Polska od kuchni

Polska od kuchni

Po upadku komunizmu trzeba było ogłosić rewolucję kuchenną. Przywrócić ludziom wiarę w siebie, polską kuchnię, polskie smaki, polskie produkty. Nie zrobiliśmy tego, dziś musimy naprawiać – mówi Magda Gessler, restauratorka, od sześciu lat autorka programu „Kuchenne rewolucje”

Jaki smak ma Polska?

Buraka.

Obrażą się na panią.

Niby za co? Burak to dziś bardzo ekskluzywne danie. Ma bogaty smak, trochę gorzki, trochę słodki, niesamowitą, krwistą barwę. Tak jak Polska.


Nam się kojarzy pospolicie.

Pamiętam danie, które zaserwowano mi kiedyś w bardzo ekskluzywnej restauracji w San Sebastian. Nazywało się „Smak ziemi”. Składało się z ziemniaka, buraka i szpinaku. U nas wtedy jeszcze tymi warzywami gardzono, dziś na szczęście się to zmienia. W tej chwili buraki są najmodniejsze, podaje się je z kozim serem i rozmarynem, są naprawdę na topie.

A Polska?

Czasem sprawia, że czuję się jak na ostrzu noża. Muszę bardzo uważać na każdy krok, żeby ten nóż mnie nie pokroił. Czasem czuję się tak, jakbym wspinała się na jakiś alpejski szczyt, a każdy mój krok może spowodować lawinę. Wszyscy inni mogą tupać i krzyczeć, ale ode mnie oczekuje się, że będę chodzić na palcach i udawać, że mnie nie ma. To okropne. Przez całe życie robię i mówię to, co myślę i czuję, i mimo wszystkich przeciwności nie zamierzam tego zmieniać.

O czym pani mówi?

Proszę sobie wyobrazić, że nie mogę publicznie wypić lampki wina, bo pod zdjęciem przedstawiającym tego typu wiekopomne wydarzenie od razu pojawiają się wpisy niewybrednie sugerujące alkoholizm. Gdy publikuję zdjęcie z mojego domu, widzę komentarze dotyczące produktów, których używam na co dzień i wyliczenia moich wymyślonych zarobków, rzekomo związanych z publikacją takiego zdjęcia. Przykłady można mnożyć.

Może więc lepiej nie publikować?

Ale ja uwielbiam mój kontakt z fanami, tymi prawdziwymi, kolorowymi, radosnymi ludźmi. Nie chcę z niego rezygnować. W głębi serca wiem, że nienawistne komentarze to tylko kropla wobec ogromnej fali sympatii. Odczuwam ją szczególnie podczas spotkań z fanami, bardzo je sobie cenię. Kłopot w tym, że w Polsce nienawiść, choć w mniejszości, jest dużo głośniejsza od normalnego, dobrego życia. Ludzie tutaj mają jakiś przedziwny, wilczy głód negatywnych emocji, złych wiadomości, obrażających komentarzy, nienawistnych działań. Zamiast skupić się na dobrym życiu, wolą całą swoją energię wykorzystywać w walce o gorsze jutro swojego sąsiada. Przy takiej filozofii „dowalenie celebrytce” nie jest już nawet celem, lecz zasłużonym łupem wojennym. To budzi mój głęboki sprzeciw. Mam świadomość tego, że robię coś dobrego. Ochrona ludzi przed złymi produktami i nieuczciwymi restauratorami, ale przede wszystkim promowanie tego, co dobre i zdrowe we wszystkich regionach Polski, ma gigantyczne znaczenie dla naszego rozwoju, zdrowia i narodowej pomyślności. Tak, narodowej (śmiech). To, co robię, jest moją pasją, daje mi siłę i sprawia ogromną satysfakcję. Coraz częściej jednak czuję się jak w bajce o dzielnym rycerzu i czyhających na jego potknięcie strasznych smokach. Siedzą w tych swoich ponurych, mrocznych kątach i z pootwieranymi paszczami czekają, żeby mnie połknąć. Ale ja się nie dam.

