Cios za cios

Dodano:   /  Zmieniono: 
Clinton wypowiedział totalną wojnę terrorystom
W bazach danych amerykańskiego Departamentu Stanu odnotowano około czterdziestu aktywnych ugrupowań terrorystycznych na całym świecie. W 1997 r. ich członkowie dokonali 304 zamachów bombowych, morderstw i porwań, zabijając 221 osób i raniąc 693. Jedną z najgroźniejszych organizacji kieruje saudyjski multimilioner Osama bin Laden, podejrzewany o przygotowanie ostatnich zamachów na amerykańskie ambasady w Nairobi i Dar es Salaam. W ich wyniku śmierć poniosło ok. 260 osób, a 5 tys. zostało rannych. Do niedawna bin Laden znany był jedynie agentom FBI i wąskiemu kręgowi ekspertów, teraz uznano go za wroga publicznego nr 1, a jego zdjęcia obiegły cały świat. Atak rakietowy w ubiegłym tygodniu był początkiem wojny, jaką wypowiedziały terrorystom Stany Zjednoczone.
Rakiety odpalono z siedmiu okrętów wojennych USA na Morzu Czerwonym i Morzu Arabskim. Do ataku użyto 75-80 pocisków manewrujących typu Tomahawk. Szef kolegium połączonych sztabów sił zbrojnych, gen. Hugh Shelton, wyjaśnił, że celem były położone wokół Chost w Afganistanie trzy obozy szkolące terrorystów oraz zakłady farmaceutyczne Shifa w Chartumie, gdzie - zdaniem Amerykanów - produkuje się gaz VX, porażający system nerwowy człowieka. Udziałowcem zakładów ma być właśnie bin Laden.
Saudyjczyk od kilku lat walczy z amerykańską obecnością w świecie arabskim. Waszyngton uważa, że był on faktycznym inspiratorem zamachu bombowego w nowojorskim biurowcu World Trade Center w 1993 r. Zginęło wtedy sześć osób. Nazwisko bin Ladena pojawiało się także w związku z zamachem bombowym na koszary amerykańskich wojsk w Arabii Saudyjskiej w 1996 r. Co więcej, ataki w Nairobi i Dar es Salaam przeprowadzono w bardzo podobny sposób jak akcję dwa lata temu. Pod koniec czerwca bin Laden udzielił amerykańskiej sieci ABC długiego wywiadu, w którym zapowiedział zmasowane ataki na amerykańskie cele. Nie widzi przy tym różnicy między wojskowymi i cywilami. "Każdy Amerykanin jest celem" - mówił.
Kenneth Katzman, ekspert ds. międzynarodowego terroryzmu w Biurze Badawczym Kongresu USA, szacuje, że bin Laden dowodzi armią 3 tys. islamskich bojowników. Duża ich część to weterani wojny, jaką w latach 1979-1989 afgańscy mudżahedini prowadzili przeciwko ZSRR. W czerwcu tego roku Laden wspólnie z trzema innymi organizacjami z Pakistanu i Bangladeszu utworzył organizację Międzynarodowy Front Islamski.
Po wydaleniu go z Sudanu w 1995 r. bin Laden osiedlił się w Afganistanie, gdzie nawiązał doskonałe stosunki z talibami i miał zarządzać obozami szkoleniowymi, nazywanymi przez Amerykanów "uniwersytetami terroryzmu". Ze swej kryjówki kieruje akcjami terrorystycznymi za pomocą telefonu satelitarnego. Saudyjski multimilioner jest nie tylko guru terrorystów, ale także ich głównym sponsorem. Jego majątek szacowany jest na 300 mln USD. Pieniądze te ulokowane są głównie w nieruchomościach i innych przedsięwzięciach w różnych krajach. Bin Laden kontroluje m.in. większość światowego handlu gumą arabską (80 proc. produkcji pochodzi z Sudanu).
Aby utrudnić finansowanie terrorystów, prezydent Clinton nakazał umieszczenie bin Ladena na sporządzonej w 1995 r. liście ludzi, z którymi transakcje handlowe są zakazane z powodu ich powiązań ze światowym terroryzmem. Amerykański prezydent zamierza się zwrócić o poparcie do innych rządów, aby także zrezygnowały z kontaktów gospodarczych z terrorystą. Zgodnie z rozporządzeniem, zamrożony został również kapitał, jaki w USA posiada sam bin Laden, jego najbliżsi współpracownicy i wspierana przez nich Armia Islamska.
