Pierwszy trener

Pierwszy trener

Chodzi na przyjęcia z biskupem polowym, bawi się w towarzystwie biznesmenów i polityków, nosi garnitury fundowane przez zaprzyjaźnionego sponsora i jeździ pożyczonym mercedesem
Mówią o nim Narodowy. Janusz Wójcik, selekcjoner reprezentacji, ma szansę być pierwszym trenerem w historii, który wywalczy z kadrą Polski awans do finałów mistrzostw Europy.
Wójcik jest trenerem-instytucją. W swojej książce wspomina o bliskich związkach z ks. Henrykiem Jankowskim, o ,,kilku kolegach z Urzędu Ochrony Państwa", również o znajomości z obecnym prezydentem. - Z Aleksandrem Kwaśniewskim poznałem się, gdy był ministrem sportu. Podczas mojego pobytu w Emiratach Arabskich, przed wyborami prezydenckimi w 1995 r., Kwaśniewski przyjechał na trzy dni z żoną i córką. ćwiczyliśmy forhendy na kortach - mówi Wójcik.
- Towarzyskie kontakty w różnych kręgach miałem od dawna, dbałem o nie, pielęgnowałem przez wiele lat - przyznaje selekcjoner. Dziś jednak już nie tylko Wójcik zabiega o poparcie oraz sympatię polityków i biznesmenów, ale też sam jest przez nich rozchwytywany. Wypada się z nim pokazać, zaprosić na przyjęcie, usiąść obok w loży honorowej podczas meczu. - Ludzie do mnie lgną, chcą mieć ze mną kontakt. Nie tylko dlatego, że interesuje ich moja osoba, ale dlatego, że zależy im na naszej reprezentacji - tłumaczy trener.
Zawsze marzył o posadzie selekcjonera. - Niekiedy ambicja aż go rozsadzała - wspomina Władysław Stachurski, któremu Wójcik asystował w prowadzeniu reprezentacji do lat 16. Zawsze wolał pracować w drużynie firmowanej przez PZPN niż w klubie, choć pierwsze sukcesy osiągnął w prowincjonalnej Jagiellonii Białystok. ,,Podpisałem kontrakt, a potem zwiedziłem obiekty. Jedna ławka, jeden wieszak i jedna żarówka wisząca na drucie. Zamiast pryszniców - dwie umywalki. Zamiast normalnej ubikacji - wychodek, pochodzący pewnie jeszcze z czasów carskich, do załatwiania się na kucanego" - napisał w swojej książce. Wójcik wprowadził Jagiellonię do ekstraklasy, zaraził piłką pół miasta, na trybunach jeszcze w drugiej lidze zasiadało 30 tys. osób.
Obejmując reprezentację olimpijską, stworzył niemal państwo w państwie, czyli zespół wspierany przez fundację Zbigniewa Niemczyckiego - nowatorską i niezależną od działaczy PZPN. Wywalczył awans na igrzyska, drużyna wyjeżdżała do Hiszpanii w atmosferze skandalu i oskarżeń o doping, ale wróciła ze srebrnym medalem olimpijskim. Czekając na swoją kolejną szansę, pracował w Legii. Zdobył z nią tytuł mistrzów kraju, odebrany mu przez PZPN w dziwacznych i do dziś nie wyjaśnionych okolicznościach. W ostatniej ,,kolejce cudów" Legia prowadziła korespondencyjny pojedynek z ¸KS, polegający na tym, kto strzeli więcej goli i zdobędzie tytuł rzutem na taśmę. Później Wójcik wyjechał na trzy lata do Emiratów Arabskich. - Nie byliśmy w stanie przebić oferty szejków - wspomina rozstanie z nim Janusz Romanowski, ówczesny sponsor zespołu z ¸azienkowskiej. Nad Zatoką Perską Wójcik wielkich sukcesów nie odniósł, nie powtórzył osiągnięć Antoniego Piechniczka, który zdobył mistrzostwo Emiratów i prestiżowy tytuł klubowego mistrza tego regionu.
- Po igrzyskach olimpijskich w Barcelonie każdy trener kadry podczas nieobecności Wójcika musiał pracować z jego cieniem. Zewsząd słyszał pytania: ,,Dlaczego zdobywca srebrnego medalu w Barcelonie nie jest teraz selekcjonerem pierwszej reprezentacji?". Nie można było tego lekceważyć - mówi Zbigniew Boniek. - W końcu, gdy Wójcik wrócił, a PZPN był już zdecydowany na powierzenie kadry Edwardowi Lorensowi, namówiłem Dariusza Szpakowskiego, by zorganizował konkurs audiotele. Pytanie skierowane do kibiców, które w praktyce oznaczało ,,chcecie Wójcika czy Lorensa", dało podobny rezultat jak pytanie ,,jak nazywa się tradycyjna polska potrawa: bigos, pizza czy sushi?". Wójcik wygrał zdecydowanie, a PZPN w końcu zmiękł - dodaje Boniek.
- Swoją pewną ,,żarłocznością" i oczekiwaniem na sukces Wójcik zaraził kibiców i działaczy. Zrozumiał, że szkoleniowiec reprezentacji musi być nie tylko trenerem, ale też częścią całego produktu, jakim dla mediów jest drużyna narodowa. Uważa siebie za gwiazdę równie ważną jak piłkarze, stał się showmanem - zachwala Witold Knychalski, działacz Ligi Polskiej.
