Kiszyniowski anty-Majdan

Kiszyniowski anty-Majdan

Rewolucji w Mołdawii na razie nie będzie, ale uchodząca za poradzieckiego czempiona integracji europejskiej republika niebezpiecznie zbacza ze ścieżki wiodącej ku Zachodowi.

Na początku zeszłego tygodnia wydawało się, że wybuch otwartego konfliktu politycznego w Mołdawii jest już nieunikniony. Antyrządowi demonstranci, którzy wcześniej szturmowali budynek parlamentu, dali ultimatum rządowi utworzonemu zaledwie kilka dni wcześniej pod egidą największego mołdawskiego oligarchy. Główni przywódcy opozycji – Andrei Nastase z grupy obywatelskiej Godność i Prawda, Igor Dodon, lider Partii Socjalistów Republiki Mołdawii, i Renato Usatîi z Naszej Partii – odgrażali się, że jeśli rząd nie ustąpi do czwartku, to demonstranci „odwołają się do drastyczniejszych metod działania”. Na szczęście skończyło się na pogróżkach i przepychankach. Przywódcy opozycji, powołując się na poparcie 100 tys. ludzi, nadal domagają się rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, ale ich pozycja słabnie. Nowej rewolucji na razie chyba nie będzie.


– Tym razem istotne jest to, że połączyły się różne obozy polityczne, które w nowym rządzie dostrzegły nagle wspólnego wroga. Jest to jednak koalicja krótkotrwała, która przetrwa najwyżej do kolejnej kampanii wyborczej – tłumaczy Stanislav Secrieru, pochodzący z Mołdawii ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Poza tym po wielu miesiącach protestów wypala się nastrój buntu politycznego. Teraz na pierwszy plan wysuwają się kwestie ekonomiczne, problemy bytowe i korupcja – dodaje.

Europejskie wsparcie i miejscowa korupcja

Nie znaczy to, że szybko skończą się trwające od ponad roku niepokoje. Okazji do nowej batalii dostarczy zapewne zbliżająca się walka o prezydenturę (głowę państwa ma w marcu wybrać parlament). W kraju doszłodo sytuacji wcześniej niewyobrażalnej: wspólnie protestują zwolennicy i przeciwnicy Rosji, ci chcący zbliżenia z Unią i niechętni połączeniu z Rumunią. Pod hasłem obrony państwa przed rozkradającymi jego majątek oligarchami i politykami łączą się ludzie niezależnie od poglądów. Ku wielkiemu niepokojowi Brukseli słabnie poparcie dla integracji europejskiej. Idea ta została skutecznie skompromitowana przez aferzystów głoszących proeuropejskie hasła, aby tym skuteczniej kraść.

Aby zrozumieć źródła aktualnych kłopotów, trzeba cofnąć się do początku obecnej dekady, kiedy to po „twitterowej rewolucji” z 2009 r. Mołdawia stała się wśród republik posowieckich niespodziewaną gwiazdą transformacji. Proeuropejscy politycy obrali kurs na Zachód i, mimo ciągłych rosyjskich nacisków, trzymali się go konsekwentnie. Od kwietnia 2014 r. Mołdawianie posiadający paszport biometryczny mogą podróżować do państw Unii Europejskiej strefy Schengen bez wiz. W czerwcu 2014 r. rząd w Kiszyniowie podpisał umowę stowarzyszeniową z UE. Na papierze wszystko wyglądało dobrze. Choć kraj należy do grupy najbiedniejszych w Europie, to postęp był wyraźny (PKB na głowę mieszkańca w ciągu ostatniej dekady wzrósł z 870 do 1200 dolarów). Na tle innych państw regionu niezły był też wzrost gospodarczy, przekraczający na początku obecnej dekady 7 proc. rocznie. Nawet mimo spowolnienia i sankcji handlowych nałożonych przez Rosję, której nie podoba się prozachodni kurs Kiszyniowa, wzrost gospodarczy załamał się tylko chwilowo, by w 2013 r. osiągnąć rekordowy poziom 9,4 proc. Ubogiemu krajowi pomogło też unijne wsparcie finansowe. Raporty Banku Światowego i innych organizacji międzynarodowych pełne były pochwał i superlatyw.

Kubłem zimnej wody i detonatorem wielkiej fali niezadowolenia społecznego okazała się gigantyczna jak na skalę państwa afera ujawniona w listopadzie 2014 r. Okazało się, że uchodzący za czempionów europejskiej integracji politycy i oligarchowie rozkradli okrągły miliard euro, czyli mniej więcej tyle, ile Mołdawia otrzymała w ramach pomocy od Zachodu. Jeszcze dramatyczniej wygląda to w porównaniu z dochodami państwa: zdefraudowana suma to jedna ósma budżetu. Główny organizator przekrętu został zatrzymany, ale wciąż dokładnie nie wiadomo, jak doszło do wyprowadzenia pieniędzy. Na razie wykryto, że stosowano długie i skomplikowane łańcuchy przelewów, a w aferze dużą rolę odegrały łotewskie banki, w których wpływy mogli mieć Rosjanie.

To była kropla, która ostatecznie przelała czarę goryczy wywołaną nadużyciami rządzących i stojących za nimi oligarchów. Kiszyniów się zagotował. W ledwie 3,5-milionowym kraju na wielkich demonstracjach pojawiało się nawet 50 tys. ludzi, którzy przypomnieli sobie, że miejscowe elity nie tylko kradły pieniądze, ale – tłumacząc się potrzebą modernizacji – uwłaszczały się też na państwowym majątku. W tym samym czasie 600 tys. Mołdawian wyjechało za chlebem na Zachód albo do Rosji, ci zaś, którzy pozostali, zarabiali średnio równowartość 800-900 zł.

