Często słyszę: Pieprzyć politykę!

Często słyszę: Pieprzyć politykę!

Mówi się, że Polski kryzys nie dotknął. Nie dotknął, bo u nas jest permanentny kryzys. Nigdy nie mieliśmy innej sytuacji – mówi „Wprost” Piotr „Liroy” Marzec, poseł Kukiz’15

Polityka jest podobna do show-biznesu?

Jest bardzo podobna. Posłowie dzisiaj są celebrytami. Łatwiej jest usłyszeć o tym, jakiego bąka puścił wczoraj polityk, niż o świetnej galerii, która zrobiła wernisaż świetnego artysty. Jedyna rzecz, jaka różni show-biznes od polityki, to odpowiedzialność. Choć niektórzy posłowie nie widzą żadnej różnicy i nie czują żadnej odpowiedzialności. Ja do swojej pracy w parlamencie podchodzę z powagą. Te rzeczy, o które dzisiaj walczę w imieniu obywateli, są dla mnie najwyższej rangi.

O co pan walczy?


Chcę zwrócić obywatelom kraj. Artykuł 4 konstytucji nie jest do końca realizowany. Obywatele nie czują, że mają wpływ na państwo.

Jakbym właśnie przeżywała déją vu. PiS w kampanii mówi dokładnie to samo. Mówili, że wyjdą do ludzi… I co, nie zwrócili obywatelom kraju?

Jedyny sposób, żeby naprawdę wyjść do ludzi i poznać ich opinię, to referendum. Proszę mi powiedzieć, w którym miejscu exposé pani Szydło była mowa o referendum? Nie edukujemy młodych ludzi, że to najważniejsza rzecz w demokracji, że dzięki niemu mamy wpływ na kraj, że biorąc w nim udział, sprawujemy władzę. Politycy w Polsce i ich spin doktorzy używają referendum jedynie jako narzędzia w walce politycznej i jeszcze bardziej zohydzają je ludziom. Uważam, że powinniśmy przeprowadzić referendum na przykład w sprawie imigrantów. Skoro poprzednia władza zadecydowała, że przyjmiemy ich tak wielu, i deklarowała, że realizuje wolę narodu, to dlaczego nie zapytała o to obywateli? Wyniki byłyby zaskakujące.

Mówi pan o tym, że politycy starają się zohydzić referenda i politykę, którą kiedyś określał pan słowami: syf, przekręty, kolesiostwo, układy. Tak naprawdę wygląda polityka z bliska?

Robota, żeby zohydzić politykę, już została wykonana. Ludzie przestali się nią interesować. Często od nich słyszę: pieprzyć politykę! To jest syf, szambo. I właśnie tak jest. Od zawsze w polityce było kolesiostwo i układy. Tu jest istotne, kto kogo popiera. Wchodząc do Sejmu, trochę zburzyliśmy ten mur. Bo jesteśmy ugrupowaniem, w którym w czasie głosowań nie ma dyscypliny partyjnej. Nie jesteśmy partią, nie mamy wodza. Paweł jest liderem, ale nie szefem partii. Nic nam nie może kazać.

Ale w kilku głosowaniach wsparliście już PiS. Myśli pan, że się odwdzięczą? W PiS jest wódz i jego trudno będzie panu przekonać do swoich pomysłów, szczególnie medycznej marihuany.

Zaskoczę panią. Wiele osób z PiS jest za medyczną marihuaną. Być może Jarosławowi Kaczyńskiemu, podobnie jak mnie, dorabia się medialny dziób. Ja też mam zupełnie fałszywy wizerunek przedstawiany przez niektóre media.

To co z przekonywaniem do marihuany?

Jestem z natury optymistą. W klubie Kukiz’15 wszyscy chcemy legalizacji medycznej marihuany. W Nowoczesnej też są za. PSL od lat ją popiera. Najbardziej martwiłem się o posłów PO, ale oni w większości pozytywnie mnie zaskoczyli. Okazało się, że i politycy Platformy mieli chorych znajomych i trzeba było sięgnąć po medyczną marihuanę. Posłowie zauważyli, że to lek.

A PiS?

