Jak dogonić bogaty Zachód

Jak dogonić bogaty Zachód

Wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki lubi cytować marszałka
Piłsudskiego: „Polska będzie albo wielka, albo nie będzie jej wcale”.
Plany są więc bardzo ambitne. – Wierzymy, że poprzez inwestycje i 
eksport będziemy w stanie nie tylko doprowadzić do wzrostu PKB,
przewyższającego dzisiejsze założenia, ale również do zrównoważonego i 
zdrowego wzrostu – mówił wicepremier na spotkaniu zorganizowanym przez
Francusko-Polską Izbę Gospodarczą. Jego zdaniem za 10-15 lat Polska ma 
być „jedną z wiodących gospodarek w Europie”. Kołem zamachowym
gospodarki przestanie być konsumpcja. Nowy rząd chce postawić znów na 
przemysł, krajowy kapitał, wesprzeć ekspansję firm za granicą, tworząc
m.in. nową agencję wspierania eksportu, podobną do niemieckiego Hermesa.


BILION NA INWESTYCJE


W czasie czteroletniej kadencji „dodatkowe” inwestycje mają wynieść
bilion złotych. Niektórzy próbowali się z nas śmiać, kiedy dawno temu
powiedzieliśmy: jeden bilion. To ja w tej chwili mówię: bilion i 400 mld
na inwestycje, na uruchomienie polskiego kapitału prywatnego i 
infrastrukturę, na różne dziedziny życia gospodarki, na odnowę
gospodarki morskiej, na rozwój różnych regionów – mówił prezes PiS
Jarosław Kaczyński podnosząc jeszcze stawkę.


Skąd jednak wziąć co najmniej 1 bln zł na inwestycje? Mateusz Morawiecki
tłumaczy, że te pieniądze są. To choćby 500 mld zł ze środków z UE czy
leżące na kontach polskich firm blisko 250 mld zł. Trzeba je 
aktywizować, m.in. ułatwiając polskiemu kapitałowi udział w przetargach
publicznych. Zdaniem prof. Witolda Orłowskiego, głównego ekonomisty PwC,
to, czy przedsiębiorcy wyjmą te pieniądze z lokat, zależy jednak od 
klimatu inwestycyjnego, ale wciąż nie wiadomo, jak go radykalnie
poprawić.


A to i tak kropla w morzu potrzeb. Zdaniem byłego wiceministra finansów
Cezarego Mecha Polska potrzebuje aż 5 bln zł, żeby osiągnąć średnią
unijną i zbliżyć się do poziomu takich krajów jak Niemcy czy Francja. To 
trzykrotność rocznego polskiego PKB. Największe kontrowersje budzi
program tanich kredytów bankowych dla przedsiębiorstw, które
subsydiowałby bank centralny. Lansowana przez PiS idea przypominałaby
prowadzony przez Europejski Bank Centralny program niskooprocentowanych
trzyletnich pożyczek dla banków komercyjnych, które udzielają je firmom.
Łącznie do polskich przedsiębiorstw trafiłoby w taki sposób między 200 a 
350 mld zł. Wielu ekonomistów niepokoi perspektywa takiego sztucznego
pobudzania gospodarki przez NBP. Podkreślają, że nie jest potrzebne, bo 
firmy mają na kontach środki, a banki są „nadpłynne” i siedzą na 
pieniądzach. Argumentują, że takie programy stosowano na Zachodzie, ale 
w sytuacji stagnacji, wysokiego bezrobocia i braku zaufania na rynkach
finansowych. – Na razie znamy tylko hasła, wstępne zapowiedzi. Pierwsze
konkretne informacje, jak rząd zamierza przyspieszyć rozwój gospodarki,
będą zawarte w budżecie na 2016 r. – ocenia Rafał Antczak, członek
zarządu Deloitte Consulting w Polsce.


Dopadliśmy Greków


– Do 1989 r. świat nam uciekał przez 300 lat, czasy socjalizmu tylko tę 
przepaść pogłębiły. Od 25 lat odrabiamy straty. W 1989 r. Polska była na 
poziomie 29 proc. niemieckiego dochodu na mieszkańca. Dziś doszliśmy do 
55 proc. Udało się to dzięki wzrostowi produktywności i transferowi
technologii – oceniał szef Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszek
Balcerowicz na forum ekonomicznym w Krynicy, prezentując raport think
tanku: „Następne 25 lat: Jakie reformy musimy przeprowadzić, by dogonić
Zachód?”. Do liczenia poziomu rozwoju gospodarczego najlepszy jest
wskaźnik PKB na głowę z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej. Pokazuje
wartość dochodu narodowego wytworzonego przez jednego mieszkańca i 
dostosowuje ją do poziomu cen i wahań kursowych. Zgodnie z tym
wskaźnikiem Polska znajduje się teraz na poziomie 65 proc. Francji i 
Wielkiej Brytanii, 70 proc. Włoch i Hiszpanii oraz 90 proc. Portugalii.


