Przyszła wojna światów

Przyszła wojna światów

Media pokazują dziś wojnę z Państwem Islamskim. Światowe potęgi militarne przygotowują jednak swoje armie do konfliktu o nieporównywalnie większej skali.

Obecna potyczka z ISIS, wcześniejsze interwencje zachodnie w Afganistanie i Iraku czy rosyjska w Gruzji i na Ukrainie są tylko przedsmakiem tego, co zakładają planiści „wielkiej wojny”. Gdzie może wybuchnąć? Z pewnością w żadnym z miejsc znanych ostatnio z relacji medialnych. Nie będą to Syria, Irak, Palestyna. Tam ledwie się tlą lokalne pożary, które czasami wymagają interwencji wojskowej, ale nie walki na śmierć i życie. „Wielką wojnę” może obecnie stoczyć – lub będzie mogło w bliskiej przyszłości – ledwie kilka państw, i to one właśnie nadają kierunek militarnym wysiłkom świata. Chodzi przede wszystkim o Stany Zjednoczone – ewentualnie całe NATO, Chiny, Rosję i Indie. Ich wysiłki idą w podobnym kierunku: utrwalenia lub zdobycia zdolności do walki w skali globu lub przynajmniej wschodniej hemisfery (Rosjanie, Chińczycy, Hindusi).


W przypadku USA, z powodu bezpiecznego położenia pomiędzy dwoma oceanami, nacisk jest kładziony na ekspedycyjny charakter armii, w przypadku pozostałych trzech potęg – na działania w oparciu o ich własne terytoria. Gdyby wybuchł konflikt na masową skalę, nie każdy zakątek świata będzie w takim samym stopniu narażony na pożogę. Teatrem „wielkiej wojny” staną się przede wszystkim Pacyfik i Azja Wschodnia, gdyby stanęły do niej USA i Chiny; styk Rosji z państwami NATO ciągnący się od Arktyki po Morze Śródziemne, gdyby Sojusz starł się z Federacją Rosyjską. W tym drugim przypadku, jak łatwo zauważyć, Polska leży dokładnie pośrodku potencjalnego frontu.

Z POWIETRZA I Z MORZA

Kształt każdej przyszłej „wielkiej wojny” wyznaczają Stany Zjednoczone, choć raczej nie one ją rozpoczną, ponieważ są mocarstwem broniącym stanu posiadania, a nie wygłodzoną, wschodzącą potęgą. To Ameryka nadaje i przez dziesięciolecia jeszcze nadawać będzie ton strategii, technologii militarnej oraz penetracji nowych obszarów rzeczywistości na potrzeby militarne. Nie ma na świecie państwa, które pod tym względem mogłoby się z nią równać. Chiny to ledwie naśladowca, co nie znaczy wcale, że nie mogą się wkrótce stać bardzo niebezpieczne. Przygotowania militarne Ameryki są pochodną trzech fundamentalnych punktów doktryny strategicznej USA, niezmiennej od początków XIX w., do której tylko dopisywane są kolejne przestrzenie operacyjne pojawiające się wraz z rozwojem technologii. Po pierwsze, nie wolno dopuścić do rozwinięcia się na kontynentach amerykańskich żadnej potęgi zdolnej do zagrożenia bezpieczeństwu USA na lądzie. Po drugie, należy dominować północny Atlantyk i północnyPacyfik, aby nie dopuścić przeciwnika do wybrzeży USA. Po trzecie, nie wolno dopuścić do zdominowania Eurazji przez jedno mocarstwo, gdyż jako całość przewyższa ona potencjałem Stany Zjednoczone i mogłaby je pokonać. Najbardziej rozwojowy jest punkt drugi, Waszyngton wywiódł z niego odziedziczoną po Brytyjczykach doktrynę panowania na światowych oceanach (lepiej panować nad całymi wodami światowymi niż tylko nad ich północnym wycinkiem), w przestrzeni powietrznej, kosmicznej i wreszcie – w cyberprzestrzeni. Z każdego z tych obszarów może przyjść zagrożenie dla Ameryki, trzeba więc je kontrolować.

