Komu bił dzwon

Komu bił dzwon

Cudzoziemscy ochotnicy walczący w Hiszpanii mieli dwóch wrogów: generała Franco i republikę, której przyjechali bronić Latem 1938 r. gdzieś w Katalonii setki wycieńczonych mężczyzn usypywały w polu wały obronne. Umocnienia miały powstrzymać nacierające oddziały gen. Franco. Nieszczęśnicy pracowali dzień i noc w głodzie, bez wytchnienia i bez jakiejkolwiek opieki medycznej. Między nimi krążyli strażnicy, obrzucając pracujących wyzwiskami i bijąc ich kolbami karabinów. Republikańskim żołnierzom, którzy zajęli pozycje obronne, wmówiono, że usypujący umocnienia mężczyźni są faszystami. W rzeczywistości więźniowie byli zwolennikami republiki, a niekiedy jej aktywnymi obrońcami. Stali się jednak ofiarami terroru rozpętanego przez republikański rząd. Jednym z nich był niemiecki komunista Karl Bräuning. W jego aktach więziennych zapisano: "Do unicestwienia fizycznego za pomocą dostępnych środków". "Poznaliśmy najwyższy stopień barbarzyństwa - tak Bräuning wspominał czas spędzony pod rządami republiki. - Faszyzm może się jeszcze wiele nauczyć od tych bandytów, a nawet może pokusić się o luksus przedstawiania siebie jako nosiciela kultury". Bräuning, który przybył do Hiszpanii, by bronić republiki, zdołał się otrząsnąć ze złudzeń o robotniczym raju budowanym przez rewolucyjny rząd. Ale w 1936 r. - podobnie jak tysiące radykałów z całej Europy - był gotów umrzeć za czerwoną Hiszpanię.
KuŹnia stalinowców
Gdy w 1936 r. wybuchła wojna domowa w Hiszpanii, na europejskiej i amerykańskiej lewicy zawrzało. Hasło walki z nacjonalistyczną rebelią gen. Franco pojawiło się spontanicznie. Maurice Thorez, szef Francuskiej Partii Komunistycznej, szybko docenił ten potencjał. Przejęcie kontroli nad grupami ochotników miało dla komunistów znaczenie propagandowe i dawało im szansę na wzmocnienie wpływów w środowiskach lewicowych. Stalin, który początkowo przejawiał niewielkie zainteresowanie sytuacją w Hiszpanii, szybko zmienił zdanie. Kontrolowany przez niego Komintern (Międzynarodówka Komunistyczna) ogłosił we wrześniu 1936 r. rozpoczęcie formowania oddziałów ochotniczych do walki z "faszystami Franco". Tak powstały Brygady Międzynarodowe.
"Brygady są historyczną odpowiedzią demokratów z całego świata na zagrożenie dla demokracji" - entuzjazmował się Bill Paytner, zwolennik republiki. Na czele tego oddziału "demokratów" stanął sowiecki gen. Emilio Kleber alias Manfred Stern. "Partia komunistyczna miała najsilniejszą pozycję w Brygadach Międzynarodowych. Należeli do niej prawie wszyscy oficerowie i komisarze polityczni" - pisał holenderski komunistyczny pisarz i dziennikarz Jef Last.
Do punktów zbornych we Francji przysłano szpicli Kominternu. Ich rolą było sprawdzanie "czystości politycznej" ochotników. Jak piszą w "Czarnej księdze komunizmu" Stéphane Courtois i Jean-Louis Panné, "wydziały kadr różnych partii komunistycznych zajęły się zwalczaniem prowokatorów, czyli wyłuskiwaniem wszystkich myślących inaczej, krytycznych i niezdyscyplinowanych".
Ochotników posegregowano na różne kategorie. Informacje o kandydatach na członków brygad docierały z całej Europy, policja w Zurychu znalazła u niemieckiego komunisty Alphreda Adolpha listę niepożądanych ochotników sporządzoną dla agentury komunistycznej w Hiszpanii. Potem nazwiska niepewnych trafiały na specjalną listę. W Hiszpanii czekał ich smutny los.