A to nie jest tak, że ta walka „szlachetnego rycerza” nie jest w tej bajce nikomu potrzebna?

Bzdura, jest potrzebna wszystkim. Nawet tym, którzy myślą, że robię rzeczy bez znaczenia. Szczególnie im. Jasna cholera mnie trafia, gdy ludzie z jednej strony mówią (bo już to rozumieją), jak ważna jest promocja polskiej żywności, polskich produktów i szacunek dla mądrej polskiej tradycji kulinarnej, a z drugiej ustawiają się w kolejce po kebab. Czysta schizofrenia. Mam tę satysfakcję, że również dzięki mojej pracy polska kuchnia zaczyna być wreszcie w Polsce doceniana, ale wciąż zbyt rzadko ustne deklaracje idą u nas w parze z działaniem.

Przez lata żyłam w Hiszpanii, gdzie nawet najburzliwsze wiatry historii nie zdołały przerwać międzypokoleniowej tradycji. I tam bardzo istotnym elementem tej tradycji jest miłość do hiszpańskiej kuchni. Jedzenie w Hiszpanii to nie tylko dania, ale prawdziwa rodzinna terapia, rytuał, który daje poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa. U nas ten łańcuch międzygeneracyjny przerwały wojny i komuna. Moja „kuchenna rewolucja” polega na tym, żeby te ogniwa odtworzyć i na nowo połączyć.

Patetycznie pani mówi.

To nie jest patos. To słowa, które powinny paść już dawno. Zaraz po upadku komunizmu trzeba było to ludziom mówić. Ogłosić rewolucję kuchenną i wytłumaczyć, że jesteśmy być może ostatnim miejscem w Europie, gdzie nie trzeba zakładać ekologicznych farm, bo cały kraj jest wielkim, ekskluzywnym butikiem ze zdrową żywnością. A wie pan, czemu ten butik zawdzięczamy? Paradoksalnie biedzie. Kiedy w latach 60. w innych krajach wprowadzano pestycydy, nawozy sztuczne i GMO, nas nie było na to stać. Dzięki temu mamy dziś żyłę złota, o której istnieniu nie mamy pojęcia.

I pani nas uświadomi?

Robię to przez cały czas. „Kuchenne rewolucje”, które istnieją w TVN od sześciu lat, to nie slogan, tylko rzeczywistość. Sami sobie zepsuliśmy swoją kuchnię. I jak komuna upadła, to zamiast ją naprawiać, psuliśmy dalej, przywożąc z nagle dostępnego świata kebab i pizzę. Samo w sobie nie byłoby to takie złe, ale Polacy wcześniej nie znali tych smaków, więc wygrały tanie podróbki. Najgorsze jednak jest to, że nie uwierzyliśmy w siebie, w swoją kuchnię, w swoje smaki i produkty. Ja tę wiarę ludziom przywracam.

Przy okazji robiąc gigantyczne show.

Takie były pierwsze założenia tego programu po przeniesieniu formatu do Polski – miał być show, scenariusz, kreacja. Ja jednak postanowiłam, że żadnego scenariusza nie będzie, bo interesuje mnie wyłącznie pokazywanie prawdy. Właśnie dlatego, że pokazuję prawdę, ten program odniósł tak ogromny sukces. Ludzie go oglądają, bo widzą, jak zmienia Polskę i Polaków.

Znów patos.

Panu się wydaje, że jedzenie to nic ważnego? Tu chodzi o zdrowie i życie ludzi. Stąd pomysł na moją markę Besos, której istnienie zaczęło się od linii ekologicznych wędlin. Nie tylko smacznych, ale i zdrowych. Co najważniejsze – dostępnych cenowo, bo to właśnie ci, którzy nie mogą sobie pozwolić na najdroższe produkty, tym bardziej muszą uważać na to, co jedzą. Nie wolno patrzeć na jedzenie przez pryzmat centralnej Polski, w której gdy nie spodoba się panu restauracja, to idzie pan do innej. Ja podróżuję po całej Polsce. Przywracam ludziom godność i wiarę w siebie.

