Łowcy ludzi

Łowcy ludzi

Co drugi dzień w Polsce porywany jest człowiek, ale policja dowiaduje się tylko o co siódmym takim wypadku
Okup w kawałkach - syn w kawałkach" - SMS takiej treści i odcięty palec przesłano rodzinie porwanego Mariusza Mirkowskiego, syna przedsiębiorcy z Piaseczna. Stało się tak, gdy prowadzący negocjacje detektyw Krzysztof Rutkowski zamiast 100 tys. euro okupu przekazał 100 tys. zł. Bandyci nie czekali na resztę okupu i zamordowali Mariusza Mirkowskiego. Porwanemu niedawno w Warszawie hinduskiemu biznesmenowi Harishowi Devramowi Hitangiemu odcięto trzy palce. I jego bandyci prawdopodobnie zamordowali, nie doczekawszy się okupu.

Ofiary przecieków

Ostatnie porwania dla okupu dowodzą, że bandyci często dysponują dokładną wiedzą o majątku swoich ofiar, znają stan ich kont, mają informacje o tym, kto sprzedał atrakcyjne grunty, na przykład pod budowę hipermarketu lub stacji benzynowej. Jak ustaliliśmy, w wypadku kilku ostatnich porwań informacje te pochodziły z kancelarii notarialnych, w których zawierano umowy kupna-sprzedaży. Pochodziły też od skorumpowanych bądź zastraszonych pracowników banków czy biur maklerskich. Obecna seria porwań w Warszawie i podwarszawskich miejscowościach - w Piasecznie i Konstancinie - to dzieło gangu mokotowskiego, do niedawna kierowanego przez Andrzeja Horycha, ps. Korek. Pozbawiony szefa gang odrabia w ten sposób straty finansowe, bo załamał się przemyt narkotyków, który wcześniej był głównym źródłem dochodów.

Według gdańskiego prokuratora Janusza Kaczmarka, autora książki "Porwania dla okupu", za porwaną osobę przestępcy żądają do miliona złotych, ale zdarza się, że chcą miliona lub kilku milionów dolarów. Od Zbigniewa U., byłego współwłaściciela myślenickiej TeleFoniki, zażądano miliona dolarów okupu za uwolnienie jego 19-letniego syna Bartka. Zbigniew U. zapłacił, a policję powiadomił dopiero po złożeniu okupu i powrocie syna do domu. Z tej sumy policji udało się odzyskać 350 tys. dolarów, które jeden z porywaczy, Tomasz P., schował w piecu swojego domu. Włodzimierz Olewnik, przedsiębiorca spod Płocka, ojciec porwanego Krzysztofa Olewnika, wydał dotychczas około miliona dolarów, chcąc odzyskać syna. Od razu zawiadomił policję, zatrudnił też detektywa Rutkowskiego (dotychczas kosztował go on ponoć milion złotych). Zapłacił okup i mimo że operacja była prowadzona przez policję, nie odnaleziono ani syna, ani porywaczy.

Porwanie "na policję"

Zanim bandyci wybiorą cel, obserwują rodzinę, poznają jej zwyczaje, oceniają, kogo najłatwiej "trafić" - przedsiębiorcę czy jego dziecko. Gdy ofiara zatrudnia ochronę, najczęściej zastawia się na nią pułapkę. W taką pułapkę wpadł niedawno chroniony przez firmę detektywistyczną potentat branży paliwowej z Warszawy. Bandyci dowiedzieli się, że biznesmen ubiega się o kredyt na budowę sieci stacji benzynowych. Podstawili mu więc człowieka, który mógł rzekomo załatwić preferencyjny kredyt. Na spotkanie z nim przedsiębiorcę zaproszono do Radomia, dokąd miał przyjechać bez ochroniarzy. Na trasie do Radomia na przedsiębiorcę czekali w kilku samochodach porywacze. Dopadli go na przydrożnym parkingu, gdzie na chwilę się zatrzymał.

Często stosowaną przez porywaczy metodą są uprowadzenia "na policję". W taki sposób porwano przed rokiem biznesmena Romana B. z Łodzi. Porywacze zajechali mu drogę samochodem pomalowanym jak policyjny radiowóz, w strojach antyterrorystów. Mieli przy sobie podrobione legitymacje.

Violetta Krasnowska, Ewa Ornacka

Pełny tekst ukaże się w najnowszym numerze tygodnika "Wprost". W sprzedaży od poniedziałku, 16 sierpnia.

Czytaj także