Kwaśne pomarańcze

Kwaśne pomarańcze

Rumuńscy postkomuniści triumfują w sfałszowanych wyborach Rumunia to nie Ukraina, to nie czas i miejsce na pomarańczową rewolucję. Mimo że wybory ewidentnie sfałszowano, protestów i masowych wieców nie będzie - mówią rumuńscy opozycjoniści. Tuż przed zakończeniem negocjacji członkowskich z Unią Europejską w wyborach parlamentarnych w Rumunii znów zwyciężyli postkomuniści z Partii Socjaldemokratycznej (PSD). Z ich szeregów wywodzi się też nowy prezydent i zarazem ustępujący premier - Adrian Nastase. Oznacza to przedłużenie o kilka kolejnych lat rządów ekipy byłego prezydenta Iona Iliescu.
W centrum Bukaresztu, w miejscu, w którym w grudniu 1989 r. tysiące ludzi protestowało przeciw reżimowi Ceausescu, dziś stoi pomnik upamiętniający ofiary rewolucji. - Rewolucji? Tu nie było żadnej rewolucji - zaperza się Alina, nauczycielka z bukareszteńskiego liceum. - To był pucz, protesty, ale nie rewolucja.
Tę opinię, według sondaży, podziela jedna trzecia społeczeństwa. Tyle samo z nostalgią wspomina komunizm. W każdym większym mieście jest pełno placów, alei i ulic Rewolucji, ale im dalej od tamtych wydarzeń, tym rzadziej się o nich wspomina. Jeszcze kilka lat temu w grudniu telewizja emitowała programy i reportaże historyczne, teraz znikają one z anteny.
- Nie ma się czym chwalić. Piętnaście lat temu był wielki zryw, niektórzy teraz mówią, że nas zmanipulowano. Jedno jest pewne, Rumunia nie wykorzystała szansy na dekomunizację i prawdziwe reformy. Walczyliśmy o chleb, dobre warunki pracy i wolność, zdobyliśmy jedynie to ostatnie, ale też nie całkiem - uważa Marius Mioc, uczestnik i kronikarz rewolucji. - Stracono Ceausescu i jego żonę, władzę przejęli ich najbliżsi współpracownicy. Agentów tajnej policji Securitate nikt nie rozliczył. Ci ludzie faktycznie rządzą dziś krajem.
Były prezydent Ion Iliescu to jedna z ważniejszych postaci w najnowszej historii Rumunii. Przez wielu nazywany rumuńskim Gorbaczowem, po 1989 r. stał się faktycznym przywódcą kraju. Przejmując władzę, zadbał, by nikt nie został osądzony. Śmierć dyktatora miała "załatwić" wszystko. Nie załatwiła nic. Iliescu wciąż jest jednak najpopularniejszym rumuńskim politykiem. Choć teoretycznie urzędujący prezydent nie powinien się angażować w kampanię wyborczą, Iliescu jawnie namawiał do głosowania na PSD. Sam wystartował do parlamentu jako kandydat niezależny.

Tematy zastępcze
Pojedynek o urząd prezydenta nie był barwnym widowiskiem. Spośród dwunastu kandydatów liczyło się trzech: ustępujący premier Nastase, Traian Basescu, burmistrz Bukaresztu i kandydat opozycyjnej Partii Narodowo-Liberalnej, oraz Corneliu Vadim Tudor, przywódca Partii Wielkiej Rumunii. Tudor, zwany rumuńskim Le Penem, zasłynął antysemickimi wypowiedziami. Nieoczekiwanie jednak zmienił front i niedawno wybudował pomnik Icchakowi Rabinowi, zamordowanemu premierowi Izraela, czym wprawił w konsternację wszystkich, na czele z rodziną Rabina. Tudor nie przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich, ale jego partia uzyskała ponad 13 proc. głosów w wyborach parlamentarnych, stając się trzecią siłą polityczną w kraju. Walka toczyła się między Nastasem a Basescu. Obaj za priorytet uznają wejście Rumunii do Unii Europejskiej, zacieśnienie współpracy z USA, aktywne członkostwo w NATO (w tym roku Rumunia weszła do sojuszu) i kontynuację reform. O wiele bardziej niż program różniła ich przeszłość, sympatie polityczne i osobowości. Basescu kiedyś był marynarzem, a potem m.in. ministrem transportu. Znany jest z ciętego języka i spontaniczności. - To pragmatyk nie dbający o formę. Jest dobrym zarządcą, ale słabym dyplomatą. Gubią go gafy - oceniają publicyści. Pod koniec kampanii - nie wiedzieć czemu - palącym problemem okazała się dla rumuńskich dziennikarzy i polityków kwestia praw dla homoseksualistów. Basescu najpierw opowiedział się zdecydowanie za wszelkimi przywilejami, łącznie z prawem do adopcji dzieci, po czym - kiedy się zorientował, że wyborcy nie tego oczekują - zaczął się wycofywać. Sytuację zręcznie wykorzystał sztab Nastasego. Nastase jest przeciwieństwem Basescu. Płynnie władający angielskim, zręczny dyplomata, zdaniem złośliwych karierę polityczną zrobił dzięki pierwszej żonie - córce jednego z komunistycznych ministrów. Za sprawą drugiej żony, również córki komunistycznego ministra, dorobił się majątku. Kilka miesięcy temu premier stał się bohaterem afery korupcyjnej: za śmiesznie niską cenę kupił od partyjnego kolegi grunty w centrum Bukaresztu. Sprawa jednak ucichła.

Zmiana bez zmian
Kiedy oczy całej Europy były zwrócone na Ukrainę, w Rumunii opozycja cicho protestowała przeciwko fałszerstwom wyborczym. Wskutek błędów w ordynacji doszło do cudów nad urnami. Głosy jeszcze przed południem uznane za nieważne, wieczorem okazywały się ważne. Ci sami ludzie głosowali kilka razy. Żądania opozycji, domagającej się powtórzenia wyborów, zostały zignorowane. Swój zryw Rumunia przeżyła piętnaście lat temu, teraz skończyło się na formalnych protestach.
- Nic się nie zmieni. To dobrze, bo utrzymamy prawidłowy kurs polityki zagranicznej, źle, bo czas na zmiany - uważa Iona Avadani z Niezależnego Centrum Dziennikarstwa. - Te wybory kolejny raz udowodniły, że istnieją dwie Rumunie - podsumowuje Marius Mioc. - Pierwsza to kraj, który już wszedł do NATO i jest lojalnym, odpowiedzialnym sojusznikiem, lada chwila wejdzie do UE, prowadzi rozsądną politykę zagraniczną. Druga Rumunia to 30 proc. obywateli żyjących poniżej granicy ubóstwa, nie umiejących się odnaleźć w nowej rzeczywistości, to korupcja na niesłychaną skalę, o której się nie mówi tylko dlatego, że nie ma niezależnej prasy. To kraj wewnętrznie skorodowany.
Powrót postkomunistów w Rumunii wpisuje się w schemat znany z innych krajów regionu. Z tą różnicą, że rumuńska rewolucja sprzed piętnastu lat, choć najbardziej krwawa, okazała się najmniej skuteczna w obalaniu komunizmu.
Okładka tygodnika WPROST: 51/2004
Więcej możesz przeczytać w 51/2004 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także