GoŚcie z katowni
W październiku pierwsze grupy ochotników przedarły się przez Pireneje do Hiszpanii. Zgrupowano ich w obozie w Albacete. "Zgotowano nam iście królewskie przyjęcie - wspominał przyjazd tam Julius Toab, ochotnik z amerykańskiej Brygady im. Abrahama Lincolna. - Inni ludzie zaczęli przyjeżdżać tej samej nocy. Uciekali z faszystowskich Niemiec, przepływając rzeki, pokonując góry, wędrując setki mil. Przybywali ze wszystkich zakątków świata. Wciąż przybywali. Antyfaszyści. Brygady Międzynarodowe".
W ciągu kilku miesięcy sformowano kilka batalionów. Rzucano je na front stopniowo - zwłaszcza pod Madryt, na który z ogromną furią nacierali falangiści Franco.
Jednocześnie do czerwonej Hiszpanii zaczęli przybywać inni "goście". 15 października 1936 r. do portu w Barcelonie przybiły trzy statki transportowe: "Georgij Dymitrow", "Newa" i "Bolszewik". Na ich pokładach oprócz broni znajdowali się sowieccy instruktorzy wojskowi i komisarze polityczni. W ciągu całej wojny przez Hiszpanię przewinęło się ponad dwa tysiące sowieckich doradców, wśród których znaleźli się m.in. późniejsi marszałkowie ZSRR Rodion Malinowski i Nikołaj Woronow. Większość z nich używała w Hiszpanii fałszywych nazwisk.
Oprócz nich do Hiszpanii przybyli wysocy funkcjonariusze sowieckiej tajnej policji. Przewodził im Aleksander Orłow (w rzeczywistości Lew Feldbin), który został szefem misji NKWD w Barcelonie. Wśród enkawudzistów był też Polak - Artur Staszewski. Sowieci nie przyjechali, by walczyć za rewolucyjną Hiszpanię. Celem, który postawił im Stalin, było zorganizowanie tajnej policji politycznej i wsparcie komunistycznego skrzydła Frontu Ludowego. "Zbudujemy demokratyczną i parlamentarną republikę nowego typu" - wrzeszczała na wiecu Dolores Ibarruri - La Pasionaria, hiszpańska komunistka.

Rozpoczyna się polowanie
Republika "nowego typu" powstawała w zdumiewającym tempie. Moskwa postawiła w stan gotowości wszystkich działających w Hiszpanii agentów NKWD, w tym Ernö Gerö, po II wojnie światowej jednego z przywódców komunistycznych Węgier, oraz Palmiro Togliattiego, późniejszego szefa włoskich komunistów. Ich zadaniem była inwigilacja cudzoziemców przebywających w republikańskiej Hiszpanii, przede wszystkim ochotników Brygad Międzynarodowych.
Jeszcze w pierwszym półroczu wojny agentom udało się przejąć kontrolę nad republikańską policją. Niemiec Alfred Hertz miał nadzór nad wydziałem paszportów, dzięki temu Sowieci wiedzieli, kto i kiedy przyjeżdża do Hiszpanii, i mogli uniemożliwiać ucieczkę osobom uznanym za wrogów ludu. Hertz zorganizował też służbę bezpieczeństwa - SIM, która zbierała donosy na przebywających w Hiszpanii cudzoziemców i sporządzała listy osób do likwidacji. Funkcjonariuszami SIM byli wyłącznie komuniści, niekoniecznie hiszpańscy. Jej "zbrojnym ramieniem" była tzw. Gwardia Szturmowa.
Gwardia bez przerwy prowokowała starcia z anarchistami i trockistami. Podczas jednego z incydentów w Barcelonie 6 maja 1937 r. zginęło 500 osób, a około 1000 było rannych. Niektóre ofiary były porywane i mordowane w republikańskich koszarach, a w rzeczywistości katowniach, które nosiły znamienne nazwy: Carlos Marx i Vorochilov. Doszło w końcu do tego, że oddziały podejrzane o nieprawomyślność były rozbijane, a ich żołnierze mordowani. Zamiast walczyć z frankistami, musiały się chronić przede wszystkim przed własną policją. W zasadzkę zorganizowaną przez Gwardię Szturmową wpadł oddział anarchistów, w którym znalazł się angielski pisarz i dziennikarz George Orwell. Cudem ocalały całkowicie wyleczył się z komunistycznych iluzji.
Najbardziej zaciekle polowano jednak na trockistów, najczęściej wyimaginowanych. "Trockizm to obsesja komunistów w Hiszpanii - wspominał Franz Borkenau, jeden z ochotników. - W komunistycznej mentalności jakakolwiek własna opinia w kwestiach politycznych oznacza ciężką zbrodnię, a każdy zbrodniarz jest trockistą. W komunistycznym słowniku trockista to człowiek, który zasługuje jedynie na śmierć. W tej kwestii hiszpańscy komuniści niczym się nie różnią od niemieckich nazistów. Tworzy się atmosferę podejrzeń. Jej koszmaru nie da się opisać komuś, kto tego nie doświadczył".