W tym roku wyprzedzimy Grecję, która sześć lat temu była o krok od 
unijnej średniej, ale zaraz potem osunęła się w przepaść. Mimo awansu
dalej jedziemy w końcówce unijnego peletonu. Gorzej od nas wypadają
jedynie Węgry, Łotwa, Bułgaria, Rumunia i Chorwacja. Światowy kryzys
finansowy z lat 20082010, który mocno dotknął zachodnie gospodarki, był
dla nas okazją do podgonienia najbogatszych. Policzmy. Jako jedyny kraj
w Unii Polska nie wpadła wtedy w recesję. To z jednej strony było
błogosławieństwem, z drugiej zaś przekleństwem, bo politycy PO-PSL
odpuścili sobie reformy. W ostatnich latach Polska rozwija się bardzo
wolno. W latach 2012-2013 nasz PKB rósł o mniej niż 2 proc. Potem trochę
lepiej – w granicach 3-3,5 proc. Choć to wciąż dwa razy lepiej niż 
Niemcy, to już w porównaniu z najszybciej rozwijającą się w Europie
Irlandią dość marny rezultat. Tam wzrost gospodarczy w tym roku będzie
wyższy niż 6 proc. Dlatego to na Irlandię w pierwszej kolejności
powinien patrzeć rząd PiS. Według analityków PKO BP, jeśli utrzyma się
średni wzrost z ostatnich dziesięciu lat, to unijny poziom PKB na głowę
osiągniemy za 15 lat. Bardziej pesymistyczny jest MFW. Uważa, że stanie
się to dopiero za 20 lat.


Przypomnijmy, że chodzi o średnią uwzględniającą najbiedniejszych, np.
Rumunię czy Bułgarię. Do Niemiec nam znacznie dalej, nie mówiąc już o 
Luksemburgu czy Norwegii. Deloitte ocenia, że w 2040 r. możliwe jest
osiągnięcie 75-85 proc. niemieckiego PKB według parytetu siły nabywczej.
Gdybyśmy utrzymali różnicę w tempie rozwoju Polski i Niemiec z ostatnich
25 lat, poziom zachodnich sąsiadów osiągniemy z grubsza za 30 lat.
Według prof. Balcerowicza to możliwe nawet w 20 lat, ale pod warunkiem
reform. Ekonomista nie kryje krytycyzmu wobec rządu PiS: – Nie widzę
istotnych działań, które usuwałyby zagrożenia dla wzrostu – mówi.


Wzrost pociągnie płace


Mimo że przez ostatnią dekadę realne płace w Polsce wzrosły o jedną
trzecią, wciąż nominalnie zarabiamy trzy-cztery razy mniej niż na 
zachodzie Europy. A biorąc pod uwagę różnice cen – dwa razy mniej. Czy w 
sprzyjających okolicznościach za 20 lat moglibyśmy zarabiać tyle co 
Niemcy? Przy wysokim wzroście gospodarczym to teoretycznie możliwe, ale 
mało realne. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wzrost płac był znacznie
niższy niż dochodu narodowego. Ponieważ zaczyna brakować pracowników,
teraz presja na podwyżki jest bardzo silna. Mogą one nawet wyprzedzać
tempo PKB. Tak twierdzi Renata Kucharska-Kawalec, kierownik działu
analiz wynagrodzeń w firmie Sedlak & Sedlak. – Szybszego „gonienia”
zachodnich stawek spodziewamy się sektorach usługowych, szczególnie tych
zorientowanych na tworzenie i wykorzystanie wysokich technologii. Już
teraz w przypadku wielu stanowisk z branży IT ta luka szybko się
zmniejsza. Poziom płac niemieckich osiągniemy jednak dopiero za 50 lat –
mówi. Większymi optymistami są analitycy PwC. Szacują, że w korzystnym
scenariuszu (zakładającym odpowiednie inwestycje w kapitał ludzki) w 
2020 r. Polacy mogą zarabiać połowę średniego wynagrodzenia w USA, a w 
ciągu kolejnej dekady przekroczyć dwie trzecie amerykańskiej pensji.
Przeciętny Polak zarabiałby więc w 2030 r. 3,1 tys. dolarów (teraz jest
to około 1 tys. dolarów).


