Wyrwałam się z piekła

Wyrwałam się z piekła

W wieku 16 lat uwięziono mnie w szemranym night-clubie, miałam być prostytutką. Jeden z klientów mnie zgwałcił – wspomina Anna Golędzinowska, była topmodelka i prezenterka włoskiej telewizji.

Kiedy urodziła się pani na nowo?

Zaczęło się w kwietniu 2010 r.

Co się wtedy wydarzyło?

Mieszkałam w Mediolanie i wiodłam kolorowe życie w świecie show-biznesu. Pewnej nocy obudziłam się, mój pies szczekał, a przede mną stał stary człowiek z brodą i kiwał głową. Nic nie mówił, ale słyszałam jego głos i słowa: „Ania, co ty robisz?”. Myślałam, że to mózg mi już siada po narkotykach. Ale coś mnie zaczęło gryźć. Kilka lat później, gdy byłam w Medziugorje, w miejscu słynącym z objawień maryjnych, zobaczyłam okładkę książki, z której patrzył na mnie ten sam człowiek.

To był…?


Ojciec Pio.

Co panią zaczęło gryźć?

Że istnieje coś innego, a życie, które wiodę, nie jest prawdziwe. Później było inne wydarzenie. Siedzieliśmy w domu z moim chłopakiem i jego kolegami i jak co dzień imprezowaliśmy. Oni wzięli książkę z portretem Jana Pawła II na okładce i, zataczając się ze śmiechu, wysypali na nią kokainę, którą podzielili na kreski. Byli ubawieni, ale mnie strasznie to poruszyło. Nie byłam wtedy religijna, nabijałam się z mojego chłopaka, gdy robił przed snem znak krzyża, a jednak wtedy poczułam, jak narastają we mnie oburzenie i gniew. Oni nad tą książką wyglądali jak chichoczące małpy. Pomyślałam: „To ja też tak wyglądam? Nie chcę”. I wyrzuciłam ich z domu.

I więcej się pani z nimi nie zobaczyła?

Ależ skąd, pogodziliśmy się i wkrótce znowu razem imprezowaliśmy. Jednak we mnie już zaczął się proces zmian. Dochodziłam do powtórnych narodzin latami, zaczęłam wtedy. Napisałam książkę.

Pod tytułem „Ocalona z piekła. Wyznania byłej modelki”.

Opowiedziałam w niej historię o tym, że każdy, nawet biedny i brzydki, może coś w życiu osiągnąć. Ja byłam tego przykładem. Byłam we Włoszech modelką, miałam swoje programy w tamtejszej telewizji, obracałam się wśród najbardziej wpływowych postaci show-biznesu, otaczał mnie luksus, a zaczynałam jako młodociana narkomanka na warszawskim Barbakanie. Znalazłam wydawcę, który zainteresował się moją historią. Powiedział, że chętnie wyda, ale pod warunkiem że pojadę z nim do Medziugorje. To miasto i sanktuarium leży na Bałkanach. Pomyślałam: „Dobra, skoro dzięki temu wyda mi książkę”.

A dlaczego on chciał tam jechać?

Bo on tam się nawrócił i czuł, że ze mną też tak będzie. Mówił: „Ania, jeszcze o tym nie wiesz, ale ty się nawracasz”. Ja myślałam: „Psychiczny”. I w duchu nabijałam się z niego. Poszliśmy najpierw na jedną górę, na której były objawienia, oczywiście nic tam nie poczułam. Idziemy na drugą górę. On mówi: „Pomyśl, jak Jezus niósł pod górę swój krzyż, jak było mu ciężko, jak bolały go rany”. Ja myślę: „Co on gada, ale książkę mi wydaje, niech sobie pogada”. Jednak strasznie mi się nie chciało tam wspinać. Nie byłam przyzwyczajona do wysiłku. W domu miałam gosposię, zajmowałam się tylko sobą. Pomyślałam, że usiądę, zamówię piwko i poczekam, aż wydawca zejdzie. I wtedy w głowie usłyszałam głos: „Jak nie wejdziesz, nigdy nie przekonasz się, co tam jest”. Rozejrzałam się, zobaczyłam słabe staruszki, które wytrwale szły pod tę górę, i pomyślałam, że jak one mogą, to ja też spróbuję. I nagle coś się stało. Weszłam bardzo szybko, jakby ta góra się dla mnie spłaszczyła. Doszłam, padłam na kolana i zaczęłam się modlić. I znowu usłyszałam ten głos: „Ania, ty musisz wybaczyć”. Powiedziałam: „Wybaczam wam”. I wtedy odmienił mi się świat.

A co pani miała do wybaczenia?

