Wniebowzięci

Wniebowzięci

Maklakiewicz i Himilsbach byli nierozłączni jak pijaństwo i kac Pewnego upalnego dnia po całej Warszawie szukaliśmy z Jankiem Himilsbachem piwa, oczywiście ciepłego, bo w tamtych czasach innego nie sprzedawano. Zmęczeni bezskutecznymi wysiłkami usiedliśmy na murku przy wylocie ulicy Książęcej na placu Trzech Krzyży. Wokół trwały prace budowlane, zrywano asfalt, układano płyty chodnikowe. Janek chwilę się temu wszystkiemu przyglądał, przełknął resztkę śliny i wygłosił swoje życiowe motto: "Patrz, tyle, kurwa, dróg budują, a nie ma dokąd pójść" - wspomina satyryk Jan Pietrzak. To chyba najbardziej znane powiedzenie Himilsbacha stało się podstawą pomysłu na "Wniebowziętych". Skoro nie ma dokąd pójść, to może trzeba gdzieś polecieć! Najlepszy pisarz wśród kamieniarzy nie poszedł jednak do kasy LOT, aby kupić sobie bilet i pofrunąć na przykład do Koszalina czy Rzeszowa. Jak przystało na prawdziwego literata, zamiast wzbić się radzieckim An-24 w przestworza, najpierw postanowił nadać swojemu pomysłowi artystyczną formę. Napisał więc z Andrzejem Kondratiukiem scenariusz filmu o "podróżowaniu samolotami". Właśnie dzięki temu Jan Himilsbach po raz pierwszy w życiu wsiadł do aeroplanu. Nie jako zwyczajny pasażer, lecz aktor grający stworzoną przez siebie postać Lutka Narożniaka.
Pokaż mi to, co masz najpiękniejszego!
Samolot Ił-18 z wniebowziętymi na pokładzie po raz pierwszy poderwał się z ziemi pod koniec pracy nad filmem. Z Warszawy do Gdańska lecieli Jan Himilsbach (pierwszy raz w życiu pokonywał wówczas siłę grawitacji) oraz ubrany w battledress z demobilu Zdzisław Maklakiewicz (wcześniej wielokrotnie latał do Wrocławia, gdzie w wytwórni filmowej nagrywał postsynchrony). Parze głównych bohaterów towarzyszył reżyser Andrzej Kondratiuk, jego brat Janusz oraz operator kamery operator dźwięku i kierownik planu.
- Mieliśmy malutki budżet. Wszystko było wyliczone co do grosza i co do minuty. Przylatujemy, od razu kręcimy i zaraz wracamy. Mieliśmy zarejestrować tylko parę kwestii, bez względu na pogodę. Przede wszystkim Janek miał powiedzieć: "Szkoda, że nie mamy bułki dla tych ptaków" - wspomina Andrzej Kondratiuk. Filmowcy nie przewidzieli jednego: przed wyjazdem Basica, żona Himilsbacha, przygotowała mu posiłek i do ziemniaków dodała solidną porcję anticolu lub antabusu (środki podawane alkoholikom). On o tym nie wiedział. W Sopocie wszyscy wybrali się na obiad. Maklakiewicz spotkał koleżankę z teatru Wybrzeże i poszedł z nią do baru. Oczywiście jego druh podążył za nimi i zamówił piwo. Nagle zrobił się czerwony jak sztandar i padł na ziemię.
- Z bratem Januszem zrobiliśmy Jankowi masaż serca i zabraliśmy go do toalety. Zrobiła się straszna afera. Wokół jakieś dziwne okrzyki: "Zamknęły się pedały!". Po chwili przyjechało pogotowie. Pojechaliśmy za karetką własnym samochodem. Wchodzimy do szpitala: Janek siedzi na łóżku i już jest wesolutki. Dostał glukozę. Tego dnia oczywiście nie było zdjęć. Musieliśmy nocować. Rano Janek był znowu osłabiony, bo znów coś wypił. Atak był jednak słabszy. Wszystko działo się na plaży. Janek mówił: "Chyba umrę". Byłem wściekły, zacząłem krzyczeć: "Chyba musisz". Obok przechodziły dwie wesołe panienki. Janek jakoś dziwnie rzęził, więc się zorientowałem, że tym razem udaje. Grał własną śmierć. Zwrócił się do jednej z dziewczyn: "Pokaż mi to, co masz najpiękniejszego, czyli cyce, żebym z tym wspaniałym widokiem mógł odejść z tego świata". Ku naszemu zdumieniu ona zerwała bluzkę i pokazała mu piersi. Podziękował jej i zapytał, jak ma na imię - opowiada Andrzej Kondratiuk. Chwilę później ekipa nakręciła ostatnią scenę. Bohaterom "Wniebowziętych" kończą się wygrane w totolotka pieniądze. Ich upadek nie jest jednak bolesny, doskonale bowiem zdają sobie sprawę, że wszystko się kiedyś kończy, a po "bujaniu w obłokach" zawsze spada się na ziemię. W przeciwieństwie do mitologicznego Ikara przestrzegali oni bowiem zalecenia, żeby zbytnio nie zbliżać się do słońca i nie szybować za długo w jego promieniach. Bohaterowie "Wniebowziętych" nie wpadli więc do morza. Siedzą sobie na jego brzegu, patrzą na fale, a przed nimi majestatycznie płynie statek, zwiastując dalszą podróż w nieznane.

