Wyścig carów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jest rok 1867. Rosyjski wysłannik, Eduard Stekl, prowadzi w Waszyngtonie rozmowy w sprawie sprzedaży Alaski. Wkrótce Stany Zjednoczone zyskują jeszcze jeden stan, a Rosja bezpowrotnie traci jedyne zamorskie terytorium. 131 lat później, jesienią 1998 r., Amerykanie przyglądający się z zimną krwią rosyjskiej zapaści mają kolejny pomysł. "Boston Globe" proponuje swojemu rządowi kupno części Syberii. "1-2 bln dolarów, które Rosja otrzymałaby w wyniku tej transakcji, pozwoliłyby jej na spłacenie długów, umocnienie własnego pieniądza, wypłatę zaległych pensji i emerytur oraz budowę nowej infrastruktury". Moskiewska prasa przytacza te słowa jako swoistą ciekawostkę. Stają się one jednak również pretekstem do poważniejszej refleksji.
Syndrom utraconej Alaski odcisnął swoje piętno na rosyjskiej świadomości. Ponadto niemal każdego dnia najpoważniejsi politycy i wpływowi intelektualiści straszą widmem rozpadu federacji. Rosjanie stracili już w tym wieku jedno imperium. Teraz boją się o to, co z niego pozostało. "Od początku naszej historii w Rosji ukształtowała się silna władza. A to dlatego, że żadna inna nie byłaby w stanie utrzymać państwa rozciągającego się między trzema oceanami. Możemy być jedynie wielkim i silnym państwem albo sprywatyzują nas potężniejsi sąsiedzi" - tłumaczy przywódca komunistycznej opozycji Giennadij Ziuganow. Porównuje on niedołężniejącego z każdym tygodniem prezydenta Jelcyna do Michaiła Gorbaczowa: "Ten miał gigantyczne mocarstwo i niewyobrażalne pełnomocnictwa, a teraz jeździ po świecie i handluje zagranicznymi racuchami - reklamuje pizzę. Wstyd. Nie można się temu przyglądać bez dreszczu obrzydzenia".
W 1996 r. Borys Jelcyn jawił się wszystkim - w Rosji i na Zachodzie - jako jedyny gwarant demokracji, reform i stabilności rosyjskiego państwa. Stosując zabiegi socjotechniczne i wykorzystując potęgę elektronicznych mediów, przekonano Rosjan, że należy głosować na dotychczasowego prezydenta, bo jest to "wybór mniejszego zła". W rezultacie dwa lata później państwo znalazło się na krawędzi bankructwa. Zarobki większości obywateli spadły mniej więcej o połowę. Regionalni administratorzy zastanawiają się, jak pomóc ludziom przetrwać surową zimę, a sami Rosjanie z utęsknieniem czekają na kogoś, kto zacznie rządzić silną ręką i zaprowadzi w kraju porządek. Na pewno nie będzie to Borys Jelcyn.
Eksperci obserwują reakcje i wygląd prezydenta podczas jego coraz rzadszych publicznych wystąpień, doszukują się objawów najrozmaitszych schorzeń - od choroby Parkinsona do zespołu demencji starczej, powodującej z czasem kompletny zanik pamięci. W oficjalnych komunikatach lekarskich mówi się jedynie o astenii. Pewne jest jedno - stan prezydenta pogarsza się z każdym dniem. Wszyscy potencjalni kandydaci do przejęcia władzy musieli się przestawić na funkcję stand by - ciągłej politycznej gotowości, bo przedterminowe wybory mogą być rozpisane niemal w każdej chwili.
Jeszcze ważniejsze niż scheda po Jelcynie okazało się rozwiązanie problemu bieżącego kierowania sprawami państwa. W Moskwie pojawiły się propozycje przywrócenia stanowiska wiceprezydenta. Uświadomiono sobie jednak, że faktyczny "wice" już jest, działa i zastępuje prezydenta, kiedy okazuje się to niezbędne. Co więcej - obecny dubler głowy państwa zaczyna się jawić jako najpoważniejszy kandydat w wyborach 2000 r. Ten człowiek to szef rządu Jewgienij Maksymowicz Primakow. Od Jelcyna jest starszy o dwa lata, 29 października obchodził 69. urodziny. Nie cierpi na żadne poważniejsze dolegliwości, choć kilkakrotnie w ostatnich latach trafiał do szpitala. Premier nie stroni od alkoholu, ale nigdy go nie nadużywa. Rzadko się wspomina, że Primakow miał już raz szansę stać się człowiekiem nr 2 w państwie. W listopadzie 1990 r. prezydent Związku Radzieckiego, Michaił Gorbaczow, postanowił rekomendować go na stanowisko swojego zastępcy, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Niefortunny wybór padł wtedy na Giennadija Janajewa. Jewgienij Primakow stał się faktycznym dublerem prezydenta Jelcyna, choć oficjalnie nie przejął żadnych jego pełnomocnictw. Na Kremlu nie mieli wyboru.