Ojej, trochę miałam. Mój ojciec pił. Umarł, gdy byłam mała. Mama nie umiała sobie poradzić i sprowadzała do domu mężczyzn. Jeden z nich mnie molestował. Miałam wtedy dziesięć lat. Powiedziałam to mamie, ale mi nie uwierzyła. Zaczęłam wieść życie na ulicy. Robiłam, co chciałam – kradłam, brałam narkotyki. Gdy miałam 13 lat, babcia postanowiła mnie adoptować, ale w ostatniej chwili rozmyśliła się, bo dotarło do niej, że sobie ze mną nie poradzi. Nie miałam nikogo, kto by się mną zajął i wyprowadził na prostą. Czułam, że już nic dobrego mnie w życiu nie spotka. Nałykałam się leków i chciałam umrzeć. Kiedy mnie zabrano do szpitala, byłam na granicy śmierci. Uratowali mnie. Po wyjściu ze szpitala zamieszkałam z chłopakiem. Mama miała depresję i w ogóle się mną nie zajmowała.

A państwo się panią nie interesowało? Nie chciało umieścić w domu dziecka?

Musiałoby mnie najpierw złapać. Brałam amfetaminę, LSD, ecstasy. Żyłam na krawędzi. Większość moich znajomych z tamtych czasów już nie żyje albo siedzi w więzieniu. Mój pierwszy chłopak – byłam z nim, gdy miałam 13 lat – kilka lat temu pobił przed dyskoteką dziewczynę, zabił ją, a ciało wrzucił do śmietnika. Gdybym nie wyjechała do Włoch, też bym tak skończyła albo poszła do więzienia. Żeby przeżyć w tym towarzystwie, też musisz kraść, bić, sprzedawać narkotyki. Jeśli tego nie robisz, jesteś nikim.

Wyjazd do Włoch uratował pani życie.

Wpadłam z deszczu pod rynnę. Miałam być modelką, a znalazłam się w obskurnej willi pod Turynem, w szemranym night- -clubie. Miałam 16 lat. Powiedziano mi, że będę pracować jako dziewczyna do towarzystwa i chcieli, żebym została prostytutką. Zabrali mi paszport, zamknęli na klucz. Ten lokal był daleko za miastem, nie miałam jak uciekać. Był tam pokój, do którego klient mógł zamówić szampana i dziewczyny. Gdy mnie tam wysłali, zaczęłam płakać, więc koleżanka przestraszyła się, że klient się wkurzy, i kazała mi tylko otwierać szampany, a sama zajęła się nim. Później jeden z klientów mnie zgwałcił. Gdybym próbowała uciec, zaraz by mnie złapali i pobili. Mogli mnie bezkarnie przejechać samochodem, kto by się przejął młodocianą laską z Polski? Powiedzieliby „prostytutka”, bo tak by to przedstawiono policji! Wiedzieli, że mają nade mną pełną władzę. Jednak ja nie byłam bezradna. Pewnego razu do klubu przyszedł chłopak, który wyglądał na porządnego. Nie znałam wtedy włoskiego, więc łamaną angielszczyzną, trochę na migi, powiedziałam mu, żeby przyjechał następnego dnia i mnie zabrał. Udałam, że źle się czuję, więc odwieźli mnie do willi. Potajemnie przeszukałam biurko, znalazłam swój paszport, wyszłam przez okno i schowałam się w krzakach przy płocie. Modliłam się, żeby ten chłopak przyjechał – nie wiedziałam, czy mnie dobrze zrozumiał, nie wiedziałam, czy mnie nie wyda.

Przyjechał?

Na szczęście tak. Stanął przy podjeździe. Wpadłam do jego samochodu jak bomba i krzyknęłam: „Jedź!”. I tak uciekłam z kolejnej pułapki. Wiele lat później okazało się, że będę zeznawać w sprawie ludzi, którzy mnie tam wywieźli. Policja wpadła na trop szajki, toczył się proces. Ci, którzy działali we Włoszech, poszli do więzienia, a ich polski wspólnik, który to organizował w Polsce, pozostał bezkarny, bo przestępstwo miało miejsce we Włoszech i uznano, że to tam powinien być sądzony. Także tych ludzi miałam na myśli, gdy mówiłam o przebaczeniu na górze w Medziugorje. Przebaczyłam im. Wybaczyłam też mamie, że się mną nie zajmowała, zrozumiałam, że jej też kiedyś ktoś nie dał miłości. Przebaczyłam i mogłam zacząć życie od nowa. Dopóki nie przebaczymy – nie opróżnimy serca z goryczy, nie zerwiemy łańcucha przeszłości, który nie pozwala nam iść naprzód.

Nie można tak sobie zadekretować, że się przebacza. To trzeba poczuć.

To jest łaska. Ja dostałam łaskę przebaczenia, gdy weszłam na górę w Medziugorje.

Dokąd pani uciekła z klubu pod Turynem? Nikogo pani tam nie znała.

