Clintonomika

Clintonomika

8 procent amerykańskich wyborców zadecyduje o przyszłości świata Niespełna godzinę po zakończeniu konwencji wyborczej demokratów w Bostonie pojawiły się wyniki sondaży przedwyborczych: republikanie stracili 3 punkty procentowe. John Kerry prowadzi z Bushem 48 proc. do 43 proc. Sondaż przeprowadzono, zanim jeszcze kandydat demokratów wygłosił swoje exposé. Płomienne i pełne obietnic wystąpienie może tę przewagę powiększyć. Na razie. Republikanie mają miesiąc na przygotowanie riposty. Jeszcze kilka dni przed wielkim medialnym show, jakim był zjazd demokratów, tandem wyborczy Bush - Cheney prowadził w sondażu "Washington Post" w niemal dokładnie odwrotnych proporcjach. Ameryka przygotowuje się do wyjątkowo dramatycznego wyścigu wyborczego: tylko 8 proc. wyborców pozostaje niezdecydowanych. O wygranej którejkolwiek ze stron, a zarazem o przyszłości świata, mogą zadecydować właśnie oni.
Demokratyczny kandydat na wodza?
Każdy, kto śledził poprzednie wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, musi mieć do pewnego stopnia złudzenie déj? vu: George W. Bush obiecywał, że będzie prezydentem jednoczącym Amerykę; Kerry chce zamknąć ideologiczne podziały. Bush głosił "współczujący konserwatyzm", Kerry chce ulżyć zubożonej klasie średniej. Bush obiecywał lepszą edukację - demokraci obiecują dofinansowanie szkół.
Przemożne wrażenie, że wszystko już było, mogłoby niemal uśpić obserwatorów konwencji, gdyby nie nowy pomysł Partii Demokratycznej: bezpieczna, silniejsza, zbrojna po zęby Ameryka. Wątek narodowego bezpieczeństwa zdominował czterodniowe spotkanie demokratów. Aby się przeciwstawić sloganom wyborczym republikanów, którzy podkreślają, że George W. Bush to "prezydent na czas wojny", sztab wyborczy Kerry'ego uczynił z obronności, bezpieczeństwa i militarnej sprawności Ameryki temat przewodni. W pierwszych wyborach prezydenckich po 11 września i po raz pierwszy od 1972 r. (przesilenia sytuacji w Wietnamie) sondaże pokazały, że poczucie bezpieczeństwa Amerykanów i militarne zaangażowanie kraju to kwestie, które mogą przesądzić o sympatiach elektoratu. Dlatego przekonanie wyborców, że John Kerry jest właściwym kandydatem na wodza naczelnego, było jednym z najważniejszych celów konwencji. Przez podium w bostońskim Fleet Center, gdzie odbywał się zjazd, przewinęła się parada weteranów i generałów, którzy podkreślali heroizm Kerry'ego w Wietnamie. Jego oficjalne wystąpienie zapowiedział były senator Max Cleland, który stracił na tamtej wojnie nogi i prawą rękę; przed nim wystąpił porucznik Jim Rassman, który powiedział po prostu: "John Kerry uratował mi życie". Ciężar gatunkowy i emocjonalny tych świadectw był imponujący. Ale nie zmienia to faktu, że Kerry nie zaoferował żadnej recepty prócz obietnicy uzyskania pomocy europejskich sojuszników Ameryki. A ta obietnica może się okazać bez pokrycia. Powody, dla których Francuzi czy Niemcy nie poparli wojny w Iraku, nie sprowadzają się do antypatii, jaką żywią dla administracji Busha. W tej kwestii USA i partnerów dzielą również ich interesy na Bliskim Wschodzie i Kerry może obiecywać coś w rodzaju politycznych gruszek na wierzbie.
Wątek militarny do tego stopnia zdominował jednak konwencję, że przesłonił to, co zgodnie z tradycją powinno z tego spotkania wyniknąć - sformułowanie jasnej platformy wyborczej. - Tym razem demokraci nie starają się zdefiniować linii politycznej - mówi Stephen Hess, doradca prezydenta Forda i były przedstawiciel USA przy Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. - Ich zadaniem jest sprzedać Kerry'ego jako właściwego kandydata na prezydenta i wodza naczelnego. Platforma polityczna nie ma większego znaczenia. Nie jest to też moment na określenie jakiegoś nowego profilu partii. Demokraci trzymają się kursu, jaki wyznaczył Bill Clinton i jego frakcja "nowych demokratów", umiarkowanych i przyjaznych biznesowi.
Tak więc nieoczekiwanie to nie kwestie społeczne - okręt flagowy demokratów - znalazły się w centrum uwagi, lecz sprawa narodowego bezpieczeństwa. Nori Sawaki, ekspert w dziedzinie polityki, powiedział "Wprost", że będzie to "kamień węgielny kampanii wyborczej przez następne trzy miesiące". Sawaki podkreśla, że militarna retoryka demokratów stała się tak dobitna, że zaciera różnice między ich stanowiskiem a postawą republikanów.

