Salwy na dachu świata

Salwy na dachu świata

Nad Kaszmirem wisi atomowy miecz Damoklesa
W indyjskich przewodnikach turystycznych Kaszmir określany jest jako "raj na ziemi", kraina pięknych górskich krajobrazów i wspaniałych zabytków, przedgórze himalajskiego "dachu świata". Autorzy przewodników z oczywistych względów nie wspominają tylko o jednym szczególe: wzdłuż linii dzielącej pakistańską i indyjską część prowincji częściej słychać salwy artyleryjskiej kanonady niż pioruny burz. W pięknym mieście Srinagar, zwanym niegdyś "letnią stolicą Indii", więcej jest dziś bunkrów niż świątyń.

"Tymczasową" (od półwiecza) osiemsetkilometrową granicę dzielącą Kaszmir na część indyjską i pakistańską obie strony określają jako "linię konfrontacji". Termin ten dobrze oddaje nastrój pogranicza. Chłopi i mieszkańcy przygranicznych miasteczek doskonale wiedzą, co należy zrobić na odgłos pierwszego wystrzału: natychmiast rzucają się na ziemię, a potem biegną do kryjówek. Nie wszystkim udaje się schronić. Podczas trwającego kilka dni wzajemnego ostrzału artyleryjskiego w pierwszych dniach sierpnia życie straciło prawie sto osób.
Wśród indyjskich chłopów jeszcze większe przerażenie budzą oddziały islamskich separatystów walczących z wojskiem. Partyzanci, nie mogąc się zmierzyć z oddziałami regularnej armii, atakują Bogu ducha winnych chłopów w przygranicznych dolinach. 3 sierpnia rozstrzelali 34 przypadkowe osoby i to poza granicami Kaszmiru, w sąsiednim indyjskim stanie Himachal Pradesh. Po dwóch dniach znów zamordowano
26 osób. W ciągu kolejnych dni zginęło kilkudziesięciu chłopów i robotników budowlanych.
W stanie Dżammu i Kaszmir zastraszanie hinduskich wieśniaków i ataki na świątynie hinduistyczne zdarzają się niemal co tydzień. Ta swoista polityka czystek etnicznych obliczona jest na wygnanie Hindusów z jedynego indyjskiego stanu, w którym muzułmanie stanowią ok. 80 proc. ludności. Po osiągnięciu tego celu rebelianci chcieliby utworzyć własne państwo lub przyłączyć się do Pakistanu. Nic dziwnego, że Pakistańczycy nie ukrywają swego poparcia dla partyzantów, którym dostarczają broń i udzielają schronienia po drugiej stronie granicy. W odpowiedzi rząd w Delhi wysyła kolejne oddziały wojska, a siły bezpieczeństwa rozprawiają się z partyzantami i wspomagającymi ich wieśniakami w sposób budzący ostry sprzeciw organizacji obrony praw człowieka. Raport Amnesty International mówi o tysiącach ofiar akcji odwetowych i brutalnych przesłuchań. Władze indyjskie twierdzą, że w ciągu dziewięciu lat wojny partyzanckiej spośród 5-6 tys. rebeliantów przy życiu pozostała najwyżej jedna trzecia, a dowodem na postępującą normalizację sytuacji ma być szybki rozwój turystyki pod Himalajami.
Nie zawsze wiadomo, dlaczego dochodzi do nagłego zaostrzenia konfliktu w Kaszmirze. Niekiedy walki prowokują rebelianci, innym razem walecznością chcą się wykazać dowódcy po obu stronach granicy. Jako przyczynę najpoważniejszych od długiego czasu pojedynków artyleryjskich obserwatorzy podają tym razem wizytę indyjskiego ministra obrony George'a Fernandesa, który dwa tygodnie temu odwiedził nadgraniczne garnizony. Podobno Pakistańczycy postanowili zgotować mu "godne powitanie".
Świat z niepokojem obserwuje sytuację w Kaszmirze, który od półwiecza uchodzi za regionalną "wylęgarnię wojen". Najbardziej niepokojące jest to, że naprzeciw siebie stają dwa państwa aspirujące tym razem do roli mocarstw atomowych. W odniesieniu do obu określenie "mocarstwo" jest nieco przesadzone, jednak po serii demonstracyjnych testów przeprowadzonych w maju na poligonach w pakistańskim Beludżystanie i w indyjskim Pokhranie nikt nie ma już wątpliwości, że obie strony są w stanie użyć broni jądrowej w razie kolejnej wojny.