Trochę nieba
Duży wpływ na ostateczny kształt komedii Andrzeja Kondratiuka miał Tadeusz Konwicki, wtedy kierownik literacki zespołu filmowego Pryzmat. - Nie byłem jego przyjacielem jak Gustaw Holoubek, ale darzyłem go sympatią i odnosiłem wrażenie, że on mnie też. Uważałem go za osobę, z którą warto wypić parę kielichów. Czasem nawet nam się zdarzało w Spatifie, że robiliśmy to nie na stole, ale pod. Nie było to gorszące, bo zasłaniał nas obrus. Poza tym takie zachowanie nie naruszało panujących w tamtym czasie obyczajów tego lokalu. Pamiętam pierwszą wstępną kolaudację zespołową. Tadeusz Konwicki zaczął mnie namawiać do skrótów, co powodowało mój wewnętrzny sprzeciw. "Jeżeli już pokazujesz taki brzydki, nieestetyczny świat, lumpenproletariat i takie skundlone życie, to koniecznie musisz dać trochę nieba" - mówił Konwicki. Nie mieliśmy takich zdjęć, więc wkleiliśmy je z archiwalnych materiałów. To był samolocik i obłoki. Tu chodziło o punkt odniesienia, odrobinę poezji i drugi wymiar. Za te rady jestem Konwickiemu wdzięczny - wspomina Andrzej Kondratiuk. Film jest więc oparty na kontraście ziemia - niebo. Słynna zasada Zdzisława Maklakiewicza dotycząca sztuki filmowej: "Białe - czarne. Czarne - białe. AB - BA. Klamka - klamka", sprawdziła się w stu procentach.
Wzniosłemu obrazowi nieba towarzyszy muzyka Johanna Straussa. Choć w oryginale została skomponowana na orkiestrę, w komedii wykorzystano jej bardziej kameralną wersję: transkrypcję fortepianową. Pełni ona funkcję podobną do tej, jaką Stanley Kubrick wyznaczył walcom Straussa w filmie "Odyseja kosmiczna".

Dren ze szpitala Czerniakowskiego
Po zrealizowaniu zdjęć do "Wniebowziętych" pojawił się pomysł nakręcenia jeszcze jednej sceny (potem Jan Himilsbach dopisany fragment scenariusza wykorzystał w opowiadaniu "Cacko z dziurką"). Oto bohaterowie wracają do domu, do Warszawy, gdzie znów pochłania ich szara rzeczywistość. Lutek Narożniak - tak jak tego naprawdę doświadczał Himilsbach - zostaje zamknięty przez żonę w mieszkaniu, żeby się znów nie urżnął. Przychodzą do niego koledzy i chcą się z nim napić, a tu klops. Wtedy wpadają na świetny pomysł: rozkręcają znajdującego się w drzwiach judasza, przez dziurę wsadzają wężyk i poją kumpla wódką. Wraca żona, a w mieszkaniu na korytarzu leży zamroczony alkoholem mąż. "Wniebowzięci" mieli się kończyć właśnie taką sceną.
- Pamiętam, że kiedy Himilsbachowie mieszkali na ulicy Fabrycznej, zadzwonił do mnie Janek - wspomina Edward Cybulski, syn właściciela zakładu kamieniarskiego, w którym pracował Jan Himilsbach. Cybulski przytacza taką rozmowę: "Przynieś flaszkę, bo ta kurwa mnie zamknęła i nie mogę wyjść z domu" - błagał Himilsbach. "No, ale jak mam to zrobić?" - zapytałem. "Po drodze wpadnij do Szpitala Czerniakowskiego i weź dren". "A na cholerę ten dren?" - dociekałem. "Zobaczysz" - zapewniał Himilsbach. Potem kazał mi przepchnąć dren przez dziurkę od klucza. I nie mogłem oczom uwierzyć, jak szybko opróżnia butelkę. Za wódkę Janek urwałby Chrystusowi nogę! - mówi Cybulski.
- W finałowej scenie "Wniebowziętych" chcieliśmy pokazać, jak wygląda życie, kiedy się nie lata, nie szybuje w przestworzach. Dopisaliśmy z Jankiem dwie strony scenariusza, ale te sceny nie zostały nakręcone. Takiemu rozwiązaniu kategorycznie sprzeciwił się Tadeusz Konwicki. W rezultacie zakończenie jest bardziej liryczne, poetyckie, niedopowiedziane, tak jak i sam Konwicki jest liryczny i pełen melancholii - mówi Andrzej Kondratiuk.

Tekst jest fragmentem książki Macieja Łuczaka "Wniebowzięci, czyli jak to się robi hydrozagadkę", która ukaże się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.
Okładka tygodnika WPROST: 38/2004
Więcej możesz przeczytać w 38/2004 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także