Nieufna Wall Street
Demokraci zrobili wiele w czasie tej konwencji, by odżegnać się od wizerunku partii lewicowej i lansującej państwo opiekuńcze. To oni jednak muszą złożyć obietnice wyborcze, jakich oczekują Amerykanie w sprawie ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych oraz reformy edukacji. John Kerry zapowiedział dofinansowanie szkół z bud-żetu federalnego i rozszerzenie programu ubezpieczeń medycznych. Ale jednocześnie Kerry zamierza zmniejszyć o połowę deficyt budżetowy. I tu rachunek przestaje się zgadzać. Zwłaszcza że demokraci obiecują, iż nie podniosą podatków dla klasy średniej, a koszty nowej polityki społecznej pokryją, znosząc ulgi podatkowe dla najbogatszych. Planują też podatkowe zachęty dla firm, które będą tworzyć miejsca pracy i zapobiegać ich eksportowi do Azji i Ameryki Południowej. Jeśli nawet uda się Kerry'emu wprowadzić dyscyplinę budżetową, polityka społeczna pochłonie jej zdobycze. - Podniesienie podatków dla najbogatszych może przynieść oszczędności dla budżetu, ale jeśli zostaną one zainwestowane w ubezpieczenia, to nie ma mowy o redukcji deficytu - mówi Richard Janda, analityk finansowy z Wall Street. - Wprawdzie Kerry jako senator wykazywał wiele fiskalnego konserwatyzmu, ale Wall Street nie najlepiej przyjmie jego wyborcze obietnice.

Kerry błyszczy światłem odbitym
Dotychczas w sondażach opinii Kerry wypadał jako kandydat mało znany, o niejasnych przekonaniach i niejasnym przesłaniu wyborczym.
Konwencja wyborcza Partii Demokratycznej pomyślana była więc jako marketingowy "lifting" jego wizerunku. Demokraci zjednoczyli się wokół kandydata. Wszyscy pozostali, którzy ubiegali się o demokratyczną nominację, wygłosili mowy popierające Kerry'ego. Jego wystąpienie było nadspodziewanie dobre. Wyniosły patrycjusz zdołał przełamać chłodną manierę. Jego zbyt arystokratyczny wizerunek łagodzi towarzystwo trybuna ludowego Johna Edwardsa. Dla obserwatorów konwencji, ekspertów politycznych i dziennikarzy to nie Kerry był jednak rewelacją konwencji, lecz wschodząca gwiazda demokratów, ubiegający się o fotel w Senacie Barack Obama z Chicago. Jego przemówienie zelektryzowało nawet republikańskich komentatorów. Ale był to niefortunny prezent dla samego kandydata. "Washington Post" komentuje: Jaka jest właściwie Partia Demokratyczna w tym roku? Czy jest to partia Clintona? Partia Obamy? Czy Kerry potrafi określić demokratów?
"Jeśli Kerry nie zrobi tego w najbliższym czasie, pozostawi pole republikanom. To oni określą demokratów i mogą im przygotować taką porażkę, jaką zgotowali Dukakisowi" - mówi Mark Spradley z Council on Foreign Relations. A między starymi i nowymi gwiazdami demokratów Kerry błyszczy jedynie światłem odbitym.

Kto nakryje do stołu?
Komentatorzy zwrócili uwagę na to, że uczestnicy konwencji starali się unikać agresywnych komentarzy pod adresem Białego Domu. Skoncentrowali się na pozytywnych przekazach i odwołaniach do reaganowskiej szkoły optymizmu. Nie wiadomo jednak, czy takie pokojowe podejście demokratów okaże się dla nich dobrą strategią w roku, w którym walka będzie dramatyczna, a szanse obu partii wyrównane.
- Sądzę, że taka pokojowa taktyka jest słuszna - mówi Stephen Hess. - Delegaci, którzy reprezentują swoje stany podczas konwencji - zarówno demokraci, jak i republikanie - rekrutują się zazwyczaj spośród partyjnych radykałów. Aby uniknąć wizerunku partii lewicowej, zbyt agresywnej i nieodpowiedzialnej, demokraci wybrali bardzo pojednawczą retorykę, która może się okazać skuteczna. W jakimś stopniu retoryka demokratów zadziałała - notowania Kerry'ego przed konwencją stopniowo się pogarszały. Bush odzyskiwał cenne punkty i miał znacznie lepsze notowania jako "prezydent na czas wojny".
Obecne 48-procentowe poparcie dla Kerry'ego to dobry wynik, ale trzeba go podzielić przez efekt "odbicia", czyli reakcji wyborców na wielkie show, jakim była konwencja. A w Waszyngtonie mówi się, że to prezydent, który ubiega się o reelekcję, "nakrywa do stołu", czyli dyktuje warunki.


Konwencja Ameryki
Po śmierci George'a Waszyngtona, który był pierwszym i ostatnim w historii Stanów Zjednoczonych prezydentem wybranym jednogłośnie, Amerykanie stanęli przed koniecznością stworzenia procedury nominowania kandydatów. Po okresie demokratycznych eksperymentów przyjęło się, że kandydatów wyłaniają konwencje. Tradycyjnie partia, z której prezydent sprawuje urząd, ma konwencję w sierpniu, a opozycja (zwana out party) - w lipcu. W praktyce przerodziło się to w wyznaczanie kandydatów przez luminarzy poszczególnych partii. Po 1968 r. polityczna rola szefów partyjnych zmalała, a kandydaci republikanów i demokratów zaczęli być wyłaniani w trakcie prawyborów.
W rezultacie konwencje mają w procesie nominowania już tylko symboliczne znaczenie. Tradycyjnie pozostają jednak najważniejszym w cyklu wyborczym zebraniem partii, podczas którego przyjmuje się jej platformę polityczną oraz zasady zarządzania na najbliższe cztery lata.
Okładka tygodnika WPROST: 32/2004
Więcej możesz przeczytać w 32/2004 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0