Zwyczajna polityka

– Dopiero wtedy na Zachodzie uświadomiono sobie, że za trwającymi od kilku lat zmaganiami tzw. partii proeuropejskich kryła się w istocie typowa dla krajów posowieckich konkurencja oligarchów, którzy dla realizacji swoich celów potrzebowali narzędzi politycznych – tłumaczy Bartłomiej Zdaniuk, politolog z UW. W Mołdawii byli to Vlad Filat (który przez dłuższy czas był premierem) i jego przeciwnik, Vlad Plahotniuc. Konkurowali ze sobą tak długo, aż doszło do otwartej konfrontacji na początku roku 2013. Ostatecznie wygrał ją Plahotniuc, który wśród swoich sojuszników miał prokuratora generalnego, więc mógł skutecznie pognębić konkurenta, wyciągając na światło dzienne jego większe i mniejsze grzechy. Gwiazda Filata zbladła tak mocno, że ostatecznie trafił do więzienia (trudno przy tym zaprzeczyć, że mocno sobie na to zapracował).

To Plahotniuc jest dziś „patronem” mołdawskiej polityki. Stać go na wiele – choćby na przekupienie dużej części deputowanych do parlamentu. Dziś ma już 57 „szabel” w 101-miejscowej izbie. Aby zdecydować o wyborze prezydenta, potrzebuje jeszcze czterech deputowanych, ale na podstawie obserwacji jego dotychczasowych poczynań można wysnuć wniosek, że chyba mu się to powiedzie (dość powiedzieć, że przeciągnął na swoją stronę dwie trzecie deputowanych partii komunistycznej). Na razie przeforsował wybór premiera, którym został Pavel Filip. To właśnie jego mianowanie stało się iskrą, która w styczniu zdetonowała kolejny wybuch społecznego niezadowolenia. Plahotniuca stać jednak także na uśmierzenie ulicznych buntów. Kilka dni temu nagle obniżono w kraju ceny gazu ziemnego – i to o kilkanaście procent. Być może za chwilę posypią się inne prezenty. W biednym i bardzo już zmęczonym społeczeństwie takie gesty mają dużą siłę oddziaływania. Zwłaszcza że wstrzymanie wszelkich funduszy europejskich po ujawnieniu skandalu finansowego skomplikowało sytuację ekonomiczną kraju.

Unia Europejska przez pewien czas zachowywała wstrzemięźliwość, oczekując jedynie na wyjaśnienie afery. To może okazać się trudne, a jakieś stanowisko trzeba będzie zająć, tym bardziej że właśnie weszła w życie umowa stowarzyszeniowa Mołdawii z UE. – W Kiszyniowie wybór jest brutalny. Z jednej strony jest oligarcha kontrolujący gospodarkę kraju, ale bynajmniej nie antyeuropejski. Z drugiej strony są siły otwarcie prorosyjskie domagające się ścisłych więzi z Kremlem – mówi Bartłomiej Zdaniuk. Jeśli w marcu nie udałoby się wybrać nowego prezydenta, to konieczne stałoby się rozpisanie nowych wyborów powszechnych, które na fali obecnych nastrojów mogłyby wygrać partie prorosyjskie. Na tym na Zachodzie nie powinno zależeć nikomu.

Inna rzecz, czy mocno zajęta swoimi problemami Bruksela chce i potrafi jeszcze wpływać na sytuację na wschodnich peryferiach Europy. – Niestety Bruksela sparzyła się w Mołdawii, gdy do 2014 r. niemal bezwarunkowo popierała partie nazywane umownie proeuropejskimi. Po ujawnieniu skandalu finansowego pomoc została zamrożona i jej kontynuacja zależy od wyjaśnienia afery, zrobienia porządku w sektorze bankowym i odjęcia rzeczywistej naprawy systemu wymiaru sprawiedliwości – tłumaczy Stanislav Secrieru. Na razie pomocy w wysokości 50 mln euro chce udzielić tylko tylko Rumunia. To pierwsza transza 150-milionowego kredytu, ale wypłatę kolejnych Rumuni uzależniają od konkretnych posunięć potwierdzających wprowadzanie w życie obiecanych reform. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Niedoszła Wielka Rumunia

Najważniejszym partnerem politycznym Mołdawii jest bliska jej kulturowo i językowo Rumunia (w ramach wzmacniania wspólnoty narodowej ok. 600 tys. Mołdawian otrzymało już rumuńskie obywatelstwo). Powracającym tematem w ciągu ostatnich dwóch dekad był plan zjednoczenia obu krajów. W lipcu ub. roku odbyła się nawet w Kiszyniowie duża demonstracja zwolenników unii z Rumunią. Jak ujawnił niedawno rumuński portal internetowy „Gandul” propozycje takie wyszły w ostatnich latach poza czyste spekulacje. Okazuje się, że prezydent Traian Băsescu, który stał na czele państwa rumuńskiego w latach ­2004-2014 wyszedł do swojego mołdawskiego partnera Vladimira Voronina z propozycją rozpoczęcia konkretnych pertraktacji zjednoczeniowych. Wywodzący się z partii komunistycznej i niechętny Rumunii Voronin nie przyjął propozycji. Odrzucił ją nawet mimo tego, iż zgodnie z propozycją Băsescu to właśnie on miałby zostać głową zjednoczonej „wielkiej Rumunii”. Główną przeszkodą dla rumuńsko-mołdawskiej integracji jest spodziewana ostra reakcja Rosji kontrolującej wciąż Naddniestrze i opór prorosyjskiej części społeczeństwa.

Okładka tygodnika WPROST: 5/2016
Więcej możesz przeczytać w 5/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także