Ja w telewizji widzę, że strasznie pani na nich krzyczy.

To dla nich gra o najwyższą stawkę, a ja zawsze takie wyzwania traktuję osobiście i emocjonalnie.

Niektórzy mówią, że te bluzgi to tani chwyt.

Dzięki temu, że mówię do ludzi nieudawanym, prawdziwym językiem, oni wiedzą, że nie o show mi chodzi, lecz o nich. Że ich nie oszukuję i że jestem z nimi szczera.

À propos szczerości: niedawno sąd orzekł, że zniesławiła pani hotel, w którym się pani zatrzymała podczas kręcenia „Rewolucji”.

To nieprawdopodobna historia. Skrytykowałam publicznie usługę, za którą zapłaciłam i z której byłam niezadowolona. Gdyby pójść za takim rozumowaniem, w Polsce nikt nie mógłby pisać krytycznych recenzji – nie tylko restauracji czy hoteli, ale też książek czy filmów. Nie rozumiem tego wyroku. Oczywiście odwołuję się od niego, składam apelację.

Wracając do rewolucji – ludzi trzeba traktować z buta?

Każdego trzeba traktować uczciwie. Porównuję to czasem do lekarza, który musi pacjentowi amputować stopę, bo wdała się gangrena. Nic przyjemnego! A jeszcze jak się lubi pacjenta, to już w ogóle trudno. Jak mu to powiedzieć, żeby go nie zmartwić? A może w ogóle nie mówić i nie amputować? Można, oczywiście. Tyle że wtedy pacjent umrze. Tak samo jest z restauracjami. Na swoją rewolucję u ludzi mam tylko cztery dni, w tym czasie muszę stoczyć wojnę o ich biznes, a więc także o ich życie. Bo nie wiem, czy pan wie, ale taka restauracja to prawdziwe być albo nie być dla całych rodzin. Są przypadki, że po mojej rewolucji obrót dzienny wzrasta z 300 zł do 8 tys. Wie pan, co to znaczy? Że rodzina ma za co żyć, sąsiedzi mają pracę, a miejscowy rolnik ma gdzie sprzedać swoje produkty. Publiczność ogląda 45-minutowy program, ale moja praca trwa znacznie dłużej.

Od czego pani zaczyna?

Od kuchni. Zawsze robię wielkie gotowanie na bazie podstawowych produktów, najchętniej lokalnych. Rozmawiam z ludźmi, pytam, tłumaczę. Przychodzi mama, babcia, wuj, zaczyna się rozmowa o jedzeniu, dlaczego coś trzeba zrobić tak, dlaczego inaczej. Niedawno byłam w Knyszynie, więc zaczęliśmy robić knysze. Okazało się, że od dziesięcioleci nikt ich tam nie robił! Kiedy usiedliśmy do kolacji, ktoś miejscowy skomentował: „Cholera, to takie dobre, czemu my tego nie robimy?”.

Pani w czasie tych spotkań jest gwiazdą, prawda?

Mój przyjazd to jest zawsze wydarzenie. Przychodzi burmistrz, wiceburmistrz, zbiegają się dzieciaki, robią sobie ze mną zdjęcia. Ale mój sposób bycia, język, bezpośredniość sprawiają, że status gwiazdy szybko mija. I dobrze, wcale go nie szukam. To nie przypadek, że od sześciu lat jeżdżę po Polsce. Poza Warszawą spędzam jakieś 190 dni w roku, można powiedzieć, że z niej uciekam. Nie lubię salonów, duszno mi w nich.

Przecież pani jest z tak zwanych wyższych sfer. Pani ojciec był korespondentem, mieszkaliście za granicą, część dzieciństwa spędziła pani w Hawanie. Bywały u was miejscowe elity.

