Wara od Beenhakkera!

Wara od Beenhakkera!

Dodano: 
Euro już mamy za sobą, pomistrzostwowe remanenty – jeszcze nie. I chyba dobrze, bo oceny ferowane w afekcie mogłyby zaowocować nietrafnymi decyzjami. Teraz, z perspektywy kilku tygodni, pomimo – przyznajmy to szczerze – sportowej klęski, całość imprezy związaną z eliminacjami i występem, należy zaliczyć do udanych.
Nikomu wcześniej, nawet najlepszym trenerom i legendarnym drużynom, które odnosiły sukcesy na mistrzostwach świata w 1974, 78 i 82 roku, ta sztuka się nie udała. Ważne, że udała się teraz, bo to już ostatni raz. Za cztery lata wystąpimy na Euro jako gospodarze, za kolejne cztery lata, w Euro 2016, będzie brało udział nie 16, ale 24 drużyny, więc będzie o całe piekło łatwiej.
Z eliminacjami do Euro związane było jakieś fatum. Nigdy nie zapomnę tej potwornej frustracji towarzyszącej odpadnięciu dosłownie w ostatniej chwili drużyny Janusza Wójcika w eliminacjach do Euro 2004. Do sukcesu potrzebna była trudna wygrana na wyjeździe z Węgrami, ale też łatwa wygrana mocnych Szwedów ze słabymi Łotyszami u siebie. Pierwsza część planu została wykonana koncertowo – 1:2 w Budapeszcie (dwie bramki Niedzielana). Druga część planu jednak się nie powiodła, bo Szwedzi nieoczekiwanie przegrali z Łotwą marnując karnego i przez pół godziny grając w przewadze. "Nigdy więcej nie wejdę do Ikei" – brzmiały komentarze w Polsce. To wtedy pojawił się dowcip: "kiedy Polska zagra na Euro? Kiedy je sobie sama zorganizuje!". I pierwsza część tego ponurego żartu ziściła się. Dostaliśmy organizację Euro. Druga nie – Beenhakker i piłkarze dokonali cudu. Weszli bez wysiłku, bijąc i remisując nawet z Portugalią. Dlatego ten awans był tak satysfakcjonujący.
Czy rzeczywiście dokonał tego Beenhakker? Tak, bo awans, ale też występ, należy również oceniać z perspektywy pozycji polskiej piłki w świecie. O sile polskiej ligi niech świadczą "sukcesy" polskich klubów w europejskich rozgrywkach. W sumie od lat zbieramy baty nawet od Kazachów i Gruzinów, do Ukraińców nawet się nie zbliżając. To różnica kilku klas. No i wreszcie polscy piłkarze. Żaden z nich (nawet Boruc) nie gra w pierwszym składzie w topowej drużynie. Jeśli tam są, to nie grają (Kuszczak, Fabiański), a jak grają, to tak jak np. kapitan Żurawski, w jakiejś Larisie. Jedyny, który i jest i gra, to chyba Żewłakow w Olympiakosie Pireus. Bo już Smolarek – niekoniecznie. Właśnie to, czyli europejska pozycja naszych klubów, oraz pozycja naszych graczy wyznaczają realną (czytaj: żenująco słabą) pozycję naszej piłki. Dlatego zakwalifikowanie się do Euro było cudem. Śmiano się u nas że Leo to zrobił, bo jako jedyny w Polsce nie wiedział, że nie da rady.
Pomimo potężnego rozczarowania, wynikającego z nienaturalnie rozbuchanych oczekiwań, większość Polaków (81proc.) rozumie tę sytuacją i jest zwolennikami pozostania selekcjonera na swoim stanowisku. Przeciwnego zdania są jednak ci, którzy powinni to najlepiej rozumieć i na tym najwięcej zyskali, czyli środowisko piłkarskie. Słynna "polska myśl szkoleniowa" z dawnymi reprezentantami i trenerami na czele, którzy poczuli, że ktoś im odbiera rząd dusz nad polską piłką. Powodowani własnymi frustracjami będą utrudniali pracę selekcjonerowi (do wypowiedzenia przez niego kontraktu włącznie), który zawsze traktował ich wyjątkowo kurtuazyjnie. Wtedy selekcjonerem zostanie np. zawsze chętny Jan Tomaszewski. Będzie przynajmniej zabawnie.
Szczególnie bolesne są argumenty finansowe. Rzeczywiście, przed Beenhakkerem funkcja selekcjonera kadry narodowej była bardziej patriotycznym obowiązkiem, niż dobrym interesem, bo trener kadry zarabiał mniej niż większość pierwszoligowych trenerów. Kluby walczyły bowiem ze sobą o najlepszych trenerów i niejednokrotnie przepłacały się nawzajem, co zrozumiałe, aby mieć najlepszych u siebie. Trenerem kadry zostawało się zaś z nadania, a takie nadanie było już wystarczającym zaszczytem. Beenhakker wprowadził tu nowy obyczaj i otrzymał stawkę, która funkcjonuje wśród utytułowanych, zagranicznych trenerów, których patriotyczny zaszczyt wobec Polski nie dotyczy, i którzy równie dobrze mogą dostać propozycję od innej federacji piłkarskiej. Przypomnę tylko panikę, w jaką wpadły media, kiedy pojawiło się nieprawdziwe skądinąd podejrzenie, że Leo będzie równolegle trenował drużynę Trynidadu i Tobago, z którą, ze sporymi sukcesami, pracował już wcześniej. Później jeszcze znalazł się w orbicie zainteresowań bardzo bogatej federacji meksykańskiej. Pozostał jednak w Polsce i nawet, przy ogólnym zadowoleniu, jeszcze przed Euro przedłużył kontrakt o dwa lata, do 2010.
Wiadomo jednak, że to nie PZPN płaci trenerowi, ale sponsor (mianowicie Tyskie). Na jego zarobki trzeba jednak patrzeć w kategoriach inwestycji. Najlepszej jaką zrobiła polska piłka od lat. Każda złotówka wydana na Beenhakkera przyniosła krociowe zyski. Przez pół roku niemal każda reklama w Polsce, nawet w branżach nie mających nic wspólnego z piłką, odwoływała się do Euro. Nie tylko piwo, telewizory (które wykupiono), ale też banki i ubezpieczenia. Powstała w ten sposób koniunktura, na której skorzystali wszyscy. Dość powiedzieć, że straty Anglii spowodowane niezakwalifikowaniem się do Euro przypominały te spowodowane wielkim pożarem Londynu w 1666 roku. A straty moralne?
Za tydzień znowu rusza dziwaczna polska liga. W sumie nadal nie wiadomo, kto w niej zagra. Polskie kluby zaczynają też eliminacje w europejskich pucharach – bez żadnych szans. Zostały nam już tylko pobożne życzenie zakwalifikowania się do MŚ w RPA w 2010 roku. Nie zakwalifikowanie się przed Euro 2012 byłoby obciachem. Znikąd nadziei. Pozostał nam już tylko trener-cudotwórca. Tylko na jak długo?

Czytaj także