Pakistan i Indie znajdują się w permanentnym konflikcie właściwie od chwili powstania obu państw (po wycofaniu się brytyjskich kolonizatorów w 1947 r.). Już w pierwszym roku niepodległości stoczyły one niezwykle krwawą wojnę - właśnie o Kaszmir. Druga wojna pod Himalajami rozegrała się w 1965 r. Sytuację skomplikowała dodatkowo aneksja części północnego Kaszmiru, dokonana przez Chiny trzy lata wcześniej. Po przegranej przez Pakistan wojnie, która w 1971 r. przyniosła niepodległość Bangladeszowi, władze w Islamabadzie postanowiły w końcu sięgnąć po mocniejszy argument: wkrótce rozpoczął się tajny program badań nad bronią jądrową. Szczególną nerwowość Pakistańczyków wywołała pierwsza próbna eksplozja przeprowadzona przez Indie w 1972 r. W istocie indyjski program zbrojeń atomowych był odpowiedzią na zagrożenie ze strony Chin, które bronią jądrową dysponowały już od 1964 r. Pakistańczycy zwrócili się zatem o pomoc do Pekinu. Dzięki pomocy Chińczyków pierwsza pakistańska bomba "A" powstała ok. 1987 r.
"Zimny pokój" pomiędzy skłóconymi państwami subkontynentu indyjskiego trwa już 26 lat. W tym czasie w starciach przygranicznych i w wyniku terroru zginęło ok. 25 tys. ludzi. Zagrożenie konfliktem o nieobliczalnych wręcz skutkach nigdy jednak nie było aż tak poważne jak obecnie. Amerykańscy specjaliści ds. zbrojeń obawiają się, że od czasu majowych demonstracyjnych testów atomowych świat bardziej niż w czasach zimnej wojny narażony jest na niebezpieczeństwo przypadkowego użycia broni masowej zagłady. Cytowany przez "The New York Times" Joseph Cirincione, dyrektor Projektu Nierozprzestrzeniania Broni Jądrowej przy Fundacji Carnegie, ujawnił, że prowadzone przez Pentagon symulacje konfliktu zbrojnego pomiędzy Indiami i Pakistanem nieodmiennie wskazywały na możliwość użycia broni jądrowej. Jego zdaniem, ryzyko takiego rozwoju wypadków jest bardzo wysokie. W odróżnieniu od sytuacji z czasów konfrontacji radziecko-amerykańskiej tym razem naprzeciwko siebie stoją państwa o bardzo słabej infrastrukturze informacyjnej, dysponujące niepewnymi środkami przenoszenia ładunków jądrowych.
Od czasu majowej demonstracji siły trwają zabiegi dyplomatyczne w celu doprowadzenia przywódców obu skłóconych państw do stołu obrad. Tymczasem zarówno pakistański premier Nawaz Sharif, jak i jego indyjski kolega Atal Bihari Vajpayee niezmiennie powtarzają, że priorytetem jest dla nich zapewnienie bezpieczeństwa własnemu krajowi. Oczywiście, obaj przekonują, że zagrożenie stwarza wojowniczy sąsiad. Na razie oba rządy mogą liczyć na poparcie rozentuzjazmowanych tłumów, które w nastroju euforii witały swoją atomową "mocarstwowość". Choć wojowniczy nacjonaliści wciąż przeważają, to po obu stronach odzywają się też głosy wzywające do opamiętania się - zarówno w Islamabadzie, jak i w Delhi odbyły się demonstracje, których uczestnicy domagali się, by rządy przeznaczały pieniądze topione w programach atomowych na elektryfikację, edukację i podnoszenie poziomu cywilizacyjnego obu państw.
Presję na rządy w Islamabadzie i Delhi wywierają także inne państwa, zwłaszcza Stany Zjednoczone. Pod koniec maja Waszyngton nałożył na Indie i Pakistan sankcje gospodarcze. W praktyce nie mają one jednak większego znaczenia - po naciskach farmerów amerykańskich Kongres zezwolił np. na eksport pszenicy. Okazało się, że premier Vajpayee miał rację, twierdząc, że "nikt nie może sobie pozwolić na ignorowanie państwa liczącego miliard mieszkańców". Problemem jest przede wszystkim to, że ani Indie, ani Pakistan nie podpisały żadnego międzynarodowego traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej ani o zakazie prób. Na razie Indie ogłosiły jedynie czasowe moratorium na dalsze testy podziemne. W tej sytuacji rzecznik departamentu stanu USA
James Rubin musiał przyznać, że Amerykanie mają ograniczone pole manewru: "Nie możemy oferować naszej mediacji bez wyraźnej prośby z obu stron".
Vajpayee i Sharif spotkali się w końcu pod koniec lipca w Kolombo, ale spotkanie to nie przyniosło żadnych istotnych rezultatów. W obu stolicach politycy powtarzają hasła o zagrożeniu i potrzebie obrony suwerenności, wzywają "społeczność międzynarodową" do pomocy "w rozwiązaniu spornych problemów". Żadna ze stron nie chce jednak zrobić pierwszego kroku. Atomowy miecz Damoklesa wciąż wisi nad Kaszmirem.

Okładka tygodnika WPROST: 33/1998
Więcej możesz przeczytać w 33/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także