Super, ale bohater

Super, ale bohater

Batman i Superman w jednym filmie? Dlaczego nie. „Świt sprawiedliwości” dowodzi, że taką historię da się z sukcesem opowiedzieć na poważnie.

Kino o superbohaterach w ostatnich latach stało się mało zobowiązującą rozrywką. Ich twórcy proponują nam efektowne widowiska, ale widz nie traktuje tych historii poważnie. Nie są szczególnie zaskakujące, a ich potencjał dramatyczny jest niewielki.


Najlepszym przykładem tego trendu są przygody grupy Avengers, rekordowo popularne (dochody z kolejnych części przekraczają miliard dolarów), ale przeznaczone dla odbiorców w najlepszym wypadku nastoletnich. Ale nie zawsze tak było. Zdarzali się twórcy, którzy próbowali robić ekranizacje komiksów bardziej serio, choćby reżyser „Człowieka ze stali” Zack Snyder czy Christopher Nolan, twórca cyklu o Batmanie. Jego „Mroczny Rycerz” to arcydzieło, niezwykły obraz walki dobra ze złem, które ma tu twarz demonicznego Jokera, czyli tragicznie zmarłego Heatha Ledgera. Do tej właśnie tradycji nawiązuje „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, i to z wielkim sukcesem.

Największym problemem filmów komiksowych, których twórcy próbowali opowiadać zupełnie serio, były scenariusze. Te, które miały ciekawe i inteligentne przesłanie, da się policzyć na palcach jednej ręki. Producenci „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” zatrudnili jednak kogoś, kto świetnie zna się na swojej robocie. Chris Terrio, który kilka lat temu zdobył Oscara za „Operację Argo”, w tamtym obrazie pokazał dramatyczną akcję wywiezienia amerykańskich zakładników z Teheranu ogarniętego rewolucją. Zatrudnienie scenarzysty, który potrafi tworzyć teksty na podstawie dokumentów, a jednocześnie dodać autentycznym wydarzeniom dramatyzmu, okazał się strzałem w dziesiątkę. Terrio skupia się na historii, dialogach oraz wyrazistych postaciach. Nie interesują go efekty specjalne. Jeśli się pojawiają i dodają obrazowi widowiskowości, to nie są „zamiast” ciekawych zwrotów akcji, ale logicznie je uzupełniają.

Z krwi i kości

Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie znakomici aktorzy z pierwszej hollywoodzkiej ligi, tacy jak Jesse Eisenberg i Holly Hunter, którzy grają tu parę Lex Luthor – senator Finch. To nie są postaci komiksowe, to politycy z krwi i kości, których interesuje władza, a dla jej zdobycia stosują chwyty prawdziwie makiaweliczne. – W kinie o superbohaterach to naprawdę wyjątkowa sytuacja – mówi nam Jesse Eisenberg. – Cały czas miałem wrażenie, że gram w czymś opartym na kreacji aktorskiej, że nie jestem dodatkiem do efektów specjalnych, które najczęściej są podstawą wielkich hollywoodzkich widowisk. Dzięki temu mogłem się skupić na tworzeniu kreacji szalonego złoczyńcy. – Doceniam skalę i rozmach takich produkcji – dodaje Holly Hunter, która w roli senator Finch daje mały aktorski koncert. – Ale moja relacja z Lexem Luthorem mogłaby się znaleźć w poważnym dramacie.

Zack Snyder znakomicie skonstruował tę opowieść, nie ma tu taniego efekciarstwa, napięcie wynika ze sposobu opowiadania historii. Warto zresztą dodać, że i Ben Affleck jako nowy Batman sprawdza się świetnie. Wypada nie gorzej niż Christian Bale w cyklu Nolana. Tworzy bohatera skomplikowanego, zmagającego się z własnymi słabościami, pełnego rozterek moralnych. Superbohatera XXI w., z którym, co w takim kinie naprawdę wyjątkowe, można się nawet utożsamić. Dlatego nawet jeśli mamy w „Świecie sprawiedliwości” fabułę nieco pretekstową, bo w końcu jest to tylko opowieść o Supermanie przybywającym do Gotham City, by stoczyć walkę z Batmanem, to angażujemy się w nią emocjonalnie. Film ma mroczny klimat i kompletnie pozbawiony jest scen humorystycznych. Zupełnie inaczej oglądałoby się konflikt Batmana z Supermanem, gdyby nagle któryś z nich rzucił żarcikiem dla rozluźnienia atmosfery. Dzięki temu reżyser może zaprezentować sceny brutalne niczym ze współczesnego kina akcji, bo mieści się to w logice historii. Zack Snyder każe nam się zupełnie na serio zastanawiać nad tym, czy Superman może przejść na stronę zła, choć pojawił się na ziemi, aby wspierać ludzi.