Ale wychowani byliśmy w domu pełnym ciepła i otwartości na ludzi. Zresztą trudno, żeby było inaczej – ojciec wilniuk, jedna babcia Włoszka, druga z Wołynia. Życzliwość do ludzi mam w genach. Kiedy mieszkałam w Hiszpanii, miałam kontakty z tamtejszymi elitami, król Hiszpanii Juan Carlos i królowa Zofia znali się z moim mężem. A mnie ciągnęło do ludzi. To mnie łączy z moim bratem, Piotrem Ikonowiczem. On też codziennie robi swoją rewolucję, tylko inaczej.

Jesteście inni, prawda?

Co do metod działania się różnimy, to prawda. Ale relacje mamy dobre, podobny jest nasz system wartości.

Mieliście szczęśliwe dzieciństwo?

Najszczęśliwsze. Chociaż w Komorowie, gdzie się wychowywałam, nie mieliśmy gazu ani bieżącej wody, umieliśmy się cieszyć każdym drobiazgiem. Dziadek ręcznie robił dla mnie meble, zbierał grzyby, potem te grzyby jedliśmy, bo nie za bardzo było nas stać na coś innego. Ale dzięki miłości, jaką dostawałam w domu, wiedziałam doskonale, że te grzyby to danie królewskie, bo ja przecież byłam księżniczką. Potem poszłam na ASP i musiałam sobie radzić sama. To mnie zahartowało, nauczyło, że nie można chodzić na żadne kompromisy. Może dlatego na planie „Kuchennych rewolucji” tak dużo wymagam od ludzi, których spotykam. Wymagam, bo ich lubię i chcę, żeby ich życie się zmieniło. Żeby wyrwali się z marazmu.

Polska prowincja tkwi w marazmie?

Jest albo wspaniała, pełna sukcesu, albo strasznie smutna. Brakuje nam złotego środka, takiej dobrze pojętej średniej. Są ludzie, którym się udało. Ale są też tacy, którzy boją się wyjść z domu, bo nie nadążają za rzeczywistością. Na wsiach i w miasteczkach zdarza się, że starsi ludzie nie spacerują, nie spotykają się, najbliższa rodzina nawet ich nie odwiedza.

Smutne to wszystko.

Smutne, dlatego czasem zdarza mi się płakać w programie. Bywa i tak, że na prowincji relacje międzyludzkie są jeszcze bardziej pokręcone i okrutne niż te w Warszawie. Wie pan dlaczego? Bo o ile my tu zapieprzamy, żeby podnieść swój standard, to oni tam po prostu walczą o życie. Dlatego czasem nie tylko naprawiam kuchnię, ale i relacje.

Nie czuje pani, że przekracza swoje kompetencje?

We wszystkim, co robię i mówię, jestem uczciwa. Może dlatego naprawdę tym ludziom pomagam. Bo przy wszystkich swoich wadach ta „niecentralna” Polska jest uczciwsza i mniej udaje. No i chce się uczyć, także ode mnie, z czego jestem dumna.

Dużo pani pisze.

Podróże po Polsce oznaczają długie godziny spędzone w samochodzie. Nie prowadzę, ale pożytkuję ten czas na moje teksty – książki, felietony...

Pamiętam, że przed kilku laty co tydzień pisywała pani do naszego tygodnika.

Tak i bardzo dobrze wspominam tę współpracę. To był dla mnie kreatywny, ciekawy czas. Dlatego zdecydowałam się znów podjąć to wyzwanie. Brakuje mi pisania felietonów, praca nad nimi była bardzo dobrym doświadczeniem. Mam mnóstwo pomysłów, te dobre staram się realizować. Jestem w ciągłym ruchu, wokół mnie codziennie dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy. Warto o nich pisać, „zakonserwować” ulotność zdarzeń. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 9/2016
Więcej możesz przeczytać w 9/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także