Tęczowy głos

Tęczowy głos

Rozmowa z MARIAH CAREY, wokalistką
Roman Rogowiecki: - Piosenki z pani najnowszego albumu "Rainbow" brzmią znakomicie. Zastanawiam się, czy mogła pani wybrać inną pracę niż śpiewanie, skoro pani matka śpiewała w operze i udzielała lekcji śpiewu?
Mariah Carey: - Moja matka nigdy nie zmuszała mnie do śpiewania, nie miała ambicji zrobienia ze mnie gwiazdy, jak to często bywa z rodzicami, którzy dążą do wylansowania swoich dzieci za wszelką cenę. Moja mama nigdy nie namawiała mnie do niczego, nie eksploatowała mnie, kiedy byłam dzieckiem. Zdawała sobie jednak sprawę, że mam talent. Ponadto wychowywała mnie niekonwencjonalnie. Bywałam z nią w klubach jazzowych, gdzie o drugiej w nocy śpiewałam standardy typu "My Funny Valentine" czy "Ain?t Neceserilly So". Podobnie działo się w naszym domu, gdy przychodzili goście. Śpiewałam w różnych miejscach i bardzo mi się to podobało. Z czasem okazało się, że podświadomie wchłonęłam wiele rozmaitych wpływów i teraz mam z czego czerpać.
- Ma pani świetny głos i talent do pisania przebojów, ale podobnie utalentowanych wokalistek jest wiele. W jakim stopniu pani karierze dopomógł szczęśliwy traf?
- Szczęśliwy traf? Miałam trudne dzieciństwo, pochodzę z biednej rodziny. Gdy byłam dzieckiem, świat nie stał przede mną otworem. Moja matka ciężko pracowała, by nas utrzymać. Z czasem udało mi się zaśpiewać na pewnym ważnym przyjęciu, a moja kaseta demo dotarła do szefa wytwórni płytowej. Zaczęła się pomyślna koniunktura. Nikt poza moją matką nie wierzył, że do czegoś w życiu dojdę. Uważano, że mam szansę jedną na milion.
- Sukces nie był jednak tak nieprawdopodobny. Dysponuje pani przecież głosem o siedmiu oktawach. Takie gardło wymaga specjalnej pielęgnacji.
- Pamiętam, że widziałam kiedyś występ Chaki Khan w zadymionym klubie o szóstej rano - śpiewała fantastycznie. Są artyści o niezniszczalnych, wspaniałych głosach, które nie tracą na sile i barwie. Mój głos ma ultrawysokie, średnie i bardzo niskie rejestry i dlatego mam kłopoty z jego właściwą pielęgnacją. Praktycznie muszę zwracać uwagę na wszystko - od zanieczyszczonego powietrza po wilgotność. Ważna jest też odpowiednia dawka snu. A propos mojego głosu - gdy piszę dla siebie piosenkę, a większość mojego repertuaru stanowią moje utwory, zazwyczaj umieszczam ją w za wysokiej tonacji. Dysponuję naturalnym altem z możliwością śpiewania w wyższych rejestrach. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale piszę dla siebie piosenki w zbyt wysokiej tonacji. Mam wrażenie, że zawodowcy tworzący utwory na zamówienie dla określonych wykonawców doskonale znają tonację, w jakiej śpiewa konkretny artysta. Niestety, ja nie znam swojej. Piszę tak, jak dyktuje mi serce i jeśli podoba mi się dana piosenka, zostawiam ją w oryginalnej tonacji. Niekiedy zmieniam tylko tonację utworów innych wykonawców, gdy nagrywam swoją wersję. Tak się stało na nowej płycie z kompozycją Philla Collinsa "Against All Odds". Postanowiłam zaśpiewać ją w jego tonacji, bo uważałam, że dodaje ona kompozycji niezwykłej magii. Dopiero podczas nagrywania zdałam sobie sprawę, że pod koniec Phill w swojej wersji ledwo ciągnie, a ja mogłam spokojnie zaśpiewać jeszcze wyżej. Dlatego podwyższyłam swój śpiew o oktawę, by zyskać taką dramaturgię, jaka jest w jego wersji bez zmieniania tej pięknej melodii.
- Pani atuty to czarna barwa i niespotykana wrażliwość w śpiewaniu rhythm and bluesa. Biali artyści nie mają takich zdolności.
- Mój ojciec jest w połowie Afroamerykaninem, w połowie Wenezuelczykiem, a moja matka jest Irlandką. Genetycznie jestem czarną wokalistką, choć wszyscy fani uznają mnie za białą za sprawą koloru skóry. Uważam się za "mieszańca" łączącego elementy afroamerykańskie i irlandzkie. Stopiło się we mnie wiele elementów kulturowych. Dlatego tytuł nowej płyty brzmi "Rainbow".
- Dotychczas sprzedała pani ponad 115 mln płyt, co jest niebywałym osiągnięciem.