Byłam jakiś czas wcześniej w Mediolanie na castingach, przecież miałam być modelką. Pojechałam więc do Mediolanu, do agencji modelek. Pewien chłopak zabrał mnie na imprezę, na której była cała śmietanka włoskiego show-biznesu. Poznałam tam swojego przyszłego narzeczonego.

Zaczął się lepszy czas?

Obracałam się w takim towarzystwie, jak Naomi Campbell, Kevin Spacey, Leonardo diCaprio, Tina Turner, Janet Jackson. Na jednej z imprez Paris Hilton wydała 310 tys. euro w słynnym lokalu Billionaire na Sardynii, kupiła 110 butelek szampana. Moją sąsiadką w Mediolanie była Donatella Versace, a Eros Ramazzotti chciał się ze mną umawiać, gdy zobaczył moje zdjęcia w gazecie. Książę z Savoii zszedł z białego konia, później gazety rozpisywały się o naszym romansie. Dziennikarzom się wydaje, że zawsze wszystko lepiej wiedzą, a tak naprawdę nie wiedzą nic. I ja w tym świecie funkcjonowałam. Mój narzeczony na weekend zabierał mnie do Monte Carlo, Saint-Tropez… Wsiadaliśmy w samolot i w ciągu godziny byliśmy na Lazurowym Wybrzeżu. Bawiliśmy się w najdroższych klubach. Mogłam mieć, co chciałam. Jednak po dwóch latach takiej zabawy zdałam sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Miłości. Ale mój narzeczony nie wierzył w miłość. A ja miałam przed oczami Whitney Houston i innych, którzy też pozornie mieli wszystko, a popełnili samobójstwo. Dlaczego? Ja mówię, że diabeł da ci wszystko, czego pragniesz, ale potem zabierze życie.

Ja bym powiedziała, że nie ma nic za darmo. Wszystko ma swój koszt. Zwłaszcza euforia po narkotykach.

Tyle wtedy ćpałam, że mogłabym skrobać ściany i wciągać. Na trzeźwo miałam lęki, brałam proszki nasenne, proszki na odchudzanie. Ale gdy wciągnęłam kokainę, wszystko znowu zaczynało błyszczeć. Narkotyki zapełniają pustkę, którą mamy w sobie – ale tylko na krótko. Potem trzeba coraz więcej i więcej, żeby ją jakoś wypełnić. Później zostaje tylko śmierć.

Podobno wyskakiwała pani z tortu na imprezie u Berlusconiego.

Tak. Tyle że nie z tortu, a z paczki. Pracowałam wtedy w agencji reklamowej należącej do Lele Mory – LM Management – słynnej, bo jej właściciel poszedł później do więzienia za aferę z nieletnią Ruby na bunga-bunga u Berlusconiego. Wtedy jednak o tych imprezach jeszcze się nie mówiło. Pewnego razu dostaliśmy zaproszenie na przyjęcie urodzinowe. Miałam pojechać, wyskoczyć z paczki obwiązana wstążką i zaśpiewać „Happy Birthday, Mr President”, jak Marilyn Monroe. Pojechałam, nie wiedząc do kogo, dopiero gdy wyszłam z paczki, zobaczyłam, że stoję naprzeciwko premiera. A dokoła było 30 młodych kobiet i ani jednego faceta. Potem zatańczyłam z Berlusconim wolny taniec i zrozumiałam, że będzie lepiej, jeśli szybko zwieję do pokoju. Później spotkałam go jeszcze wiele razy, ale w innych okolicznościach, choćby jako narzeczona jego siostrzeńca.

Jak go pani poznała?

Prowadziłam w telewizji program, do którego widzowie wysyłali esemesy. Jakiś Paolo był szczególnie aktywny. Pisał, że jestem ładna. W końcu spotkaliśmy się na imprezie w Mediolanie. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że to siostrzeniec Berlusconiego. Owszem, przyjeżdżał z ochroniarzami luksusowym samochodem, ale wszyscy tam lubią takie wystawne życie, nie domyślałam się, że to ktoś szczególny. Spędziliśmy razem trzy lata, byłam z nim, gdy pojechałam do Medziugorje.

Kiedy pani stamtąd wróciła, postanowiła go rzucić jako część starego życia?

Nie. Spojrzałam na niego innymi oczami. Do tej pory tylko używałam ludzi, oceniałam, do czego mogą mi się przydać. Teraz doceniłam to, że on mnie szanuje. Po zejściu z góry w Medziugorje zrozumiałam, że nie mogę żyć tak jak dotąd. Powiedziałam też wydawcy, żeby wyrzucił moją książkę do kosza, bo muszę napisać ją na nowo.

A co było w niej złego?

