Gdzie są chłopcy z Nangar Khel

Gdzie są chłopcy z Nangar Khel

Ten proces, nazywany też „procesem o honor żołnierzy”, trwa osiem lat. Jest bezprecedensowy w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości, który od II wojny światowej nie badał zbrodni wojennej.

Późną jesienią 2007 r. siedmiu żołnierzy, którzy kilka tygodni wcześniej wrócili z Afganistanu, usłyszało zarzut ludobójstwa, zbrodni wojennej, celowego ostrzelania wioski Nangar Khel, w wyniku czego zginęło ośmioro mieszkańców, w tym kobiety i dzieci. Już w Polsce na wniosek prokuratury sąd aresztował żołnierzy. Groziła im kara dożywocia. Wojsko przeżyło wstrząs. Sprawa Nangar Khel wywołała szok wśród opinii publicznej. Ludzie pytali: „Jak to, nasi chłopcy… nasi żołnierze?”. Dziś wiemy, że to najmocniejsze oskarżenie – zarzut zbrodni wojennej – upadł w sądzie. Ale sprawa Nangar Khel wcale się nie kończy. 11 stycznia rusza kolejna jej sądowa odsłona.


ŻYCIE PO „NANGAR KHEL”

Jak ułożyły się losy oskarżonych żołnierzy? – Pyta pani o życie po „Nangar Khel”? Niech pani raczej napisze, że to życie z piętnem „Nangar Khel” – mówią. Lata procesu na wszystkich odcisnęły piętno. Są trochę wycofani, zdystansowani, ostrożni. Ważą słowa, boją się, że mogą powiedzieć coś, co zaszkodzi w procesie. – Ale się nie załamali. Próbują żyć. To silni ludzie – mówi żołnierz, znajomy całej siódemki. W Krakowie stacjonują Czerwone Berety, czyli 6 Brygada Powietrznodesantowa, podlegał jej 18 Bielski Batalion Desantowo-Szturmowy, w którym służyli oskarżeni żołnierze. Środowisko polskich spadochroniarzy stanęło za nimi murem. – To mogło się przydarzyć każdemu z nas. Prawie wszyscy z brygady byliśmy na misji. Niektórzy po kilka razy – mówi oficer i przypomina, że czterech spadochroniarzy zginęło w Afganistanie, a kilkudziesięciu zostało rannych. Jeszcze zanim zapadł wyrok uniewinniający, „siódemka z Nangar Khel” została przywrócona do służby. Praca miała im pomóc w powrocie do normalności. Musieli też zarabiać. Proces pochłonął oszczędności ich i rodzin. – Nie było łatwo, prawnicy, dojazdy. Wszystko kosztowało – mówi Władysław Bywalec.

– Czuliśmy wsparcie kolegów. Gorzej było wyżej – opowiada chor. Andrzej Osiecki ps. Osa. – Dowódca pozytywnie opiniował moje wnioski o kurs oficerski, a i tak nie było zgody wyższych przełożonych – mówi „Osa”, który jeszcze w trakcie procesu skończył amerykanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zrobił też studia podyplomowe. Atutami chorążego są angielski i doskonała sprawność fizyczna. – Żołnierz musi się rozwijać, ćwiczyć, stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej i wyżej, a ja gnuśniałem. Kolejne wnioski o kurs lądowały w koszu, więc odszedłem – mówi. Ale nie ma w nim żalu. – Zacząłem nowe życie. Ta sprawa nie może zostać w mojej głowie, bo zwyciężą „oni” – mówi z uśmiechem. Stara się szukać dobrych stron. – Poznałem wielu fantastycznych ludzi – mówi i wymienia prawników, którzy reprezentowali żołnierzy pro bono, generałów: Waldemara Skrzypczaka, byłego dowódcę wojsk lądowych, który za nich poręczył, Sławomira Petelickiego, twórcę GROM-u, oraz Jerzego Wójcika, byłego dowódcę 6 brygady. – Dwaj ostatni już nie żyją, ale ich pomoc dała nam wielką siłę – podkreśla chorąży. „Osa” dziś pracuje w cywilu i realizuje swoje pasje: trenuje, podróżuje, czyta. – Szkoda, że nie jestem w wojsku, bo wojsko kocham, ale nie można oglądać się za siebie – mówi. Pytany o proces odpowiada: – Chciałbym mieć to już za sobą.

Z armią pożegnali się też plut. Tomasz Borysiewicz „Borys” i st. szer. Damian Ligocki „Ligo”. Obaj to prawdziwi twardziele. Urodzeni żołnierze. „Borys” jest weteranem misji zagranicznych. Przed Afganistanem był w Kosowie i Iraku. Jak opowiadają jego koledzy z 18 batalionu, jest spokojny… ale do czasu. Kilka lat temu media obiegła informacja, że został skazany za pobicie. Jak to się stało? Stołówka w jednostce w Bielsku. „Borys” jadł pomidorówkę. Obok żołnierz czyścił buty. „Borys” poprosił, aby przestał. Poprosił raz, drugi i nerwy mu puściły. – Krew nie woda, ale to dobry człowiek i dobry żołnierz – mówi spadochroniarz, który z nim służył. – Prostolinijny, twardy, wali prosto z mostu – dodaje.

