już politycy z jej najbliższego otoczenia nie są tak kategoryczni. – Nie możemy utrzymywać w nieskończoność długofalowych sankcji, prosząc jednocześnie o pomoc – stwierdził niemiecki wicekanclerz Sigmar Gabriel, podsuwając jak na tacy argumenty, których używają przedstawiciele rosyjskiego prezydenta. Zwłaszcza że przygotowując operację w Syrii, Putin zadbał o uspokojenie walk w Donbasie. Separatyści wycofali z linii frontu ciężką i lekką broń, dając Moskwie szansę zaprezentowania się w Paryżu jako w pełni wiarygodny uczestnik porozumienia w Mińsku dotyczącego pokoju na wschodzie Ukrainy. – Zawieszenie broni jest w zasadzie przestrzegane, co pokazuje wpływ, jaki Rosja ma na separatystów – oświadczył Steffen Seibert, rzecznik Merkel.

W chwili zamykania tego wydania „Wprost” ustalenia paryskiego spotkania Putina z przywódcami Francji, Niemiec i Ukrainy nie były znane. Jeszcze przed spotkaniem niemiecki ambasador w Rosji zapowiadał przełom w Paryżu, uzależniając go od wycofania broni z rejonu walk, co Putin już zrobił, i wpuszczenia tam międzynarodowych organizacji humanitarnych, co można stosunkowo łatwo przeprowadzić. – Nasza wspólna historia może być historią sukcesu, nie należy zapominać, że nie ma alternatywy dla dobrych stosunków Niemiec z Rosją – oświadczył Rüdiger von Fritsch, co potwierdza chęć wyplątania się z awantury z Rosją na Ukrainie. W podobnym tonie jeszcze na początku września wypowiadał się Franćois Hollande, mówiąc, że nie ma potrzeby utrzymywania sankcji wobec Rosji, jeśli porozumienia są przestrzegane.

Teraz do negocjacji dochodzi nowy element, czyli rosyjska interwencja w Syrii, przedstawiana przez Kreml jako przysługa wyświadczana zagrożonej przez islamistów Europie przez Putina. Bombardowanie pozycji syryjskich rebeliantów może być pewnym problemem, ale tu akurat Rosjanie nie będą mieli trudności z przekonaniem Europy, że cała opozycja w Syrii to wojujący islamiści. Czterech rebeliantów, którymi Amerykanie dysponują na froncie, to liczba, która przemawia do wyobraźni bardziej niż raporty wywiadów, zapewniających, że kontrolę nad buntem przeciwko Asadowi przejęły Al-Kaida i Państwo Islamskie.

WOJENNE KALKULACJE

Kurdowie twierdzą, że właśnie jesteśmy świadkami początku III wojny światowej. Opinię taką wyraził Sipan Hemo, lider partyzantki kurdyjskiej w Syrii, wskazując, że wszyscy globalni oponenci znaleźli się już w regionie. Po jednej stronie mamy więc Rosję i szyitów z Syrii, Iranu i Libanu, a po drugiej sunnickich rebeliantów wspieranych przez Saudów i Turcję, za którymi stoją z kolei Stany Zjednoczone, kierowane przez prezydenta, który na własne życzenie pozbawił się narzędzi do prowadzenia polityki w regionie. Życzliwy Obamie „The New York Times” proponuje, żeby zostawić Putina na miesiąc w Syrii samego, tak aby poczuł, jak beznadziejna jest tam sytuacja.

Gazeta kalkuluje też, że bunt przeciw Rosji, otwarcie wspierającej szyitów, podniesie teraz cały sunnicki świat, w tym ponad 20 mln rosyjskich muzułmanów. Tych jednak reprezentuje czeczeński watażka Ramzan Kadyrow, który już zapowiedział, że stanie murem za Putinem i jeśli trzeba wyśle swoich ludzi do Syrii, tak jak słał ich na wojnę do Donbasu. Wieszcząc Putinowi rychłe i poważne kłopoty, nowojorscy liberałowie zapominają jednak, że Rosjanie najlepiej radzą sobie w beznadziejnych sytuacjach. Wbrew logice obowiązującej demokratycznych polityków – którzy tak jak Obama za wszelką cenę chcą przejść do historii jako gołąbki pokoju – rosyjski prezydent umacnia swoją władzę, przechodząc gładko od wojny na Ukrainie do wojny w Syrii. Pamiętajmy, że do władzy też doszedł, rozpętując wojnę. Obiecał wtedy, że utopi czeczeńską rebelię „w kiblu”. Dziś trzeba bardzo uważać, żeby nie wciągnął całego świata w środowisko, w którym najwyraźniej czuje się najlepiej. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 41/2015
Więcej możesz przeczytać w 41/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0