Atak przeprowadzono w najtrudniejszym momencie prezydentury Clintona - dwa dni po bezprecedensowym przesłuchaniu przez Wielką Ławę Przysięgłych, w którym przyznał się do utrzymywania "nieodpowiednich stosunków" z byłą stażystką w Białym Domu. Sekretarz obrony William Cohen odrzucił sugestie, że akcja mogła być motywowana względami polityki wewnętrznej czy prywatnymi interesami prezydenta. "Przyczyną podjęcia działań był obowiązek ochrony Amerykanów przed terrorystami". Stwierdzenie Cohena jest o tyle wiarygodne, że jest on jedynym reprezentantem opozycyjnej partii republikańskiej w administracji. Ostatnie sondaże wskazują, że większość Amerykanów popiera prezydenta. 64 proc. ankietowanych uważa, że Clinton wydał rozkaz przeprowadzenia ataków rakietowych w celu zwalczania terroryzmu, a nie dlatego, że chciał odwrócić uwagę od swojego romansu z byłą stażystką.
Spośród sojuszników USA akcję militarną poparły całkowicie Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Izrael, Hiszpania, Australia, Nowa Zelandia i Japonia. Amerykanów potępił natomiast Borys Jelcyn. "Nic nie wiedziałem, a to znaczy, że cały świat nic nie wiedział. To nie jest uczciwe" - powiedział zdenerwowany prezydent Rosji. Duma Państwowa zaapelowała do Jelcyna, by zastanowił się, czy w zaistniałej sytuacji wrześniowa wizyta Billa Clintona w Moskwie jest celowa. Zdanie Rosji jest o tyle istotne, że wkrótce amerykańską akcją zajmie się Rada Bezpieczeństwa ONZ.
Nastroje antyamerykańskie nasiliły się w państwach islamskich. Naloty rakietowe potępiła Liga Arabska, zrzeszająca 21 krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. W Trypolisie przywódca Libii płk Muammar Kadafi, który w lipcu doznał złamania kości biodrowej, prowadził demonstrację antyamerykańską wsparty na kulach. Telewizja libijska pokazała go w tłumie ludzi palących flagę USA. Tysiące demonstrantów zaatakowało opuszczony przez personel budynek amerykańskiej ambasady w Islamabadzie. W stolicy Sudanu tłum szturmował ambasadę brytyjską. Właśnie w Chartumie złość na Waszyngton jest największa. Podczas nalotu na rzekomą fabrykę farmaceutyków ranionych zostało dziesięć osób. Sudan stanowczo zaprzecza, że produkowano tam broń chemiczną. Zaprzeczył także powiązaniom kapitałowym bin Ladena z zakładami. Waszyngton twierdzi jednak, że dysponuje niezbitymi dowodami. Na początku tego roku magazyn "US News and World Report" cytował tajny raport Kongresu, w którym napisano, że Irak zbudował fabrykę broni chemicznej w Sudanie. W grudniu ubiegłego roku również sudańska opozycja oskarżyła rząd w Chartumie o produkcję śmiercionośnych gazów używanych przeciwko rebeliantom z południa kraju.
W obliczu zagrożenia odwetem Amerykanie wzmocnili środki bezpieczeństwa na lotniskach, wokół budynków rządowych i innych miejsc narażonych na atak terrorystów. Wzmocniono ochronę ambasad i przedstawicielstw USA na całym świecie. Amerykańskie firmy zabezpieczają się we własnym zakresie. Ostrzeżono obywateli Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza przebywających za granicą - w czasie wakacji są to setki tysięcy ludzi - że mogą się stać celem zamachów. Pakistańskie źródła utrzymują, że Osama bin Laden nie zginął podczas amerykańskiej akcji. Według jednego z tamtejszych dzienników, powołującego się na wywiad pakistański, życie uratowała mu nagła zmiana planów. Wcześniej zamierzał odwiedzić jeden z zaatakowanych w czwartek obozów, lecz zrezygnował, gdy dotarła do niego wiadomość o ewakuacji amerykańskiego personelu z ambasady w Islamabadzie.
Waszyngton spodziewa się odpowiedzi terrorystów, choć zapewne nie nastąpi to natychmiast, bowiem bin Laden potrzebuje trochę czasu, by oszacować i zlikwidować poczynione przez Amerykanów szkody, a także skonsolidować zwolenników "świętej wojny". Przywódcy talibów zwrócili się do Saudyjczyka o zaprzestanie inicjowania antyamerykańskich akcji z baz w Afganistanie, ale Amerykanie nie wierzą w skuteczność takiego apelu. "Przez najbliższe kilka miesięcy wszystkie obiekty, na których powiewa amerykańska flaga, będą celem zamachów" - twierdzi prof. Douglas Johnson, specjalista w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego. Bardziej narażeni są funkcjonariusze niższego szczebla, na przykład ochotnicy pracujący w Korpusie Pokoju, zwłaszcza w państwach, w których stacjonują terroryści. Johnson nie sądzi jednak, by nastąpiło to w najbliższym czasie. "Przez najbliższe miesiące każdy policjant czy wojskowy będzie za każdym rogiem widział terrorystów. Po pewnym czasie ich czujność musi się zmniejszyć".

Więcej możesz przeczytać w 35/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.