To właśnie „Borys” po wyroku uniewinniającym mówił do kamer: „Nie jesteśmy święci, nie jesteśmy grzecznymi chłopakami. My jesteśmy żołnierzami. Mamy się bić za ojczyznę… Do tego nas szkolą”. A na pytanie o proces wypalił: „Lepiej, żeby pięciu nas sądziło, niż pięciu niosło”. Dziś „Borys” jest już emerytem wojskowym. Ma za sobą 16 lat służby. Przeniósł się do Warszawy. Zaczął nowe życie, ale w środku został żołnierzem. St. szer. Damian Ligocki „Ligo”. To też typ twardziela, ale takiego z uśmiechniętymi oczami. Niewysoki, muskularny, ogolony na łyso. Podczas procesu pierwszy zdecydował się na pokazanie twarzy i ujawnienie danych. W czasie przerw w rozprawach wychodził, żartował z dziennikarzami. U jego boku stała żona Barbara – atrakcyjna, wysportowana szatynka. Ich pasją są szybkie motocykle, sport i wojsko. Pod Nangar Khel „Ligo” był gunnerem, strzelcem pokładowym w hummerze. Jako jedyny miał inny zarzut niż pozostała szóstka: ostrzelanie z broni maszynowej niebronionego obiektu. Groziło mu do 25 lat. „Ligo” do wojska trafił jako młody chłopak. Zaraz po technikum został żołnierzem zasadniczej służby w batalionie w Bielsku- -Białej. Spodobało mu się. Został szeregowym nadterminowym i pojechał na misję do Bośni. Jak opowiadał, po Bałkanach wiedział już, że chce być żołnierzem. W Polsce się nie udało: cięcia kosztów, redukcja armii, brak miejsc na kursie dla podoficerów. „Ligo” musiał odejść. Ale nie chciał zrezygnować z marzeń. Zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej. Po paru latach zmieniły się przepisy, więc wrócił. Znowu trafił do 18 batalionu. Po roku służby wyjechał do Afganistanu.

WOJSKO TO ICH ŻYCIE

Na decyzję sądu czeka ppor. Łukasz Bywalec ps. Bolec. W Afganistanie był dowódcą plutonu, ale miał małe doświadczenie, bo do batalionu trafił zaraz po szkole oficerskiej i szybko został wysłany na misję. Wojska uczył się w polu. Dlatego w Afganistanie musiał zdać się na bardziej doświadczonych kolegów, podoficerów. – To nie jego wina. To wina systemu – podkreślają żołnierze.

Podporucznik Bywalec dziś służy w wojsku w 16 Batalionie Powietrznodesantowym w Krakowie. „Bolec” zawsze chciał być żołnierzem. Kursy, szkolenia, kolejne sprawności i umiejętności. – On teraz bardzo ciężko pracuje. Haruje, żeby pokazać, ile jest wart. Jest instruktorem spadochroniarstwa. Szkoli żołnierzy, przygotowuje ich do wyjazdu na misję – opowiada ojciec oficera. Wysiłki podporucznika dostrzegli też jego bezpośredni przełożeni. Dostaje wyróżnienia, nagrody. Został też wyznaczony do awansu. – Tak, to prawda. Podporucznik Bywalec to bardzo dobry żołnierz. Wysłaliśmy wniosek o jego awans, ale przepadł na górze. Podobno w Warszawce ktoś zablokował – usłyszeliśmy w 6 brygadzie. Najstarszy stopniem Olgierd C. ps. Olo” – podczas procesu kapitan, dziś major – jest chyba najbardziej tajemniczą postacią sprawy Nangar Khel. Wiadomo, że pochodzi z rodziny z wojskowymi tradycjami, a szkołę oficerską skończył jako prymus. Po studiach wybrał służbę w Bielsku-Białej. Przed Afganistanem był w Kosowie, miał też polecieć do Libanu. Po wyjściu z aresztu trafił do 2 Korpusu Zmechanizowanego w Krakowie, który już nie istnieje. Prawomocnie uniewinniony, dziś jest oficerem elity polskiej armii, czyli Wojsk Specjalnych. – Trafił do nas po ogłoszeniu wyroku. Jest dobrym, kompetentnym żołnierzem – mówi jeden z oficerów Wojsk Specjalnych. Pytany, czy rozmawiają o sprawie „Nangar Khel”, odpowiada: – Nie ma tego tematu. My nie pytamy, on nie opowiada. Myślę, że to nadal bolesny temat.

„Olo” przez lata procesu nie godził się na podanie pełnego nazwiska i ujawnienie wizerunku. Małomówny, skupiony, unikał dziennikarzy. Jednak jako jedyny zdecydował się w sądzie na wygłoszenie mowy końcowej. – Ludność cywilna nigdy nie była dla mnie przeciwnikiem. Sumienie mam czyste. Nie jestem zbrodniarzem – oświadczył, recytując na koniec fragment „Przesłania Pana Cogito” Zbigniewa Herberta: „Idź wyprostowany wśród tych, co na kolanach. Bądź wierny. Idź”.

