Czy Unia Europejska przetrwa rok 2016

Czy Unia Europejska przetrwa rok 2016

Wspólna waluta bez wspólnego państwa długo nie przetrwa. To samo dotyczy wspólnego parlamentu bez wspólnego elektoratu. Oraz unijnego prezydenta, który raportuje do podległych mu premierów i nie ma armii do obrony swoich granic.

Europejskie uczelnie nędznie wypadają w światowych rankingach, ale jest nauka, w której nie mają sobie równych – integracja europejska. Unikalny przedmiot mający promować ideę europejskiej jedności – idealnego systemu zrodzonego na gruzach egoizmów narodowych. Nauka oparta jest na dogmacie nieodwracalności procesu i założeniu, że prymitywne sentymenty narodowe mogą być zduszone przez wyższą świadomość. Acquis communautaire – fundament wspólnoty, bez którego nasza cywilizacja przestałaby istnieć. Jeżeli chcemy żyć w pokoju i dobrobycie, to kompetencje scedowane na Brukselę nigdy nie mogą być zwrócone narodowym stolicom. To chyba najbliżej, jak świecka Europa zbliżyła się do dogmatu poddaństwa, od czasów namaszczania królów przez stolicę apostolską.

WYBORY W CIENIU BRYTYJSKIEGO „ROKOSZU”


Jak każdy ustrój zrodzony z nauk filozofów czy teologów, wcześniej czy później boleśnie musi skonfrontować się z rzeczywistością. Czy ta idealistyczna konstrukcja przeżyje 2016 rok? Trochę zależy od skali przyszłorocznych wstrząsów i niepokojów. Ale już dziś wiemy, że utrzymywanie wspólnej waluty bez wspólnego państwa długo nie potrwa. To samo dotyczy wspólnego parlamentu bez wspólnego elektoratu. Unijnego prezydenta, który raportuje do podległych mu premierów i nie ma armii do obrony swoich granic. Kwintesencją tego przeintelektualizowanego tworu pozostaje Komisja Europejska, która im więcej przejmuje kompetencji rządów narodowych, tym zdaje się mieć mniejszy mandat społeczny do rządzenia. Wszystkie scenariusze na 2016 r. zwracają uwagę na serię wyborów europejskich, które nie tylko mogą rozbić dotychczasową wewnętrzną równowagę polityczną, jak to ostatnio miało miejsce w Hiszpanii, ale też podważyć samą ideę demokracji regulacyjnej. Rządów unijnych ekspertów ponad głowami wybranych przedstawicieli narodu. W Hiszpanii lewacka Podemos i ultraliberalna Ciudadanos podważają ideę nadrzędności unijnych praw nad hiszpańskimi. W sąsiadującej z Hiszpanią Portugalii komuniści i socjaliści odwołali w 2015 r. rząd, zapowiadając rewolucyjne zmiany w kierunku greckich rządów Tsiprasa.

Najpoważniejszym jednak zagrożeniem dla obecnej formuły Unii będzie brytyjskie referendum planowane wstępnie na czerwiec. To będzie zwrotny punkt w historii Unii Europejskiej. Niezależnie od tego, czy Bruksela złamie się i przystanie na żądania Camerona, czy też referendum przesądzi o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Tak czy owak pierwsze państwo, które jasno powie, że partykularny interes narodowy musi być ważniejszy od unijnej solidarności, ustanowi granice dalszej integracji. Po ostatnich regionalnych wyborach we Francji, gdzie Marine Le Pen nie zdołała zapewnić sobie miejsc w lokalnych władzach, prawdopodobieństwo jej zwycięstwa w wyborach prezydenckich w 2017 r. wydaje się mniejsze, choć i tu wiele zależy od brytyjskiego referendum, które może tchnąć nowy wiatr w żagle eurosceptyków. W cieniu brytyjskiego „rokoszu” odbywać się będą też wybory na Słowacji, w Irlandii i Rumunii. W każdym z tych państw ugrupowania kontestujące tradycyjne partie i całą scenę polityczną ukształtowaną 15-20 lat temu mają spore szanse na silną reprezentację i mogą mieć znaczny wpływ na przewartościowanie dotychczasowych relacji z Berlinem i Brukselą.