Krok do Oscara

– Zależało nam na stworzeniu filmu superrealistycznego, który pozwoli odbiorcom uwierzyć, że opowiadana historia mogłaby się zdarzyć naprawdę. Że ktoś taki jak Superman mógłby pojawić się w świecie ludzi i że tak mogłyby się potoczyć wydarzenia – mówi producent filmu Charles Roven. Wydaje się, że „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” jest początkiem zmian w gatunku kina superbohaterskiego. Powstał film, który oferuje rozrywkę dla widza wymagającego i dowodzi, że da się stworzyć taką fabułę na poważnie.

– Myślę, że dzięki filmom takim jak nasz już wkrótce filmy oparte na komiksach będą na serio brane pod uwagę w oscarowym wyścigu – mówi producentka Deborah Snyder. – I nie chodzi mi o okazjonalne wyróżnienia czegoś wyjątkowego, jak to miało miejsce z Heathem Ledgerem, którego po śmierci wyróżniono za rolę Jokera w „Mrocznym Rycerzu”. Chodzi o to, że kino o superbohaterach osiągnie taki poziom, że koniec końców nawet ludzie nastawieni najbardziej krytycznie nie będą mogli takich filmów pomijać przy nominacjach do najbardziej prestiżowych nagród tylko ze względu na to, że mamy do czynienia z produkcją o superbohaterach. Wydaje się, że ten moment jest już bliski, a „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” to krok milowy w tę stronę. ■

BATMAN FOREVER

PIERWSZY FILM O BATMANIE POWSTAŁ W ROKU 1966. Obraz nawiązywał do popularnego serialu telewizyjnego, ale sam sukcesu nie odniósł i ta porażka na ponad dwie dekady zniechęciła kino do bohatera z Gotham City. Następcą okazał się dopiero „Batman” (1989) w reżyserii Tima Burtona z Michaelem Keatonem w roli głównej. Film był sukcesem komercyjnym, ale i artystycznym, bo zrealizował go twórca nieprzeciętny. No i w Jokera wcielił się sam Jack Nicholson. „Powrót Batmana” z roku 1992 (tu złego zagrał Danny DeVito) aż tak się nie udał, więc kolejny film z cyklu zrealizował Joel Schumacher, który w „Batmanie Forever” (1995) z Valem Kilmerem wrócił do komiksowych korzeni, ale pozostawił widzów dziwnie obojętnymi. Jeszcze gorzej było w „Batmanie i Robinie” (1997), który został uznany za film infantylny (choć w roli głównej pojawił się George Clooney). Na szczęście później pałeczkę przejął Christopher Nolan, który zaangażował Christiana Bale’a i od filmu „Batman: Początek” zaczyna się kinowy renesans postaci. Najbardziej udany z trylogii Nolana okazał się „Mroczny Rycerz” (2008), ale komercyjnie podobnym sukcesem był „Mroczny Rycerz powstaje” (2012).

ZŁY SUPERMAN

SUPERMAN MIAŁ DO EKRANIZACJI MNIEJSZE SZCZĘŚCIE NIŻ BATMAN. Właściwie największy sukces przyszedł całkiem niedawno wraz z zatrudnieniem do reżyserowania opowieści o przybyszu z planety Krypton Zacka Snydera. „Człowiek ze stali” (2013) zebrał świetne recenzje i zarobił prawie 700 mln dolarów. Z realizacji wcześniejszych publiczność bodaj najlepiej zapamiętała rolę Christophera Reeve’a. „Superman” (1980) z jego udziałem w reżyserii Richarda Donnera nie był filmem szczególnie udanym, choć zebrał w kinach sporą publiczność. Dziś ogląda się go z trudnością. Podobnie jak kolejne trzy „Supermany” z kolejnymi rzymskimi cyframi. Efekty specjalne rażą nieporadnością, a komiksowa fabuła zamiast wciągać – irytuje. Dość powiedzieć, że nakręcony jako ostatni w cyklu numer cztery zarobił w kinach raptem 36 mln dolarów (jedynka dziewięć razy więcej). To sprawiło, że producenci filmowi zostawili Clarka Kenta na 20 lat w spokoju. Umiarkowanym sukcesem okazał się „Superman: Powrót” Bryana Singera, który przy budżecie rzędu 200 mln dolarów zarobił tylko dwa razy więcej. Wygląda więc na to, że najlepszym pomysłem na odświeżenie tej komiksowej postaci jest połączenie jej w jednym filmie z Batmanem.

Okładka tygodnika WPROST: 13/2016
Więcej możesz przeczytać w 13/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także