- Są wykonawcy, którzy śpiewają dwa razy dłużej ode mnie, a nagrali mniej albumów. Przygotowują jedną płytę na trzy lata i wydają z niej siedem singli. Ze mną jest inaczej - gdy mam gotowe trzy piosenki, firma prosi o napisanie jeszcze kilku, mając świadomość, że potrafię to zrobić szybko, sprawnie, i już dysponujemy materiałem na kolejną płytę.
- Jest pani samowystarczalna - sama komponuje, pisze słowa, jest producentką własnych nagrań. Czy sama podejmuje pani wszystkie decyzje, czy także wysłuchuje opinii innych?
- Lubię pracować z innymi. Płytę "Rainbow" nagrałam z producentami i jednocześnie wspaniałymi muzykami Jimmy Jimmem i Terrym Lewisem. Każda osoba, z którą pracuję, musi być otwarta na współdziałanie. Z drugiej strony wiadomo, że znam swoje możliwości artystyczne i wokalne lepiej niż ktokolwiek inny. W konsekwencji często wręcz narzucam innym swoje zdanie. Wiem, co lubię, co do mnie pasuje, i chyba wiem, czego oczekują ode mnie fani.
- W remiksie utworu "Heartbreaker" śpiewają z panią znane raperki - Da Brat i Missy Elliott. Obie słyną z wykonywania ostrych, niekiedy wręcz wulgarnych tekstów. Pani nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku. Jak ocenia pani kontrowersyjne teksty w kobiecych ustach?
- Zaprzyjaźniłam się z Da Brat i wiem, że trzeba jej pozwolić być sobą. Ona mówi, co chce, ma swój image. Jesteśmy bliskimi przyjaciółkami, ale ja nie śpiewam jej tekstów. Missy to kolejna artystka, która śpiewa to, co czuje i za to ją lubię. Czasami zazdroszczę im, że prezentują takie teksty. Też chciałabym śpiewać o wszystkim, co przychodzi mi do głowy, nie zwracając uwagi na dobór słów. Po chwili dochodzę jednak do wniosku, że lepiej jest, gdy po swojemu wyrażam różne emocje bez specjalnie szokującej otoczki.
- Od kilku lat ma pani niezwykle seksowny image. Fotografie na okładkach przyciągają wzrok erotyzmem. Wyzywający jest nowy klip z remiksem. Czy specjalnie pobudza pani swoich fanów takimi zdjęciami?
- Na początku kariery mój image był bardzo prosty. Na zdjęciach zawsze byłam cała zakryta. Podejrzewam, że jeszcze trzy lata temu ludzie nie wiedzieli, że mam szyję. Prawdę mówiąc, odnoszę wrażenie, że w show-businessie jest sporo ludzi, którzy tylko pokazują swoje ciało. Jedyne, co mają, to ciało. Brakuje im głosu bądź talentu do pisania piosenek. Widuje się ich w skórzanych butach po uda, w krótkich szortach i biustonoszu. Oby im się dobrze wiodło. Jeśli chodzi zaś o mnie - teraz mam może nieco bardziej seksowny image i niektórzy robią z tego wielkie "halo". Ludzie nie są przyzwyczajeni do tego, że ktoś o takiej skali głosu i takich zdolnościach kompozytorskich może być również bardziej zmysłowy.
- Dlaczego po występach w tylu wideoklipach nie zagrała pani jeszcze w filmie?
- Od ponad dwóch lat pracuję nad projektem "All That Glitters". Film powstaje w wytwórni Columbia. Znowu zmienił się reżyser i zdjęcia mają się zacząć wiosną. Czekam z niecierpliwością na ten film, osadzony na początku lat 80., tuż po modzie na muzykę disco. Śpiewam w nim, ale to nie jest musical. To historia dziewczynki, która brała narkotyki, została odebrana mamie i miała jeszcze wiele innych problemów w czasach, gdy rodził się hip hop i dance. Na początku grupa bohaterów szuka jej matki i dziewczyna trafia do żeńskiej grupy wokalnej. Tam pewien DJ odkrywa, że ona ma bardzo dobry głos, zakochuje się w niej, a ona staje się gwiazdą. Później toczy się historia tej pary i szalonych czasów, w jakich żyją.
- Skoro tak bardzo lubi pani śpiewać, dlaczego nie jeździ pani na tournée po całym świecie?
- Nigdy nie czułam takiej potrzeby. Rzeczywiście, nie koncertuję tak jak inni. Rok temu zaśpiewałam parę razy w Japonii i w Azji, ale trudno to nazwać trasą. Może kiedyś to się zmieni i wtedy przyjadę do waszego kraju. Spotkałam kilku Polaków, którzy byli bardzo mili, ciepli i szczerzy. Mam nadzieję, że kiedyś was odwiedzę.
- Będzie pani zawsze mile widziana.
Okładka tygodnika WPROST: 45/1999
Artykuł jest zamknięty
Więcej możesz przeczytać w 45/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także