Najukochańszy Francuz Stalina
Rzezie i egzekucje organizowano także w obozie Brygad Międzynarodowych w Albacete. Kierował nimi francuski komunista i delegat Kominternu przy republikańskim rządzie Hiszpanii André Marty, zwany rzeźnikiem z Albacete lub - łagodniej - ukochanym Francuzem Stalina. Marty dokładnie studiował akta ochotników, którzy przybywali do obozu, i na tej podstawie wydał rozkaz rozstrzelania prawie pięciuset osób. Skala egzekucji przeraziła nawet jego kompanów z Francuskiej Partii Komunistycznej, którzy zażądali wyjaśnień. Marty wcale się jednak nie kajał. Przeciwnie, miał pretensje do towarzyszy, że nie zadbali o rozstrzelanie niepewnych politycznie ochotników, zanim ci dotarli do jego obozu: "Ubolewam nad tym, że przysyła mi się do Albacete szpiegów i faszystów, którzy mieli zostać zlikwidowani w Walencji. Dobrze wiecie, że Brygady Międzynarodowe nie mogą tego robić tu w Albacete". Dlatego Marty wysyłał nieświadomych niczego ochotników do pobliskiego Alcala de Henares "na leczenie". Tam czekał na nich rosyjski pluton egzekucyjny. "Dla Marty'ego - pisał jeden z jego współpracowników - wrogów w Brygadach Międzynarodowych jest więcej niż po drugiej stronie frontu". Ernest Hemingway dodawał, że Marty ma manię rozstrzeliwania ludzi. Aby ukryć zbrodnie, rozstrzelanych żołnierzy Brygad Międzynarodowych wpisywano na listę poległych lub zmarłych z powodu chorób.
Hemingway, jak większość innych cudzoziemskich uczestników wojny, starał się jednak udawać, że nie widzi barbarzyństwa, jakiego się dopuszczano w imieniu republiki. Jak pisze brytyjski historyk Paul Johnson, "Hemingway poparł od początku do końca stanowisko partii komunistycznej w sprawie wojny w całej jej brutalności (...). Zgodnie z polityką partii komunistycznej, linia postępowania Hemingwaya polegała na współbrzmieniu z rolą Związku Sowieckiego, zwłaszcza w kierowaniu bezwzględnymi działaniami partii komunistycznej w splamionej krwią polityce wewnętrznej Republiki Hiszpańskiej".

Zagrabione złoto
W 1938 r. Stalin miał już w nosie losy Republiki Hiszpańskiej. Jej niedobitki dogorywały w Katalonii, a wódz Sowietów przygotowywał się do zawarcia sojuszu z Hitlerem. 17 czerwca na łamach "Prawdy" ukazał się artykuł Ilii Erenburga, który nazwał falangistów gen. Franco "hiszpańskimi patriotami". Republika była skończona.
Stalin drogo sobie policzył za "pomoc" republice. Zanim padła, Rosjanie wywieźli z niej dwie trzecie rezerw złota. Oficjalnie była to zapłata za przestarzałe sowieckie uzbrojenie, w rzeczywistości kradzież. Tragiczny los spotkał także żołnierzy republikańskich, którzy wyjechali do Rosji na szkolenie wojskowe. W 1938 r. Stalin zakazał hiszpańskim lotnikom powrotu do ojczyzny. Ci, którzy mimo to nalegali na wyjazd, zostali zamordowani lub zesłani do łagrów.
Zginęło także wielu sowieckich agentów, którzy zamienili Hiszpanię w państwo terroru. Stalin dbał o zatarcie śladów. Przyszłe pokolenia miały się dowiedzieć, że republika wraz Brygadami Międzynarodowymi bohatersko poległa w obronie demokracji.


Dąbrowszczacy
Polacy w Brygadach Międzynarodowych zostali sformowani w batalion im. Jarosława Dąbrowskiego, potem przekształcony w XIII Brygadę. Jej dowódcą był Karol Świerczewski, ps. Walter. Jak pisze historyk Marek J. Chodakiewicz: "Świerczewski nadużywał alkoholu, miał zwyczaj dowodzić w samych majtkach, a dezerterów rozstrzeliwał. Rozkazywał likwidować jeńców, lecz nie szczędził też własnych ludzi. Kazał na przykład zastrzelić oficera, który usiłował utrzymywać wśród rozwydrzonych rewolucjonistów dyscyplinę".
Wśród podwładnych Waltera znaleźli się m.in. Bolesław Mołojec (w 1942 r. zastrzelił szefa PPR Marcelego Nowotkę), Stefan Kilianowicz (ps. Grzegorz Korczyński), po wojnie wiceminister bezpieki, Wacław Komar, powojenny szef wywiadu wojskowego, Henryk Toruńczyk, jeden z szefów obstawy Bieruta, a potem zastępca dowódcy KBW, oraz Eugeniusz Szyr, w PRL wicepremier i członek KC PZPR. Spośród 5 tys. polskich żołnierzy Brygad Międzynarodowych zginęło około tysiąca. Jak wielu padło ofiarą egzekucji wykonanych w Hiszpanii przez NKWD - nie wiadomo.
Okładka tygodnika WPROST: 49/2003
Więcej możesz przeczytać w 49/2003 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0