Rosjanie z utęsknieniem czekają na kogoś, kto zacznie rządzić silną ręką i zaprowadzi w kraju porządek

Przed październikową podróżą Jelcyna do Azji Środkowej szef prezydenckiej administracji Walentyn Jumaszew przyznał, że będzie to "próba". Eksperyment zakończył się kompletnym fiaskiem. Jelcyn omal nie przewrócił się podczas ceremonii powitania w Taszkiencie. Kremlowska administracja musiała natychmiast wprowadzić "specjalny porządek pracy prezydenta". Borys Jelcyn nie będzie już jeździł za granicę. Ograniczy się do przyjmowania dostojnych gości w Moskwie. Dobrowolnie, choć nieoficjalnie, rezygnuje z części władzy. "Prezydent nadal będzie wypełniał obowiązki, jakie nakłada na niego konstytucja. Ale, rzecz jasna, nie będzie już biegał po budowach i przyjmował codziennych sprawozdań o wypłatach pensji i emerytur. Prezydent nie przestał być jednak gwarantem reform, wolności słowa i otwartości Rosji na świat. Mogę zapewnić, że jeśli pojawi się realne zagrożenie dla tych instytucji, Borys Jelcyn przejmie inicjatywę" - wyjaśnia zastępca szefa kremlowskiej administracji Oleg Sysujew.
W lutym, w swoim dorocznym orędziu wygłaszanym przed Zgromadzeniem Narodowym, prezydent ma dokładnie sprecyzować swoją nową rolę i podział pełnomocnictw we władzy wykonawczej. Im jest słabszy, tym mniej prowokuje zajadłej krytyki. Paradoksalnie, nikt nie jest dzisiaj zainteresowany jego natychmiastowym ustąpieniem. Większość pretendentów do prezydenckiego fotela chciałaby przedterminowych wyborów, ale dopiero latem czy nawet jesienią przyszłego roku. "Wszystkie żądania niezwłocznej dymisji szefa państwa to czysty blef. Najpierw trzeba choć częściowo się wydostać z gospodarczej zapaści, w której znalazł się dzisiaj kraj" - napisano w opiniotwórczym tygodniku "Kommersant Wlast". Kolejni politycy wyrażają gotowość udziału w wyborach prezydenckich, ale tylko nieliczni są do nich naprawdę przygotowani.
Swoje prezydenckie ambicje ujawnił już burmistrz Moskwy Jurij Łużkow. Gospodarz stolicy ma do swojej dyspozycji praktycznie nieograniczone kapitały, ale brakuje mu politycznej bazy. Jego emisariusze dopiero próbują ją tworzyć. Prawdopodobnymi sojusznikami Łużkowa są komuniści, ale Giennadij Ziuganow jeszcze nie wie albo nie chce powiedzieć, czy w tej sytuacji stołeczny burmistrz byłby jedynym wspólnym kandydatem lewicy i centrolewicy. Chęć zajęcia prezydenckiego fotela wyraził też przewodniczący Dumy, umiarkowany komunista Giennadij Sielezniow. Nie od dzisiaj znana jest żądza władzy gen. Aleksandra Liebiedzia, dla którego gubernatorstwo Kraju Krasnojarskiego to jedynie trampolina mająca go wynieść do najwyższej godności w państwie.
Przygotowania do ostatecznej rozgrywki rozpoczęły się na dobre. Niedołężniejący - ale wciąż sprawujący oficjalnie swój urząd - prezydent Jelcyn odpowiada niemal wszystkim. Słaby szef państwa daje komunistom szansę na zmodyfikowanie konstytucji i przywrócenie parlamentowi pełnomocnictw, jakimi dysponowała Rada Najwyższa rozpędzona przez obecnego prezydenta w 1993 r. Gdyby do władzy doszedł teraz młody, zdrowy i energiczny polityk, zrobiłby wszystko, żeby zachować dla siebie nieograniczoną władzę, jaką ustawa zasadnicza w obecnym kształcie daje Borysowi Jelcynowi. Zbyt bliska data wyborów nie byłaby również na rękę Primakowowi. Premier sam ma dzisiaj niemałe kłopoty. Oponenci zarzucają mu brak realistycznego pomysłu na naprawę sytuacji gospodarczej w kraju i oceniają jego obecny rząd jako tymczasowy. Wymieniane jest już nawet nazwisko potencjalnego przyszłego szefa rządu: miałby nim zostać prezes banku centralnego Wiktor Gieraszczenko. Do zmiany miałoby dojść za kilka miesięcy, kiedy obecny gabinet po kolejnych czystkach okazałby się niezdolny do wyprowadzenia kraju z kryzysu. Ale to tylko plotki. Większość pytanych o opinie w tej sprawie rosyjskich polityków stawia mimo wszystko na Primakowa. Premier uważany jest za najbardziej wytrawnego polityka wśród rosyjskiej elity. Zarzuca mu się, że najpierw zbyt długo formował skład rady ministrów, a potem spóźniał się z opracowaniem i ogłoszeniem planu wyprowadzenia kraju z kryzysu. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy - uważają jego zwolennicy i przytaczają przysłowie o prawdziwych Rosjanach, którzy długo zaprzęgają, ale potem szybko jeżdżą.


Więcej możesz przeczytać w 46/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.