Chwała niezwyciężonym

Chwała niezwyciężonym

Rwaliśmy się do powstania i jesteśmy z niego dumni - wspominają warszawscy powstańcy Od lewej: DANUTA SARNECKA-STEFANOWICZ - pseudonim Magdalena; OLGIERD BUDREWICZ - Konrad; ANDRZEJ STEFANOWICZ - Józef; STANISŁAW BONTEMPS - Boruta; WACŁAW GLUTH-NOWOWIEJSKI - Wacek; Po pięciu latach bestialskiego mordowania Polaków przez Niemców trzeba było wreszcie się przeciwstawić. Bo każda rodzina w Warszawie miała kogoś, kto zginął - tak Wacław Gluth-Nowowiejski uzasadnia wybuch powstania warszawskiego. W powstaniu był dowódcą drużyny w 238. plutonie, a potem w 254. plutonie Zgrupowania Żmija walczącego na Żoliborzu. Po wojnie kaprala podchorążego Wacka (taki miał konspiracyjny pseudonim) okrzyknięto wrogiem ludu. Po pokazowym procesie spędził pięć lat w komunistycznym więzieniu.

Od lewej: DANUTA SARNECKA-STEFANOWICZ - pseudonim Magdalena; OLGIERD BUDREWICZ - Konrad; ANDRZEJ STEFANOWICZ - Józef; STANISŁAW BONTEMPS - Boruta; WACŁAW GLUTH-NOWOWIEJSKI - Wacek;
- Powstanie było psychologiczną koniecznością. Trzeba było wreszcie chwycić za gardło okupanta. Z czysto wojskowego punktu widzenia to była klęska, ale tej walki nie przegraliśmy. Nawet Stalin musiał nas w końcu zauważyć i może dlatego nie zrobił z nas którejś tam republiki radzieckiej, bo przekonał się, że stawimy niewiarygodny opór - mówi Olgierd Budrewicz, znany dziennikarz i podróżnik, kapral podchorąży z 238. plutonu Żmii, pseudonim Konrad. - Mimo strasznej traumy, jaką powstanie było dla miasta i jego mieszkańców, musieliśmy pokazać naszą wolę walki. Tym bardziej że działo się to w czasie, gdy w Jałcie alianci sprzedali nas Sowietom - mówi Stanisław Bontemps, emerytowany profesor SGGW, kapral podchorąży z 225. plutonu, pseudonim Boruta.
- Nigdy nie miałam wątpliwości, że powstanie było potrzebne. Dopiero gdy trzeba było później kapitulować, poczułam, że nas zdradzono - mówi Danuta Sarnecka-Stefanowicz, pseudonim Magdalena, powstańcza sanitariuszka z Szarych Szeregów, po wojnie lekarz. - Mówienie, że decyzję podjęto wbrew nam, to kompletna nieprawda. Rwaliśmy się do powstania i jesteśmy z niego dumni. Tak jak wszystkie polskie powstania także warszawskie było walką o to, by Polska mogła po prostu istnieć - mówi.

Trzy pistolety
Na początku powstania drużyna Wacka, okrojona do dwunastu chłopców, miała jeden karabin i trzy pistolety. Biegnąc z nimi przez otwartą przestrzeń, powstańcy mieli zdobyć Szkołę Gazownictwa chronioną przez betonowe bunkry i zasieki. Dysproporcja sił wojskowych między powstańcami a niemieckimi oddziałami była wielka, powstańcom nie udało się zdobyć żadnych obiektów wroga. Dowódca obwodu Żoliborz ppłk Żywiciel zdecydował o wycofaniu swoich żołnierzy do Puszczy Kampinoskiej. Na Żoliborzu pozostała tylko część żołnierzy Zgrupowania Żmija. Olgierd Budrewicz organizował wtedy obronę budynku Fenix na placu Wilsona. Dwa dni później na rozkaz dowództwa powstania oddziały Żywiciela powróciły z Kampinosu do Warszawy, dołączając do trzech punktów oporu, w tym grupy rotmistrza Żmii; te istniejące punkty i wzniesione barykady zdecydowały o tym, że cały Żoliborz pozostał w rękach powstańców. Na wieść o kapitulacji, po dwóch miesiącach, Żywiciel długo nie chciał wykonać rozkazu złożenia broni - sam ranny pragnął nadal walczyć.
- Nie spotkałem na Żoliborzu nikogo, kto by nie chciał iść do powstania. To było dla wszystkich oczywiste - opowiada Andrzej Stefanowicz, strzelec 254. plutonu Zgrupowania Żmija, pseudonim Józef, z zawodu inżynier mechanik. Stefanowicz (miał dziewięć ran po szrapnelach) po rozbiciu jego drużyny w połowie września, gdy zaczęła się niemiecka ofensywa na Marymont (do piwnicy domu, w którym ich okrążono, Niemcy wrzucali wiązki granatów i miotaczami płomieni dobijali rannych),przedostał się przez niemieckie linie do stanowisk powstańczych i szklanego domu na Żoliborzu, gdzie doczekał kapitulacji. - W końcu września było już pełno broni, stała oparta o ściany, ale nie miał kto z niej strzelać. Sanitariusze opatrywali rannych papierem toaletowym. Gdy nas prowadzono do niewoli, co kilka metrów leżał ktoś martwy - wspomina Stefanowicz.

Wrogowie ludu
Wacek, który został ranny na Marymoncie, doczołgał się nocą do piwnicy opuszczonego domu, gdzie półżywy przetrwał sześć tygodni. W listopadzie został odkryty przez parę przypadkowych ludzi, którzy dotarli na Marymont z niemiecką przepustką i którzy go uratowali. W czasie wojny Wacek stracił trzech braci. - Pozostali przy życiu powstańcy opuścili Warszawę fizycznie i moralnie okaleczeni. To trwało krótko. Warszawiacy po wojnie ciągnęli do stolicy ze wszystkich stron - te pierwsze lata powojenne były wielkim zrywem entuzjazmu - wspomina Gluth-Nowowiejski.
Młodzi powstańcy, którzy ocaleli, chcieli jak najszybciej zacząć normalnie żyć. Studiowali, zakładali rodziny. - U nas na trzech wydziałach długo nie potrafiono znaleźć 20 osób, by założyć Związek Walki Młodych - wspomina prof. Stanisław Bontemps. Został ranny w Kampinosie i już nie wrócił na Żoliborz - brał za to udział w marszu kampinoskiego zgrupowania w Góry Świętokrzyskie, rozbitym przez Niemców pod Jaktorowem. Później należał do oddziału zakonspirowanej organizacji Wolność i Niezawisłość. Uniknął aresztowania, bo się nie ujawnił.
Gluth-Nowowiejski został aresztowany w listopadzie 1948 r. Wyszedł z więzienia jesienią 1953 r. - W więzieniu była cała powstańcza i AK-owska śmietanka - wspomina. Udział w powstaniu był hakiem w życiorysie. Mijały lata, powstańcy byli obywatelami drugiej i trzeciej kategorii. Teraz z goryczą mówią, że uroczyste obchody rocznicy powstania i otwarcie muzeum przychodzą zbyt późno.
Okładka tygodnika WPROST: 31/2004
Artykuł jest zamknięty
Więcej możesz przeczytać w 31/2004 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

    Czytaj także