USA konsekwentnie realizują powyższe punkty, co doprowadziło do tego, że konflikt na terenie Stanów Zjednoczonych jest nierealny, a możliwości napadu powietrznego mocno ograniczone, dlatego przyszłą „wielką wojnę” Ameryka stoczy z dala od swoich brzegów. W ostatnich latach znalazło to wyraz w koncepcji AirSea Battle (ASB), czyli bitwy powietrzno-morskiej, która jest dominującą doktryną wojenną USA, choć niedawno zmieniła ona nazwę, ale pozostańmy przy starej, dobrze już zakorzenionej. ASB to odpowiedź na potencjalne zagrożenie ze strony Chin. Ma charakter zarówno ofensywny, jak i defensywny. ASB zostanie stoczona w wielu obszarach: w powietrzu, na morzu, lądzie, w kosmosie i cyberprzestrzeni. Chodzi w niej – w uproszczeniu – o ochronę swoich baz oraz szlaków komunikacyjnych w Azji i na Pacyfiku, a także jednoczesne przełamanie takiej obrony przeciwnika.

PRZYCZAJONY SMOK

Chiny od dekady rozwijają środki ataku umożliwiające rażenie amerykańskich baz na Pacyfiku oraz zespołów uderzeniowych floty (rakiety balistyczne i manewrujące, samoloty niewidzialne dla radarów, radary pozahoryzontalne). Celem tych starań jest uzyskanie przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą zdolności do przełamania tzw. pierwszego łańcucha wysp, czyli amerykańskich instalacji wojskowych oraz systemów obrony państw sojuszników USA na zachodnim Pacyfiku: Filipin, Tajwanu, Okinawy, Wysp Japońskich . Rządcy Pekinu myślą także o przebiciu się przez tzw. drugi łańcuch wysp, czyli kolejny amerykański pas bezpieczeństwa ciągnący się od Japonii do Papui (Mariany – w tym wielka baza powietrzna i morska na Guam, archipelag Ogasawara, Iwo Jima; niekiedy dodaje się tu też Midway). Dalej jest już terytorium USA – Hawaje i zachodnie wybrzeże.

Cel Ameryki w ramach ASB jest prosty – nie pozwolić Chinom wychylić się za pierwszy łańcuch wysp i zmiażdżyć ich potencjał militarny zza tej zasłony. Konflikt ten zacznie się od równoczesnych i równoległych ataków na sieci komputerowe, satelity, systemy radarowe i naprowadzania, by oślepić oraz ogłuszyć przeciwnika, potem nadlecą samoloty uderzeniowe, rakiety balistyczne oraz manewrujące, by zniszczyć infrastrukturę wojskową. W wojnie z pewnością zwyciężą USA, jeśli dojdzie do użycia broni nuklearnej; gdyby jednak był to tylko konflikt konwencjonalny, sprawy bardziej się komplikują. Pierwszą fazę starcia mogą wprawdzie wygrać bardziej zaawansowani technologicznie Amerykanie, ale wynik fazy drugiej, czyli twardego siłowania się na samoloty, okręty, bomby i żołnierzy, nie jest już taki pewny. Jak wykazują symulacje wojny dokonane na zamówienie Departamentu Obrony, chińskie samoloty i rakiety, choć mniej zaawansowane technologicznie, mogą się przebić przez amerykańskie systemy obrony. Rzecz w dużej liczbie użytych środków napadu. Cztery piąte z nich wprawdzie zostanie unicestwionych, ale jedna piąta wystarczy, by poczynić znaczące zniszczenia w pierwszym, a nawet drugim łańcuchu wysp oraz w amerykańskich flotach: VII (baza w Jokohamie) i III (baza w San Diego) operujących na Pacyfiku. Obie strony mają wystarczający potencjał do długotrwałego starcia o charakterze totalnym i – co najważniejsze – przygotowują się do niego. Tak na wszelki wypadek.

NA ZAPAD

W starciu NATO z Rosją sprawy będą się miały dokładnie odwrotnie niż z Chinami. Jeśli będzie to konflikt nuklearny, Rosja ma spore szanse, może nie na zwycięstwo, ale na przyzwoity rozejm, bo cały czas dysponuje potencjałem jądrowym wystarczającym do poczynienia zniszczeń na terenie Europy, a nawet USA, o niewyobrażalnej skali. Jeśli zaś konwencjonalny – nie posiada ich wcale.

