Liniowiec Millera

Liniowiec Millera

Ekipa premiera Millera rok temu wprowadziła w Polsce podatek quasi-liniowy To kuriozalny pomysł, naruszenie jednego z filarów socjaldemokratycznej tożsamości. Podatek liniowy pogłębia przecież społeczne nierówności" - grzmiał Tadeusz Iwiński, jeden z liderów SLD, gdy ku zdumieniu władz partii podczas rady krajowej sojuszu 9 czerwca 2003 r. ówczesny premier Leszek Miller de facto wsparł ideę liniowego podatku dochodowego. - Naprawdę to był raczej pomysł "rozważenia możliwości podjęcia tematu". Ale i tak wywołał burzę - mówi "Wprost" poseł SLD Michał Tober, wówczas rzecznik rządu. Andrzej Celiński biadolił wtedy nad niechybną utratą twardego elektoratu lewicy, protestował też Marek Borowski (obaj są dziś w SDPL).
Miller, osłabiony odejściem PSL z koalicji, a także aferą Rywina i coraz bardziej "szorstką przyjaźnią" z prezydentem Kwaśniewskim, latem 2003 r. przeszedł do politycznej ofensywy. Napomknięcie o podatku liniowym było próbą ugłaskania przedsiębiorców i wytrącenia broni z ręki opozycji, głównie PO. Tober twierdzi jednak, że Millera naprawdę przekonał do podatku liniowego premier Słowacji Mikulas˙ Dzurinda, który rok temu przeprowadził u siebie rewolucyjną reformę podatkową, ujednolicając do 19 proc. stawkę PIT i CIT. Swoich ministrów Miller zdołał jednak namówić tylko do obniżenia podatku dla firm z 27 proc. do 19 proc. - Pomysł obniżenia podatków także dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą był kością niezgody w rządzie. Początkowo go rozważano, ale ostatecznie nie znalazł się w projekcie przesłanym do Sejmu - wspomina Mieczysław Czerniawski, szef sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Nieoczekiwanie on i grupa posłów z tej komisji przywrócili w projekcie obniżkę stawki PIT dla biznesmenów do 19 proc. i uzyskali poparcie Jerzego Hausnera, wicepremiera i ministra gospodarki. 13 listopada 2003 r. znowelizowaną ustawę podatkową przyjął po senackich poprawkach Sejm. Niedoskonałą, bo wprowadzającą wiele ograniczeń i korzystną tylko dla prowadzących działalność gospodarczą, ale jednak. Dzięki rejteradzie PSL z rządu, wojnie podjazdowej "kierownika zakładu" (Millera) z "preziem" (Kwaśniewskim), aferze Rywina i słowackiemu premierowi oraz przytomnym posłom z sejmowej komisji rok temu w Polsce wprowadzono podatek quasi-liniowy!

Cienka czerwona linia
Lewicowi politycy przez lata z ironią domagali się, by im wskazać, gdzie w Europie funkcjonuje liniowy podatek dochodowy, a tymczasem wprowadzały go niemal wszystkie państwa naszego regionu (Estonia, Litwa, Łotwa, Rosja, Ukraina i Słowacja). Wszędzie efekt był podobny: zmniejszała się szara strefa, a rosły wpływy do budżetu z CIT i PIT.
Rządowi Millera dał do myślenia zwłaszcza przykład Słowacji. Jerzy Starak, właściciel m.in. Polpharmy SA i wiceprezes Polskiej Rady Biznesu, uważa, że pracodawcom naciskającym w 2003 r. na rząd Millera w sprawie obniżki podatków Słowacy dali do ręki koronny argument. - Zlekceważenie słowackich reform skończyłoby się odpływem zagranicznych inwestycji z Polski na południe, a może nawet przeprowadzką tam wielu naszych firm - mówi "Wprost" Starak.
- Musieliśmy pójść na kompromis z rządem, który musiał zbilansować możliwy spadek wpływów z podatków i chciał, by z dobrodziejstw 19-procentowego podatku mogły korzystać tylko już funkcjonujące firmy. Ostatecznie wywalczyliśmy niższy podatek dla wszystkich przedsiębiorców z jednoczesną likwidacją większości ulg, ale ograniczyliśmy korzyści dla tzw. samozatrudnionych - wyjaśnia Czerniawski. Dlatego samozatrudnieni, czyli pracownicy, którzy podjęli własną działalność gospodarczą i wykonują usługi na rzecz byłego pracodawcy jako formalnie niezależne jednoosobowe firmy, mogą przejść na 19-procentowy PIT dopiero po dwóch latach od rezygnacji z etatu (jeśli jednak pracują dla innych firm, płacą niższy podatek od razu).
W pierwszej połowie 2004 r. na 19-procentowy PIT przeszło ponad 200 tys. przedsiębiorców. W 2005 r. zapewne większość z nich będzie już płaciła podatek liniowy.