W sprawie marihuany rozmawiamy oczywiście też z PiS. Rozmowy są obiecujące. Proszę sięgnąć pamięcią i przypomnieć sobie, że nie kto inny jak Jarosław Kaczyński wstawił się za panią Dorotą Gudaniec i jej synkiem, gdy wybuchła afera z doktorem Bachańskim, który leczył dzieci medyczną marihuaną. Mało tego, prezes PiS dalej sprawę badał i monitorował. Wykazał tym, że widzi różnicę między marihuaną używką a marihuaną medyczną, którą można ludzi leczyć. To daje nadzieję na to, że w klubie PiS mają wiedzę. Liczę, że Jarosław Kaczyński spotka się z potrzebującymi ludźmi i poprze dopuszczenie terapii z wykorzystaniem medycznej marihuany.

A co z marihuaną rekreacyjną? Też będzie pan przekonywał?

To nie czas na rozmowę o marihuanie rekreacyjnej. Nie jesteśmy na to gotowi jako społeczeństwo. Debata na ten temat pewnie kiedyś się rozpocznie, ale w tej chwili nie ma co się nad tym zastanawiać.

A pan pali jeszcze trawę?

Ktoś się kiedyś oburzył, kiedy powiedziałem, że marihuana jest dla mnie jak kawa. Ale dziś nie w głowie mi dziecinne zabawy. Nie potrafiliśmy załatwić sprawy dopalaczy, a nie dopuszczamy oleju konopnego, którym przecież nie można się naćpać. Myślę, że gdybyśmy tak mocno nie upolitycznili tej sprawy, problem nie byłby tak duży.

Wprowadza pan jeden kontrowersyjny temat za następnym. Dlaczego stał się pan twarzą zespołu sejmowego dotyczącego szczepionek dla dzieci?

Obracam się w różnych środowiskach i wszędzie przewija się temat szczepień dla dzieci. Sam jestem ojcem czworga i mam wielu przyjaciół, którzy mają rodziny, znajomych, których dzieciaki jeżdżą na wózkach właśnie po szczepieniach. A dokładniej po powikłaniu poszczepiennym zwanym NOP. Nikt nie przeprosił ich rodziców za szczepienie, nawet jeśli dziecko do końca życia jest okaleczone. Co więcej, rodzice muszą podpisać zgodę, że nie będą żądali od szpitala odszkodowania. My nie jesteśmy antyszepionkowcami. Przystąpiłem do zespołu, bo ten temat wymaga rozmowy.

Ale na razie w zespole są tylko przeciwnicy szczepień.

Na razie w zespole są cztery osoby, ale zapraszamy każdego, kto jest zainteresowany tematem. Kiedy ostatnio usłyszałem, że pewien lekarz kazał mi przekazać, że nie można zadawać pytań dotyczących szczepionek, załamałem ręce. U podstawy nauki leży pytanie. Jak mogę nie zadawać pytań, jeśli ktoś w 1995 r. zmienił datę szczepienia naszych dzieci z trzeciego dnia po porodzie na pierwszy. Mało tego, szczepionki są podawane dzieciom w dwóch pierwszych godzinach życia, i nie tylko noworodkom, które po urodzeniu dostają 10 punktów. Szczepia się nawet te, które są słabe i mają dwa punkty. Dlaczego ta zmiana nastąpiła? Dostałem odpowiedź, że ze względów finansowych. Czyli o życiu mojego dziecka decydują względy finansowe? Ponoć tak taniej dla państwa. W krajach Unii Europejskiej nie ma przymusu szczepienia dzieci od razu po urodzeniu. Takie metody stosuje się w Polsce i dalej na wschodzie.

Przejdźmy do ustawy medialnej, w której wsparliście PiS. Mówi pan, że nie macie wodza i dyscypliny, a głosowaliście tak, jak Paweł Kukiz kazał.

Była rozmowa w klubie. Gwarantuję pani, że w innych ugrupowaniach rozmowy nie ma. Szef mówi im, jak mają wciskać guziki i tak wciskają. Nie będziemy rozliczani przez Pawła, ale przez wyborców z regionu.

Dzisiaj, kiedy patrzy pan na media, które kolejno przejmowała każda władza, co pan myśli?

Trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć, że przy każdej zmianie władzy to samo ma miejsce.

Ale to miała być dobra zmiana?