OSŁABIENIE OSI BERLIN – PARYŻ

Obserwatorzy szczególnie uważnie będą się przyglądali wyborom do pięciu landów w Niemczech. Już dziś mówi się o nich jako o wyborach zastępczych, czyli testujących pozycję Angeli Merkel przed generalnymi wyborami w 2017 r. Notowania pani kanclerz po kryzysie uchodźczym mocno ucierpiały i coraz słabsza jest jej pozycja wewnątrz rządzącej koalicji. Jeżeli Chrześcijańska Demokracja (CDU) przegra wybory do landów, co dziś wydaje się całkiem realne, należy się spodziewać drastycznego zwrotu w polityce imigracyjnej, a co za tym idzie, radykalizacji postaw poszczególnych państw Południa, jeżeli chodzi o ochronę własnych granic.

W miarę zbliżających się wyborów Merkel będzie się koncentrować na wydarzeniach wewnętrznych i unikać zwarć na arenie międzynarodowej. Pytanie, kto zastąpi ją w rozmowach z Rosją o Ukrainie, z Turcją o imigrantach. Osłabienie pozycji Berlina oznaczałoby próżnię w unijnej konstrukcji. Francja nie jest gotowa na przejęcie roli lidera Europy. Wciąż poraniona zamachami terrorystycznymi, z podzielonym wewnętrznie społeczeństwem i zadłużeniem powyżej wyporności swojej gospodarki, sama szuka sposobów, żeby stanąć na nogi. Rząd w Paryżu podjął ostatnio wiele reform mających uzdrowić rynek pracy, rynek finansów i przede wszystkim zredukować rozbuchane świadczenia socjalne, ale proces idzie opornie i z pewnością nie zakończy się w 2017 r. Naturalnym sojusznikiem dla Francji, a może i dla Niemiec, byłaby Wielka Brytania. Oczywiście pod warunkiem, że zdoła porozumieć się z Brukselą co do swojego specjalnego statusu w ramach Unii. Jednak osłabienie dotychczasowej osi Berlin – Paryż, nawet gdyby to miał być przejściowy okres jednego roku, spowoduje wyrwę i destabilizację na arenie międzynarodowej, znacząco osłabiając wszelkie negocjacje z Rosją, zarówno dotyczące bezpieczeństwa granic, jak i dyktatu energetycznego.

Świadomie w tym tekście pomijamy rolę Polski w scenariuszach dezintegracyjnych. Niemniej osłabienie Niemiec może zmusić polski rząd do aktywnego budowania nowych sojuszy i wzmacniania starych. Zarówno z Wielką Brytanią i USA, jak i nawet nowymi partnerami, jak Turcja. Nie sądzimy, żeby rząd PiS mógł stać się zapłonem rozpadu unijnych struktur. Nawet jeżeli do władzy doszedł, kontestując zastany układ społeczno-gospodarczy, to jest twardym obrońcą naszej pozycji w ramach UE. To prawda, że rząd Beaty Szydło budzi negatywne emocje na Zachodzie, a zwłaszcza w Niemczech, ale to raczej z obawy przed wzmocnieniem konserwatywnej frakcji w Europie i blokowaniem dalszych procesów integracyjnych.

Obie strony konfliktu zgadzają się co do nieuchronności zmian. Albo UE zacznie przekształcać się w 2016 r. w federacje z silnym rządem centralnym i jeszcze mniejszą rolą rządów narodowych, albo nastąpi polityczne rozprzężenie i mniej lub bardziej skoordynowane przejście w kierunku luźnej unii wspólnoty gospodarczej.

OGRANICZONE POLE MANEWRU

Mimo ogromnych ambicji przywódców Niemiec i Francji Unii Europejskiej wciąż daleko do stworzenia wspólnoty państwowej. Nadal pozostaje przestrzenią politycznych nadziei. Organizacją rozmaitych instytucji i ludzi dobrej woli wieszczących wartości, których nie są w stanie bronić, i nawet niewiedzących, czy powinni próbować. Przed uchodźcami, których raz nazywają zagrożeniem, a innym razem błogosławieństwem. Przed coraz śmielszymi prowokacjami armii Putina, któremu raz grożą, a za chwilę głaszczą i obiecują szybką normalizację.