- Pewny siebie, przebojowy, ma wyczucie, potrafi sprawnie kierować grupą kilkunastu facetów. Stał się samodzielnym menedżerem tej firmy, w równym stopniu dba o formę drużyny oraz o pieniądze dla piłkarzy i grupy trenerów. Ma autonomię, władzę, może kierować kadrą, jak mu się podoba. Ufamy mu - przyznaje Boniek.
- Wójcik nie jest typowym ,,warsztatowcem", bardziej interesuje się wynikami specjalistycznych badań i aktualną formą graczy niż metodami szkoleniowymi. Jest selekcjonerem, ma świetny kontakt z drużyną, zawodników traktuje partnersko - mówi Michał Listkiewicz, prezes PZPN. Kto jest człowiekiem Wójcika? Przygotowując się do meczów, korzysta on z porad Dariusza Śledziewskiego, fachowca od futbolu z warszawskiej AWF, wychowanka Andrzeja Strejlaua. To szara eminencja w kadrze. Jest świetnym teoretykiem, czyta dla Wójcika zawiłe systemy taktyczne i rozszyfrowuje naszych rywali. Wójcikowi pomaga też Edward Klejndinst, jeden z najbardziej utalentowanych trenerów młodszego pokolenia. Ta para dobrze się uzupełnia: Wójcik - dynamiczny, zawsze przebojowy, chwilami zbyt ekstrawagancki, zabiegany, czasem niepunktualny. Klejndinst - cichy, spolegliwy, nie rzucający się w oczy fachowiec od mrówczej pracy. Od niedawna ekipę szkoleniową wspomaga też sędzia Andrzej Czyżniewski, który podpowiada zawodnikom, jak ,,grać" z arbitrami, jak zachowywać się wobec nich na boisku.
- Przed spotkaniami eliminacyjnymi analizuję z piłkarzami poprzednie mecze. Przygotowuję specjalne filmy, po konsultacji z trenerem staram się wytknąć słabe punkty w grze. Gracze powinni się uczyć na błędach i to jest właśnie moja robota - mówi Śledziewski, który razem z obecnym selekcjonerem rozpoczynał grę w piłkę w Agrykoli Warszawa. - Janusz Wójcik pozostaje sam na pierwszej linii frontu, niewiele mówi o swoich współpracownikach. Taką obrał politykę - dodaje bez żalu.
- Wójcik stara się wdrażać nowoczesne metody pracy z drużyną, potrafi korzystać z pomocy fachowców, nieważne czy jest autorem przepisu, czy jedynie z niego korzysta. Ważne, że umie być skuteczny - przekonuje Romanowski. Selekcjoner kadry oficjalnie zarabia 16 tys. zł, do tego otrzymuje premie, których wysokość uzależniona jest od tego, ile ma zajęć w danym miesiącu, na koszt związku może przejechać 500 km miesięcznie, ma też ryczałt na telefon komórkowy w wysokości 700 zł. Po każdym meczu partycypuje w podziale puli, którą drużyna otrzymuje za zdobyte punkty w eliminacjach (za remis z Anglią zespół dostał 100 tys. USD). Pieniądze dzielone są między zawodników, trenerów, masażystów, lekarzy. Nad podziałem czuwa Janusz Wójcik. Całość akceptują później szefowie związku: Listkiewicz, Boniek i Kolator.
- Janusz Wójcik jest ,,zwierzęciem medialnym", potrafi zarówno siebie, jak i produkt, który firmuje, opakować i dobrze sprzedać. Jest jak modliszka bezwzględnie dążąca do celu, bardzo szybko zjednuje sobie sympatię otoczenia. Mianowałbym go na szefa agencji reklamowej, ale koniecznie dużej. Takiej, w której mógłby opracowywać strategie, nie zaś zajmować się drobiazgami - mówi Andrzej Placzyński, szef polskiego oddziału firmy UFA handlującej sportowymi prawami telewizyjnymi. - Być może dzięki Wójcikowi będziemy świadkami pewnego paradoksu: siłą napędową w naszym futbolu może się stać reprezentacja narodowa, a nie zawodowe kluby, jak się to dzieje w zachodniej Europie. Jaki jest Wójcik prywatnie? I do szabli, i do szklanki - dodaje Placzyński.
- Gram w tenisa, wzruszam się przy ariach Andrei Bocelliego, pieniądze wydaję na rodzinę, dla której prawie nie mam czasu - mówi Wójcik. - Na sobie oszczędzam, bo ubiera mnie znajomy - właściciel sieci sklepów z odzieżą. Ostatnio obiecałem młodym kibicom, że na emeryturę pójdę dopiero z medalem mistrzostw Europy lub świata. Wielu śmieje się, że mogę pracować do późnej starości, ale ja obawiam się, iż może to nastąpić bardzo szybko. By awansować do finałów mistrzostw Europy w roku 2000, team Wójcika musi co najmniej zremisować ze Szwecją w Sztokholmie 9 października, a później przebrnąć zwycięsko przez pojedynki barażowe.

Okładka tygodnika WPROST: 40/1999
Więcej możesz przeczytać w 40/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także