Tak. Właśnie po to, aby była to dobra zmiana, nasz klub jako pierwszy w historii zaproponował poprawkę do małej ustawy, która wygasza jej obowiązywanie już w czerwcu. Patrzymy dziś na to, co dzieje się w sprawie mediów w Sejmie, i doznajemy déją vu. Przypominamy sobie PO, która mówiła i robiła to samo. Po czym rozsiadała się na stołkach w telewizji publicznej i przestawała cokolwiek robić.

Tylko że teraz prezesem telewizji został czynny polityk.

Słucham? A Juliusz Braun, który wszedł do TVP prosto z fotela ministra i zrobił czystki?

Zgoda, choć to był były polityk.

Nie przesadzajmy. To miało miejsce za każdej władzy. Dlatego też wyszedłem na mównicę z poprawką, która miała nałożyć kaganiec, barierę dla obecnej ustawy. Pojawia się kolejna wątpliwość, czy nowa ustawa będzie przygotowywana tak, jak chcieliśmy, ze środowiskami twórców, dziennikarzy i artystów, czy PiS ją zrobi sam i sam ją przegłosuje. Na pewno będziemy przeciwni ustawie wymuszonej. I dlatego niedługo spotkamy się ze środowiskiem twórców. Będziemy walczyć o wiele spraw, o które dzisiaj trzeba zadbać. Wśród nich jest przywrócenie 50 proc. kosztu uzyskania przychodu dla wolnych zawodów. Chcemy, by polski kontent zajmował 50 proc. udziału w czasie nadawania. Będziemy walczyć o zmniejszenie VAT na koncerty, który jest jednym z najwyższych w Europie. To niszczy imprezy międzynarodowe w Polsce. Ludzie nie chcą ich organizować, bo są na granicy opłacalności. Jest wiele spraw w tym pakiecie, o które mogę zadbać. Znam się na tym, jestem z tego środowiska. Jest wielu ekspertów, których mam obok siebie, z którymi mogę je opracować.

Czyli 50 proc. piosenek w radiu ma być polskich?

Polscy twórcy mogą też śpiewać po angielsku czy francusku. Chodzi o to, żeby podobnie jak we Francji zagwarantować miejsce dla debiutantów, niezależnych producentów i polskich artystów. Obecnie zagraniczni menedżerowie w sieciach radiowych wciskają Polakom słabą muzykę. Nie interesuje ich sztuka, nowe zespoły, nie wiedzą nawet, co dzieje się na rynku. Ograniczają Polakom dostęp do kultury.

Wyborcy już wam zarzucają, że w głosowaniach stajecie się przystawką PiS?

Nasi wyborcy oburzają się na takie zarzuty. Wiem, bo spotykam się z nimi co tydzień. Dwa tygodnie temu na spotkaniu w Kielcach rozmawialiśmy o programie 500 plus. Część wyborców jest temu przeciwna, bo nikt z nich nie głosował na partię socjalistyczną. Zaczęliśmy z nimi rozmawiać rzeczowo, by wytłumaczyć im, czym jest program 500 plus. Dziś panuje duża dezinformacja. Mój wyborca musi zrozumieć, dlaczego podejmuję taką decyzję i w czyim ona jest interesie.

Obserwuje pan dzisiaj układ władzy – premier, prezydent, prezes PiS – i co pan myśli? Trzeba go rozbić? Przecież zapowiadał pan, że będzie walczył z systemem, a teraz oni go tworzą.

To jest ciągle ten sam cyrk, tylko małpy się zmieniają. Mówi się, że Polski kryzys nie dotknął. Nie dotknął, bo u nas jest permanentny kryzys. Nigdy nie mieliśmy innej sytuacji. Tak samo jest z tym rządzeniem.

Ile udało się do tej pory rozbić układu?

Na razie uprawiam partyzantkę. Zresztą mówię o sobie, że jestem partyzantem ze Świętokrzyskiego. Podczas II wojny światowej, żeby zmienić system opresyjny, nie zakładało się munduru niemieckiego. Zostawało się partyzantem i łamało się system, który kruszał. Tak widzę swoją rolę. Ten system kiedyś padnie. Pewną dywersją można doprowadzić do zmian. Dlatego mówię o sobie, że jestem posłańcem, czyli pierwotną funkcją tego, kim był. Nie kręci mnie cała ta otoczka związana z byciem posłem na Sejm. Ale dzięki mojej legitymacji ktoś musi mi odpowiedzieć na pytanie, bo posłowi trzeba, obywatelowi w praktyce nie muszą. Z muzyka postanowiłem zostać posłem, bo widziałem, że mój krzyk obywatela już nic nie zmieni.