Dobroduszność elit, niezborność administracji i procesu decyzyjnego, pogłębiana zastojem gospodarczym, powodują, że europejscy przywódcy mają coraz bardziej ograniczone pole manewru. 20 lat aktywnego rozbrajania największych europejskich armii i przekierowywania pieniędzy z ochrony granic na ochronę przywilejów socjalnych powoduje, że najpotężniejsze armie Europy utraciły fizyczną zdolność do blokowania rosyjskiej agresji. I tak Niemcy mają poważny problem ze znalezieniem odpowiedniej liczby sprawnych helikopterów, żeby w ciągu tygodnia przerzucić 8-10 tys. wojsk desantowych do wschodniej Polski. Rosja z kolei potrzebuje zaledwie 72 godzin na przerzucenie 60 tys. żołnierzy do Europy Środkowej.

Trudno dziś znaleźć ekspertów, którzy wierzą w skuteczność europejskiego programu ograniczania fali uchodźczej. Setki tysięcy zubożałej ludności w Azji i Afryce, zachęcone sukcesami swoich rodaków, już dziś szykują się do wiosennego „podboju” Europy. Rządy Szwecji, Danii, Holandii oficjalnie mówią o konieczności ograniczenia napływu uchodźców, ale co innego deklarować, a zupełnie czym innym jest podjęcie konkretnych decyzji, blokowanie granic czy wręcz siłowa eksmisja obcokrajowców wbrew lewicowym grupom nacisku. Równie trudno jest sobie wyobrazić, że tajne służby we Francji czy w Niemczech zdołają zapobiec kolejnym aktom terroru, wyeliminować z grup uchodźczych wszystkie osoby zwerbowane czy wręcz będące agentami Państwa Islamskiego. Umowa z Schengen o bezgranicznym ruchu nie przetrwa kolejnego zamachu terrorystycznego. Istniejące już ramy prawne do przywrócenia granic zostaną pewnikiem uruchomione, co wymusi debatę nad sensem dalszej integracji.

BOGACTWO POWOLI SIĘ KOŃCZY

Europejski dobrobyt, tak jak europejska mocarstwowość, okazał się sztucznie podtrzymywaną iluzją brukselskich elit. 15 lat od ogłoszenia ambitnej strategii lizbońskiej, mającej przywrócić konkurencyjność europejskiej gospodarce i unijnym uczelniom, dokument wygląda jak farsa. Z 50 najlepszych szkół wyższych na świecie według Listy Szanghajskiej Ameryka ma dziś ponad 30 uczelni (o pięć więcej niż 15 lat temu), Wielka Brytania – sześć, a na samym kontynencie zostały nam dwa, w porywach trzy ośrodki akademickie mieszczące się w czołówce światowego rankingu.

W ciągu tych 15 lat na świecie dokonała się rewolucja telekomunikacyjna – rynek zdominowały dwa urządzenia Apple’a i Samsunga. Największe unijne osiągnięcie w tym czasie, Airbus, wyceniany jest dziś na 50 mld euro – czyli tyle co start-up Uber liczący zaledwie kilka lat. Dwie największe firmy innowacyjne w Ameryce – Apple i Google – wyceniane są dziś na bilion euro, czyli tyle co 30 największych firm w UE. Ze 112 największych na świecie start- -upów zaledwie dziesięć ulokowanych jest w Europie (73 w Ameryce i 27 w Azji). UE wydaje rocznie 13 mld euro na innowacje. Na pozór to sporo, ale jedna amerykańska uczelnia – Uniwersytet Stanforda – dysponuje funduszem na rozwój zaawansowanej myśli technologicznej wartości 16 mld euro, i to bynajmniej nie jest jedyny ośrodek innowacyjności w samej tylko Kalifornii.