Moje spojrzenie na świat. To była historia pełna nienawiści i pogardy do słabszych, tych, którzy nie zrobili takiej kariery jak ja. Chciałam zmienić życie i książkę. Wydawca ucieszył się, ale dodał, że teraz diabeł złoży mi propozycję nie do odrzucenia, bo nie będzie chciał mnie stracić. Od tego, co zrobię z tą propozycją, będzie zależało, co zrobię ze swoim dalszym życiem. No i propozycja przyszła. Włoski „Playboy” zaproponował mi okładkę i sesję w środku. I 30 tys. euro. Dla dziewczyn z show-biznesu taka oferta to największe marzenie. Byłam w siódmym niebie. Zadzwoniłam do wydawcy, a on mówi: „Jeśli to zrobisz, nie będę mógł wydać twojej książki”. „A co, dasz mi 30 tys. euro, jak im odmówię?” – pytam. Bo ja wtedy wszystko przeliczałam na pieniądze. Ale już zdążyłam wejść na inny poziom. Choć wydawca nie mógł mi tyle zapłacić, wiedziałam, że muszę propozycję „Playboya” odrzucić. I od tej pory stałam się kimś innym. Znajomi ciągnęli mnie na fashion week, a ja szłam do kościoła. Tam byłam sobą. Ze starego życia zostało jedynie to, że ciągle był przy mnie Paolo. I wtedy przebrała się miarka. Gazety wydrukowały esemesy, które wymieniałam z Ruby po wybuchu afery z bunga-bunga. Wyszło na to, że byłam jej częścią, a ja tylko chciałam ostrzec Ruby przed agencją Lele Mory. Zrozumiałam, że brzydzę się tym systemem. Spakowałam walizki i pojechałam do sióstr w Medziugorje. Planowałam wyjazd na dziesięć dni, ale poczułam, że muszę tam zostać dłużej. Zadzwoniłam, żeby odwołać superkontrakt, w ramach którego miałam znowu zacząć słodkie życie na Sardynii. Zamiast opalać się na luksusowych jachtach karmiłam kury w klasztorze. I byłam absolutnie szczęśliwa. Znajomi mówili, że zwariowałam. Akurat przypadała wtedy 30. rocznica objawień, zjechało się 50 tys. osób. Pomyślałam: „Okej, jeśli ja jestem wariatką, to znaczy, że oni też. Czy tyle osób może być szalonych?”. Sprzedałam mieszkanie, samochód i zostałam tam trzy lata, żywiąc się tym, co przynieśli pielgrzymi. To był najpiękniejszy okres w moim życiu. Dopiero tam mogłam sama sobie zajrzeć do środka i otworzyć się na innych.

A nie było pani żal Paola?

Robił, co się da, żebym wróciła do Mediolanu. Przyjeżdżał do sióstr, tłumaczył: „To nie moja wina, że pochodzę z takiej rodziny”. Ale ja nie chciałam już tak żyć. Przyjaźnię się z Paolem, ale od kiedy wyszłam za mąż, nie widujemy się, bo wiem, że on wciąż coś do mnie czuje. Z mężem poznały mnie siostry. Wzięliśmy ślub półtora roku temu. Nie ma nic wspólnego z kolorowym światem mody, jest geodetą, wiedziemy zwyczajne życie. Nie mam już gosposi, nauczyłam się ręcznie robić makaron, sama piekę pizzę, nosze zwykłe ciuchy, przytyłam 18 kg. I czuję, że żyję.

Jest pani szczęśliwa?

Najszczęśliwsza byłam w zakonie. Teraz prowadzę Ruch Czystych Serc (Cuori Puri), który założyłam we Włoszech. Należą do niego młodzi ludzie, którzy do ślubu żyją w czystości. Na znak tego postanowienia noszą obrączki. Dochody z książki przeznaczam na działalność ruchu. Jeżdżę też po Europie i daję świadectwo swojego nawrócenia w kościołach i wspólnotach. Żeby mówić innym, jak powinni żyć, trzeba być przykładem, wyjść na pole bitwy, jakim jest życie, i walczyć. Chcę ludziom przekazać, że każdy może być kimś ważnym, nawet jeśli byłoby to trudne – tylko że teraz bycie ważnym znaczy dla mnie co innego: być wyjątkowym, bo każdy jest wyjątkowy. Jestem żoną, prowadzę dom. Jestem kochana i uczę się kochać. Tworzymy typową włoską rodzinę, często się z mężem kłócę, ale nigdy nie idziemy spać obrażeni. Zawsze, zanim skończy się dzień, przebaczamy sobie. Bo właśnie tak powinna wyglądać miłość.

Nie tęskni pani do weekendów w Saint- -Tropez?

Za nic bym nie wróciła do tamtego życia. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 52/2015
Więcej możesz przeczytać w 52/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także