To dziś krzyczy pan jako poseł w sprawie e-votingu. Ale żeby wprowadzić głosowanie internetowe, musi pan przekonać do tego prezesa PiS. Pamięta pan, co o internetowym głosowaniu mówił Jarosław Kaczyński?

To było wiele lat temu. Ludzie się zmieniają.

To nie jest naiwne: myśleć, że wytrawni politycy się zmieniają?

Bardzo chciałbym pani przytaknąć, ale w ten sposób obraziłbym sam siebie. Bo moi przeciwnicy powiedzą pani: „Pani myśli, że Liroy się zmienił?”. Ja się nie zmieniłem. Byłem taki, jaki jestem. Tylko nie wszyscy chcą mnie zobaczyć prawdziwego. Gdybym atakował w ten sam sposób ludzi pokroju Jarosława Kaczyńskiego, byłbym niesprawiedliwy. Na pewno prezesa PiS też drażni wiele mitów na jego temat. Nie szukam w nim przyjaciela, ale z wiekiem dojrzewam w tolerancji.

A w tej tolerancji mieści się kontrmarsz KOD, który chce na wiosnę zorganizować PiS i w którym chce wziąć udział Paweł Kukiz?

To niech Paweł idzie. Sam od początku krytykowałem KOD. Na marszu, który teoretycznie ma iść w obronie demokracji, widzę skompromitowanych polityków. Pierwsi się wydzierają. A cała reszta ludzi, którzy być może chcą demokracji, krzyczy za nimi hasła, które są w rzeczywistości skierowane przeciwko nim samym. Ręce mi opadają!

Na KOD pan nie idzie, a na marsz PiS?

Ja ogólnie nie lubię chodzić na jakiekolwiek marsze. Jestem niemarszowy. Urodziłem się w latach 70. Przymuszali mnie do marszów. Jedyny marsz, w jakim brałem udział, to marsz wyzwolenia konopi, a też nie było łatwo mnie na niego wyciągnąć...

Mówił pan kiedyś, że media nazywają pana łobuzem. Nawet marynarka nie pomaga, żeby zmienić wizerunek?

Cały czas czytam o sobie, że jestem łobuzem. A ostatnio nawet popaprańcem. Ciągle ludzie o mnie tak mówią. Mówią, że jestem szkodnikiem, że przyszedłem do Sejmu niszczyć.

Fani mają panu za złe tę politykę? Boją się, że wyjdzie pan na scenę i zamiast koncertu będzie pogadanka?

(śmiech) Tam nie jestem posłem, tam jestem artystą. Potrafię to rozgraniczyć. Poza tym muzycy w tym kraju głównie pracują poza branżą, bo nie utrzymują się ze sztuki. Myśli pani, że jak któryś z nas pracuje w banku, to przychodzi do pracy i zaczyna rapować do bankowców? Nie.

Na wiosnę wraca pan koncertować, a do „69 fantazji” pan nie wraca?

Nigdy taki film nie powstał, więc nie ma do czego wracać. To był eksperyment socjologiczny. Założyłem się z moim kolegą, reżyserem Polakiem szwedzkiego pochodzenia, który uważał, że w Polsce jesteśmy już otwarci na filmy pornograficzne. Potem nakręcała mnie ta sytuacja, ale ze względów socjologicznych, bo jestem pisarzem. Obserwowałem, jak na plotki i niedomówienia o filmie reagują pewne środowiska, jak pewne tematy je uwierają.

Co dzisiaj jest dla pana najważniejsze?

Najważniejsza dla mnie jest rodzina. I motto, które kiedyś zawarłem w piosence: „Umrzeć to nie sztuka, sztuką jest żyć. Prawdziwym arcydziełem żyć i nie zejść na psy”. Dzięki takiej postawie moje dzieci będą się uczyć wzorców, które pozwolą im być lepszymi ludźmi. Będą tolerancyjne i otwarte w stosunku do świata. To jest chyba misja życia każdego człowieka, który jest świadomy tego, po co żyje.

Oczy się panu zaszkliły, kiedy zaczął pan mówić o rodzinie…

Bo to dla mnie temat bardzo osobisty. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Okładka tygodnika WPROST: 8/2016
Więcej możesz przeczytać w 8/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także