Bogactwo budowane przez 30 lat od końca II wojny światowej powoli się kończy. Żadnego z europejskich państw nie stać dłużej na finansowanie rozrzutnego stylu życia, ale też żadnego rządu nie stać na powiedzenie tego swoim wyborcom. Żadnego z dotychczasowych rządów. Nowe partie budowane na kontrze do dotychczasowego establishmentu politycznego nie mają już takich obciążeń, ale też rozwiązania oferowane przez młodych działaczy skrajnej lewicy czy prawicy będą podważały dotychczasowy układ sił z Brukselą. Kolejne załamanie euro, kryzys wypłacalności największych banków, skok bezrobocia czy choćby ponowne pogłębienie się greckiego kryzysu – każdy z możliwych kryzysów, który wykaże bezradność unijnych struktur, może stać się katalizatorem do dalszej dezintegracji czy choćby przyjęcia rozwiązań proponowanych przez Camerona.

Ci, którzy mają jeszcze złudzenia, powinni prześledzić reakcje Brukseli na kryzys 2008 r. Spóźnione decyzje, błędne diagnozy i nieumiejętność uczenia się na błędach. Dwa lata źle zaadresowanego stymulowania gospodarki nie tylko nie zapewniły wzrostu gospodarczego, ale dodatkowo pogrążyły największe państwa w długach hamujących jakikolwiek rozwój. Średnie zadłużenie publiczne państw eurostrefy wzrosło do 87 proc. PKB, przy utrzymaniu większości świadczeń socjalnych. Światowe wskaźniki innowacyjności pokazują, jak z roku na rok pryskały szanse na zwiększanie konkurencyjności i innowacyjności unijnych firm. Lekcja, jaką dla Brukseli powinno być cudowne uzdrowienie takich państw, jak Łotwa, Estonia, Litwa, została zmarnowana nie tylko w przypadku Grecji, której pozwolono na niekończące zadłużanie się bez reform, ale nawet wobec największych państw Unii ociągających się z reformami – Włoch, Austrii, Francji.

BOLĄCZKI EUROPEJSKIEJ GOSPODARKI

Włoski ekonomista Francesco Giavazzi, członek europejskiej rady gospodarczej i doradca amerykańskich banków, w 2005 r., u szczytu boomu gospodarczego, powiedział: „Bez głębokich reform obejmujących cały system gospodarczy i polityczny UE za dziesięć lat stanie przed pytaniem, czy przeżyje kolejny rok”. Giavazzi i wielu ekonomistów po nim wielokrotnie wskazywało na bolączki europejskiej gospodarki. Problemy i recepty są doskonale znane. Za dużo ingerencji państwa, za dużo regulacji, za wysokie i nieprzejrzyste podatki, które toną w odmętach socjalnych wydatków. Europa wydaje dziś o 10 proc. więcej swojego PKB na osłony socjalne niż Stany Zjednoczone, Kanada i Japonia razem wzięte. Żeby zapewnić stały dopływ pieniądza, kraje Unii opodatkowują pracę na wielokrotnie wyższym poziomie niż USA, nie mówiąc o krajach azjatyckich. Efektem jest nie tylko większe bezrobocie, ale też mniejsze inwestycje w innowacyjność i edukację, co oznacza niższą wydajność gospodarki i stopniowe ubożenie obywateli.

Ale najpoważniejszym problemem pozostają marnowane szanse. Fundamentalne reformy gospodarcze nadchodzą zwykle po wielkich kryzysach. Wielka Brytania – lata 70., Stany Zjednoczone – lata 80., Szwecja i Finlandia – 1990 r. – i oczywiście Polska – 1989 r. Rok 2008 nie przyniósł żadnych fundamentalnych zmian. Kryzys niczego UE nie nauczył, przeciwnie: strategia i polityka gospodarcza sprowadzały się do obrony zdobyczy socjalnych. Konserwowania istniejącego systemu. Ale jak to zauważył swego czasu filozof i ekonomista Friedrich Hayek: „Nie ma czegoś takiego jak kryzys, który przechodzi bokiem. Jest tylko kryzys, który odkładamy w czasie, żeby zrujnował nas w dwójnasób przy kolejnym nawrocie”. Czy Europa dostanie jeszcze szansę w 2016 r. i pożegna się ze swoimi akademickimi mrzonkami? Oby, ale na wszelki wypadek radzimy rektorom rozbudowę swojego curriculum vitae o nowy przedmiot – procesy integracji i dezintegracji w Europie.

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 1/2016
Więcej możesz przeczytać w 1/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0