Jak Moskwa postrzega i planuje „wielką wojnę”, pokazują powtarzane cyklicznie manewry „Zapad”. Niby armie rosyjska i białoruska ćwiczą w nich przeciwdziałanie terroryzmowi, w rzeczywistości jednak wojsko jest testowane do konwencjonalnej wojny z Paktem. O ile w AirSea Battle o wyniku konfliktu zdecydują siły lotnicze oraz morskie, o tyle Rosja stawia na wojska lądowe: zmechanizowane i pancerne. To one przyjmą na siebie główny ciężar konfliktu, a lotnictwo i jednostki rakietowe będą pełnić funkcję pomocniczą. Od 2013 r. Rosjanie ćwiczą przerzut drogą lotniczą i kolejową dużej liczby żołnierzy, chodzi o zdobycie zdolności do szybkiej koncentracji na wybranym odcinku, by w możliwie krótkim czasie pierwszy rzut uderzył na przeciwnika, zanim zmobilizuje on swoje zasoby do skutecznej obrony. Można zatem spodziewać się na początku „wielkiej wojny” błyskawicznej ofensywy lądowej na terytorium Polski, która wbije się klinem w nasz kraj, zanim nadejdzie pomoc. Gdyby wybuchła „wielka wojna” między Rosją a NATO, prawdopodobieństwo użycia w niej broni nuklearnej jest dużo większe niż w przypadku starcia USA z Chinami, rosyjscy przywódcy wiedzą bowiem doskonale, że ich wojska konwencjonalne ustępują zachodnim. W takim wypadku przewidują użycie taktycznych głowic jądrowych, by zniwelować tę przewagę. To doktryna ograniczonego użycia broni atomowej bez wymiany morderczych ciosów między mocarstwami przy użyciu jej strategicznej odmiany. Niestety, konflikt ten zostanie stoczony przede wszystkim na terytorium Polski, to nasze ziemie oraz przebywające na nich wojska staną się także głównym celem uderzeń nuklearnych.

Gdyby Rosjanie zaatakowali pełną siłą, nasza armia nie będzie w stanie ich pokonać, europejskie państwa NATO nie posiadają zaś wystarczającego potencjału i woli politycznej, by wejść od razu do akcji. Pozostają więc Stany Zjednoczone. Amerykanie utrzymują obecnie w Europie zaledwie dwie brygady sił lądowych na stałe i jedną rotacyjnie, w razie inwazji rosyjskiej musieliby zatem dopiero przerzucać wojsko przez Atlantyk. W takiej sytuacji konieczne będzie uzyskanie panowania w powietrzu. O ile więc Rosja uderzy przede wszystkim siłami lądowymi, NATO – lotniczymi i rakietowymi. A wszystko to będzie się działo nad naszymi głowami, siejąc spustoszenie i śmierć.

KTO JESZCZE CHĘTNY NA WIELKĄ WOJNĘ?

Poza dwoma najgorętszymi stykami mocarstw, czyli Pacyfikiem i Europą Środkową, „wielka wojna” mogłaby wybuchnąć także między Chinami a Indiami oraz Rosją a Chinami. W obu wypadkach jest duże prawdopodobieństwo użycia broni nuklearnej. Warto jednak zauważyć, że choć między Pekinem a Delhi czy Pekinem a Moskwą jest niemało sporów, w tym terytorialnych, na przeszkodzie konfliktowi na wielką skalę stoi geografia. Chiny są oddzielone od Indii Himalajami i Karakorum, natomiast od zaludnionego centrum Rosji – Syberią.

„Wielka wojna” może wybuchnąć, ale wcale nie musi. Obecnie prawdopodobieństwo odpalenia zapalnika nie jest wysokie, ale rytm świata wyraźnie przyspieszył. Coraz silniej wybrzmiewają różnice interesów między mocarstwami, głośniej są artykułowane ambicje rosnących potęg – szczególnie Rosji i Chin. W strefach potencjalnego wybuchu konfliktu nasilają się spory terytorialne (Krym, Donbas, Arktyka, wyspy na Morzu Południowochińskim), które jeszcze dekadę temu były uśpione. To na razie ledwie pomruki, ale armie głównych mocarstw już teraz są gotowe do konfliktu światowego, gdyby przerodziły się w ryk. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 1/2016
Więcej możesz przeczytać w 1/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • bez-nazwy IP
    belaruspartisan.org/politic/329257/

    Czytaj także