Za niesłuszny areszt sąd przyznał mu niedawno 150 tys. zł zadośćuczynienia. Podobne kwoty zostały zasądzone dla starszych szeregowych: Jacka Janika „Dżej Dżej” i Roberta Boksy „Boksera”, którzy również zostali prawomocnie uniewinnieni. Pod Nangar Khel obsługiwali moździerz, z którego ostrzelano cywilne zabudowania. Im przypisywano najmniejszy udział w tragicznych zdarzeniach. Byli najniżsi stopniem, wykonywali polecenia wyższych rangą. Obaj zostali w wojsku. Są spadochroniarzami. – Wiem, że poukładali sobie życie. Mają rodziny, dzieci – opowiada ich znajomy.

CO ZDARZYŁO SIĘ W AFGANISTANIE?

W Afganistanie sierpień jest gorący i suchy. Szarobury, księżycowych krajobraz, tylko gdzieniegdzie drzewa i trochę krzewów. Wokół góry Hindukuszu. Tumany kurzu tańczą w rozrzedzonym powietrzu. Jest lato 2007 r. Polscy żołnierze z 18 batalionu od trzech miesięcy służą na misji. Stacjonują w małej bazie Wazi-Khwa przy granicy z Pakistanem w prowincji Paktika. Warunki są trudne. Trochę drewnianych baraków, namioty, stołówka. 15 sierpnia docierają do nich wieści o śmierci 28-letniego porucznika Łukasza Kurowskiego. Ludzie są wzburzeni. – Adrenalina buzuje, tym bardziej że codziennie słyszeliśmy o atakach talibów. Zagrożenie było realne – opowiada oficer.

Rano 16 sierpnia na minę – pułapkę w okolicy Nangar Khel wpada polsko-amerykański patrol. Żołnierze ruszyli w pościg za talibami. Dwóch napastników ginie. Dwóch udało się schwytać. Z bazy kapitan Olgierd C. wysyła siły szybkiego reagowania. Pierwszy pluton zabiera moździerz kal. 98 mm. Drugi pluton to „siódemka z Nangar Khel”. Zabierają moździerz kal. 60 mm. Dowodzi ppor. Bywalec. Prokurator uważał, że przed wyjazdem na akcję dowódca bazy kpt. Olgierd C. wydał podwładnym rozkaz ostrzału wioski. On sam zaprzeczał. Twierdzi, że źle go zrozumieli i samowolnie podjęli decyzję o ostrzale Nangar Khel. Żołnierze plutonu zeznali zaś, że pociski spadły na zabudowania przypadkiem, a oni celowali we wzgórza. Winny miał być uszkodzony sprzęt, zła amunicja i kiepska łączność. Gdy zorientowali się, że ostrzelali wioskę, przerwali ogień. Przeżyli szok, gdy zobaczyli ciała zabitych Afgańczyków. Wezwali śmigłowiec medyczny, próbowali pomagać rannym. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

HISTORIA PROCESU ŻOŁNIERZY

15 listopada 2007 r.

Żandarmeria Wojskowa zatrzymuje siedmiu żołnierzy 18 batalionu

16 sierpnia 2007 r.

Ostrzelanie wioski Nangar Khel

Sąd wydaje zgodę na areszt

Sześciu żołnierzom prokuratura postawiła zarzuty zabójstwa ludności cywilnej; grozi im kara od 12 lat więzienia do dożywocia. Siódmy z zatrzymanych usłyszał zarzut ataku na niebroniony obiekt cywilny, za co grozi od 5 do 25 lat pozbawienia wolności

9 maja 2008 r.

Sąd uchyla areszt dla szeregowych

10 czerwca 2008 r.

Areszt opuszczają oficerowie i podoficerowie

28 czerwca 2008 r.

Zostało zakończone śledztwo prokuratury

9 października 2008 r.

Sąd zwraca prokuraturze akt oskarżenia do uzupełnienia

1 czerwca 2011 r.

Sąd uniewinnia wszystkich żołnierzy

19 marca 2015 r.

Sąd uznał, że nie doszło do popełnienia zbrodni wojennej, lecz do niewłaściwie wykonanego rozkazu. Wymierzył kary w zawieszeniu

3 lutego 2009 r.

Rusza proces

2012 r.

Sąd Najwyższy po apelacji prokuratury utrzymał uniewinnienie kapitana Olgierda C. oraz dwóch szeregowych. Sprawę pozostałych czterech zwrócił do Wojskowego Sądu Okręgowego

11, 12 stycznia 2016 r.

Rozpatrzenie apelacji adwokatów oskarżonych żołnierzy i prokuratury

Okładka tygodnika WPROST: 2/2016
Więcej możesz przeczytać w 2/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 3
  • -------------- IP
    Chłopcy? Raczej zbrodniarze.
    • herold IP
      Hańba ! Jak mozna sadzic żołnierza za to że strzelał?? To tak jakby skazać górnika za wydobywanie węgla.

      Czytaj także