Męczennicy IV RP

Męczennicy IV RP

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dawniej, żeby stać się męczennikiem trzeba było znieść tortury kamieniowania, żywcem opiekania, topienia, szpikowania strzałami czy też rozszarpywania członków. Teraz droga jest krótsza i znacznie mniej bolesna: wystarczy zostać zdymisjonowanym lub aresztowanym za panowania braci Kaczyńskich.
Temat zasugerował mi Czytelnik o wdzięcznym nicku Drewik (serdecznie pozdrawiam przy okazji !). Zgadzając się z samą ideą nieco ją jedynie rozwinę. Otóż faktycznie, męczeństwo w IV RP istnieje. A mało tego, stało się intratnym zajęciem, dającym popularność medialną (i to za życia a nie po śmierci, no może poza jednym wyjątkiem), nierzadko korzyści materialne (można się np. za darmo przejechać parlamentarną limuzyną) a droga do niego jest niemalże bezbolesna. Męczenników IV RP nikt nie szpikuje strzałami jak św. Sebastiana, czy nie kamieniuje jak św. Szczepana, że wspomnę o najdelikatniejszych rodzajach tortur. Dzisiaj, aby stać się męczennikiem wystarczy spełnić tylko dwa warunki:
- zostać wyrzuconym z pracy bezpośrednio przez dyktatorów lub też z ich inspiracji (znajomy dziennikarz, który rok temu stracił pracę za pijaństwo, opowiada teraz, że wylali go za poglądy. prawicowe nota bene)
- opowiedzieć o swym nieszczęściu wszelkim możliwym mediom, plując żółcią tudzież mięsem na sprawców niedoli
Najlepiej, jeśli kandydat na męczennika był wcześniej zawodowo skoligacony z braćmi.
Zadziwiająco też szybko, dzięki temu można awansować z rangi wroga publicznego do roli autorytetu, jeśli nie moralnego to przynajmniej medialnego. Ludwik Dorn uważany był za prawą rękę satrapów, kiedy jednak stracił posadę wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych, zewsząd polały się krokodyle łzy, ktore obeschły, gdy Dorn został marszałkiem Sejmu. Podobny lament wzbudziło odejście Marcinkiewicza, Jurka a ostatnio Kaczmarka. Ba, nawet Andrzeja Leppera. A Roman Giertych, którego dopóki był wicepremierem konsekwentnie odsądzano od czci i wiary, teraz jest gwiazdą każdej poważnej debaty telewizyjnej a jego opowieści o siedmiu krasnoludkach i mikrobach pod paznokciami królewny Śnieżki przyjmuje się jak prawdy objawione. Zastanawiam się, czy gdyby premier Kaczyński został nagle zdymisjonowany przez prezydenta Kaczyńskiego, też okrzyknięto by go męczennikiem.
I jeszcze jedno, słyszę często o reżimie, w jakim żyjemy i prześladowaniach mniejszości seksualnych, religijnych, etnicznych oraz reszty ludności cywilnej. Ile jednak osób - nie myślę o ludziach, mających szemrane biznesowo-agenturalne konszachty - trafiło do aresztów i więzień za np. krytykowanie obecnych władz? Ile gazet z tego powodu zamknięto? Ile nieprawomyślnych książek spłonęło na stosach? Bodaj u Kuby Wojewódzkiego w programie znany wokalista i poeta (nie podam nazwiska bo przestanie mi mówić "cześć" i może jeszcze wyleje wino na sukienkę) głośno narzekał na cenzurę, idiotyzm, chamstwo i niedokształcenie rządu i w ogóle terror w Polsce. W państwie rzeczywiście totalitarnym, za coś takiego trafiłby za kratki. Nic takiego się nie stało, a kiedy kilka miesięcy później spotkałam go na imprezie, korzystał z wszelkich dobrodziejstw wolności. Gdyby się jednak zdarzyło, że zaaresztowano by go za np. jazdę po pijanemu lub sprzedaż narkotyków, głowę daję, że uznane by to zostało za zamach na wolność słowa a artysta ów stałby się męczennikiem, patronem muzyków i poetów.
Ps. W ten kontekst wpisują się wczorajsze występy Vaclava Havla, zrównującego Polskę z Białorusią i Irakiem (nigdy nie przypuszczałam, że intelektualistę tej miary i pana Andrzeja Leppera coś łączy. A jednak). Bardzo trafnie skomentował je na swoim blogu Pan Wojciech Wencel. Polecam lekturę.

Czytaj także

Czytaj także