Uwaga, pułapka


Niewielu krajom rozwijającym się udaje się dołączyć do elity. Na ich
drodze stoi pułapka średniego dochodu. Przez wiele lat nadganiają
dystans i nagle wyhamowują. Nie mogą już korzystać z przewagi, jaką
dawała im dużo tańsza siła robocza, bo ze wzrostem PKB rosną
wynagrodzenia. A nie mają do zaoferowania niczego więcej. Takiej
sytuacji sprzyja też niedowartościowany kurs walutowy, bo zniechęca do 
zwiększania produktywności i innowacji. Bez większego wysiłku można
dalej sprzedawać towary za granicę. W potrzasku znalazły się takie kraje
naszego regionu jak Słowenia i Czechy, ale klasycznym przykładem
podawanym przez ekonomistów jest Hiszpania, która w 2008 r. osiągnęła 90 
proc. niemieckiego PKB na głowę. I wtedy wpadła w ciężki kryzys, z 
którego dopiero w tym roku zaczęła wychodzić. Efekt? Hiszpański PKB na 
mieszkańca to obecnie tylko 70 proc. niemieckiego. Tyle co w latach 90.
Bezrobocie osiągnęło nienotowany poziom 26 proc., a wśród ludzi do 30.
roku życia – aż 50 proc. Wie coś o tym Krzysztof Domarecki, założyciel
Grupy Selena, potentata w dziedzinie chemii budowlanej. Ma dużą spółkę w 
Hiszpanii i widzi, jak wielkie szkody wyrządzają tam sztywne przepisy
Kodeksu pracy, skomplikowane warunki wypowiedzeń i zwolnień. Efektem
była m.in. utrata konkurencyjności gospodarki. – Odradzałbym
przenoszenie tego wzorca do Polski – ostrzega. Z pułapką średniego
dochodu świetnie radzą sobie za to Słowacy. W 2014 r. pod względem
zamożności wyprzedzili Czechów. Postawili na reformę finansów
publicznych i tworzenie wielkiego klastra motoryzacyjnego. Niedawno
wygrali z Polską walkę o lokalizację nowej fabryki Jaguara.


W Polsce rośnie świadomość zagrożenia. Premier Beata Szydło mówiła nawet
o tym w exposé. – Obawiam się, że właśnie wchodzimy w tę pułapkę –
przyznaje też Rafał Antczak. Jego zdaniem, by się z niej wyrwać, trzeba
przede wszystkim zwiększyć oszczędności długoterminowe. Dlaczego?
Ponieważ w Polsce ludzi będzie ubywało (społeczeństwo się starzeje, a 
młodzi emigrują), konieczne jest zwiększenie zasobów kapitałowych.
Tymczasem stopa łącznych oszczędności sektora prywatnego i sektora
publicznego w Polsce w relacji do PKB wynosi ok. 18 proc., podczas gdy
inwestycji – konieczna, by zbliżyć się do Niemiec – wynosi 25-32 proc.
Tę różnicę trzeba jakoś zasypać. Trzeba też postawić mocno na wspieranie
innowacji i zreformować system edukacji. W Polsce – przekonuje Antczak –
bardziej opłaca się kupić technologię za granicą niż wypracować w kraju,
bo urząd skarbowy się nie przyczepi. Przykład? Firma pracuje nad nowym
rozwiązaniem, ale jak jej nie wyjdzie, to zaraz się dowie, że nie wolno
jej poniesionych już wydatków wliczyć w koszty. – Dwoma warunkami
powrotu do dynamiki wzrostu PKB powyżej 5 proc. są finanse publiczne, a 
więc zrobienie porządku w wydatkach i podatkach oraz restrukturyzacja
całego sektora publicznego – tłumaczy Antczak. FOR zwraca uwagę na 
rezerwy, jakie ma Polska.


Choć liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie w ciągu 25 lat co najmniej
o 2,5 mln, a do tego dochodzi emigracja, to wciąż w Polsce mamy: dużo
niższy odsetek pracujących niż w Niemczech czy Szwecji, zbyt wysoki
odsetek pracujących w rolnictwie czy najwyższy w krajach OECD odsetek
przedsiębiorstw pod kontrolą polityków. Krzysztof Domarecki patrzy na to 
okiem przedsiębiorcy. Dla niego kluczem do wyjścia Polski z pułapki
średniego dochodu jest wyjście z pułapki średniego produktu.


Polskie firmy muszą wykreować produkty o najwyższym poziomie złożoności
i zaawansowania technicznego. To pozwoli na ekspansję na najtrudniejsze
rynki na świecie i skończenie z rolą poddostawców. Przedsiębiorcy
uważają, że zamiast ściągać do Polski zakłady przetwórcze firm
zagranicznych, oferując im często gigantyczne dopłaty do inwestycji,
rząd powinien ułatwić działalność rodzimym firmom. A wtedy one same
sobie poradzą. I nasz cywilizacyjny pościg nabierze tempa.
Okładka tygodnika WPROST: 50/2015
Więcej możesz przeczytać w 50/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także