Polski raj podatkowy?
Półreforma, która dała przedsiębiorcom podatek liniowy, a dla reszty zostawiła trzystopniowy, a od niedawna właściwie czterostopniowy PIT (19, 30, 40 i 50 proc.), sprowokowała jednak tych ostatnich, by zarejestrować własną działalność gospodarczą i dostać się do raju podatkowego. Już 26 proc. Polaków jest gotowych zamienić umowę o pracę i związane z nią gwarancje zatrudnienia na samozatrudnienie, czyli niższe podatki i mniejsze składki, i dzięki temu więcej zarabiać - wynika z listopadowego sondażu Pentora. Okazuje się więc, że liniowy podatek może wkrótce płacić znacznie więcej Polaków, niż spodziewał się rząd. Najwięcej zwolenników samozatrudnienia znalazło się wśród osób zarabiających powyżej średniej krajowej (w przedziale 2,5--3 tys. zł brutto - 41,3 proc., w przedziale 4-5 tys. zł brutto - aż 61,7 proc.).
Atrakcyjność 19-procentowego PIT jest ogromna, zważywszy na to, że dziś pracownik płacący podatek według tradycyjnej skali przy rocznych dochodach na przykład w wysokości 35 478,96 zł netto (pensja 4500 zł brutto miesięcznie) oddaje rocznie fiskusowi w postaci podatków i rozmaitych składek aż 29 747,64 zł (obciążenia publiczne stanowią niemal 84 proc. zarobków netto!). Prowadząc własną działalność gospodarczą można zaś nie tylko płacić 19-procentowy PIT, ale też wrzucać w koszty i odliczać od przychodu wiele wydatków. - Wystarczy odrobina inwencji i duży zakres prowadzonej działalności gospodarczej, a do kosztów jej prowadzenia będzie można zaliczyć całą konsumpcję z wyjątkiem jedzenia - żartuje Przemysław Remin, główny ekonomista Raiffeisen Bank. - Co więcej, za potrzebne nam wyposażenie zapłacimy niemal o jedną piątą mniej, gdyż fiskus zwróci nam 22 proc. podatku VAT - tłumaczy Remin.

Oznaki paniki
Zjawisko samozatrudnienia - ucieczki osób fizycznych z progresywnego PIT do liniowego - zaczęło już denerwować socjalistyczny rząd Marka Belki. "W Polsce mamy ponad 1,5 mln wysoko zarabiających pracowników najemnych. Przerejestrowali się na samodzielne prowadzenie działalności jako jednoosobowe firmy. Korzystają w związku z tym z przywilejów ZUS i płacą w związku z tym kilkakrotnie razy mniej, niżby płacili inaczej. (...) To jest patologia i właśnie ta propozycja chce złagodzić tę patologię" - oświadczył w połowie października 2004 r. premier Belka, tłumacząc, dlaczego jego rząd chce podwyższyć przedsiębiorcom składki na ZUS.
Panika bierze się z obawy przed spadkiem wpływów z PIT, ale także ze strachu przed bankructwem ZUS. Uciekający w podatek liniowy pracownicy chcą jak najwięcej pieniędzy zostawić dla siebie, dlatego płacą ZUS minimalne składki. Już w 2003 r. ściągalność składek przez ZUS zmniejszyła się o 1,1 proc. (do 96,6 proc. zaplanowanych wpływów) i z każdym rokiem będzie zapewne gorzej. Każde zwężenie strumienia pieniędzy grozi krachem zadłużonego publicznego systemu emerytalnego.
Na razie plan powstrzymania ucieczki ludzi z etatu do własnej działalności gospodarczej się nie powiódł, gdyż rządowe propozycje podwyżek składek ZUS dla przedsiębiorców odrzucił Sejm. Na szczęście dla nas, bo wciąż przejście z tradycyjnej umowy o pracę na samozatrudnienie pozwala uniknąć płacenia państwu haraczu. Na szczęście również dla gospodarki, bo to, co dla Belki jest patologią, dla niej jest kołem zamachowym. Samozatrudnieni, czyli prowadzący jednoosobowo działalność gospodarczą, pracują przeciętnie 55,8 godziny tygodniowo, a więc aż o 15 godzin więcej niż pracownicy na etatach - wynika z raportu Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy.
Okładka tygodnika WPROST: 52/2004
Więcej możesz przeczytać w 52/2004 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także